2018-06-10.
„Gorszy sort” nie rozpala już wyobraźni elektoratu PiS.
Początkowo miał być to stygmat z prościutkim przesłaniem. Gorszy (obywatel) jest gorszy od lepszego. Przysługuje mu więc gorsze traktowanie. W sensie dystrybucji wolności, przywilejów i sprawiedliwości.
Polski autorytaryzm promuje dzisiaj stygmaty, które energiczniej stymulują zbiorowym zachowaniem. Poza tym, według ideologii PiS, sam podział na obywateli lepszych i gorszych, jest tylko wstępnym etapem rewolucyjnego przekształcania społeczeństwa i usuwania z niego „nieczystości”. Faza polaryzowania nadal trwa. Przed nami jednak już są widoczne prawne i administracyjne następstwa tego procesu. Gdyż sam podział w społeczeństwie nie jest głównym celem, a jedynie jego zapowiedzią.
„Gorszy sort” – od chwili, kiedy zainicjował go Jarosław Kaczyński – nie zachęcał zbyt wyraźnie do dyscyplinowania opozycji. Nie wiadomo było, przykładowo, dlaczego, i w czym, „gorszy sort” jest gorszy. I najważniejsze: „lepszy” i „gorszy” sort mogą jakoś stworzyć naród. To nadal Polacy. Ten fakt trochę ostudził zwolenników PiS.
Zawołanie „nie-Polak” rezonuje już inaczej. Przede wszystkim ma w sobie to, co potrzebuje chora wyobraźnia: śmiertelne zagrożenie dla biologicznego istnienia narodu i krańcową podłość.
Stygmat ten obejmuje już nie tylko indywidualnie Adama Michnika czy Donalda Tuska, ale olbrzymi segment społeczeństwa. Podczas gdy „gorszy sort” był próbą stratyfikacji, czy dewaluacji, „nie-Polak” jest alarmem i ponagleniem do wykluczania. Polacy i „nie-Polacy” nie mogą przecież być razem. „Nie-Polak” zaprzecza istnieniu narodu i jego ciągłości. A zatem trzeba działać.
I jak szalenie trudno „nie-Polaka” odróżnić od prawdziwego! Tak się pomysłowo maskuje! Wilk w owczej skórze. Pismo Święte przecież ostrzega przed złem, udającym dobro. „Nie-Polak” wygląda jak Polak. Mówi swobodnie po polsku, może być elokwentny i wykształcony, ma rodzinę, jak najbardziej polską, swojsko brzmiące nazwisko, lubi schabowego z buraczkami, polskie tradycje, pije Żywca itd.
A jest „nie-Polakiem”.
Kto z Polaków chciałby Polakiem nie być, ale udawać, że nim jest? I w jakim celu miałby to robić? Absurd?
Niekoniecznie. Z uwagi na rozbudzone w społeczeństwie etnocentryzm, nacjonalizm, wiarę w spiski i skłonność do mistycyzmu, siła przyciągania tego absurdu jest ogromna.
Ale nie tylko dlatego.
W teorii nikt nie może odebrać ani przyznać polskości. Do kogo należy zatem „polskość”? Nie do rządu – wiadomo. A dlaczego nie do narodu? Czyli suwerena? Masowa obecność „nie-Polaków”, udających Polaków, jest przecież stanem najwyższego zagrożenia. I w takich sytuacjach to właśnie naród, złożony rzecz jasna z „prawdziwych” Polaków, może odebrać „nie-Polakom” polskość. Która i tak im się przecież nie należy.
Autorytarny porządek – jeżeli nie powstrzyma go jakaś siła – przyjmuje kolejne formy rozwoju, przezwyciężając tym samym „słabości” i poprzednie niedociągnięcia. Morfuje więc (nadal w rewolucyjnym, dynamicznym tempie) w bardziej radykalną postać, zmierzając w stronę totalitaryzmu – już nie przymuszania obywateli do pewnych zachowań, ale wychowania „nowego” Polaka, który dobrowolnie będzie pilnował autorytarnego reżymu. Dlatego PiS wciąga w ten proces suwerena, czyniąc go nadzorcą zmian, oraz powierzając mu nobilitującą rolę Trybuna z przywilejem sądzenia i karania.
I są pierwsze rezultaty. Już nie tylko państwo dąży do prawnego usankcjonowania szykan wobec opozycji (siedlisko „nie-Polaków”). Tego samego chce również część społeczeństwa. Tworzy się więc paradygmat, który powoli, nie zmusza, a skłania społeczeństwo do określonych zachowań i postaw; zamienia nie tylko polityków, ale też zwykłych obywateli, fryzjerów, taksówkarzy, rolników, sprzedawców zapiekanek, spokojnych i tolerancyjnych niegdyś ludzi, w autorytarne postacie.
Pchając wszystkich do samodestrukcji.
Dariusz Wiśniewski

czyli powstaje paradygmat pchający..