27.05.2026
27 maja pójdę pod Sejm razem z ludźmi nauki. Już sam ten obraz ma w sobie coś jednocześnie komicznego i smutnego. W kraju, który uwielbia opowiadać o swoim rozwoju, ambicjach i nowoczesności, naukowcy znowu muszą wychodzić na ulicę i przypominać państwu, że bez wiedzy nie da się budować przyszłości.
To trochę tak, jakby strażacy protestowali o wodę, lekarze o bandaże, a piloci o paliwo do samolotów.
Polska bardzo lubi dziś mówić o sukcesie. I trzeba uczciwie przyznać, że ten sukces naprawdę istnieje. Jeszcze dwadzieścia lat temu większość kraju marzyła głównie o tym, żeby dogonić Zachód i mieć autostrady, które nie kończą się nagle w polu kapusty. Dzisiaj jesteśmy dwudziestą gospodarką świata. W Warszawie wyrastają szklane biurowce, polskie firmy inwestują za granicą, a klasa średnia narzeka już nie na brak paszportu, tylko na ceny apartamentów w Barcelonie.
Polska awansowała cywilizacyjnie szybciej, niż sami Polacy zdążyli się do tego przyzwyczaić.
I właśnie dlatego cała historia z nauką robi się tak absurdalna. Bo państwo, które marzy o nowoczesności, sztucznej inteligencji, atomie, technologiach i innowacjach, płaci młodym naukowcom pensje przypominające bardziej kieszonkowe niż wynagrodzenie ludzi budujących przyszłość kraju. Doktor fizyki potrafi dziś zarabiać mniej więcej tyle, ile człowiek pracujący na nocnej zmianie przy rozładunku ciężarówek w centrum logistycznym. I proszę mnie źle nie zrozumieć — każda uczciwa praca zasługuje na szacunek. Problem polega na czymś innym. Państwo zachowuje się tak, jakby wiedza była sympatycznym dodatkiem do rzeczywistości, a nie jej fundamentem.
Politycy uwielbiają występować na tle laboratoriów, robotów i nowoczesnych ekranów. Wtedy wszyscy wyglądają jak europejscy technokraci przyszłości. Donald Tusk mówi o kreatywności i innowacjach. Ministrowie opowiadają o konkurencyjności gospodarki. Padają wielkie słowa o rozwoju i nowoczesnym państwie, a potem przychodzi moment wpisywania pieniędzy do budżetu. I nagle entuzjazm znika.
Polska wydaje na badania i rozwój około 1,4 procent PKB. Średnia unijna przekracza 2 procent. Korea Południowa inwestuje ponad 5 procent PKB i dzięki temu produkuje technologie, które później kupuje cały świat.
My natomiast od lat próbujemy budować nowoczesne państwo metodą narodowego kombinowania. Chcielibyśmy mieć innowacyjną gospodarkę, światowe uczelnie, własne technologie i specjalistów najwyższej klasy, ale najlepiej za pieniądze, za które w Europie Zachodniej trudno wynająć pokój z widokiem na śmietnik.
Polska nauka mimo wszystkiego nadal sobie radzi. Polscy badacze publikują świetne prace. Zdobywają granty. Prowadzą badania cenione za granicą. Uczą studentów i budują międzynarodowe projekty. Często robią to bardziej dzięki uporowi i poczuciu misji niż dzięki państwu. To trochę jak obserwowanie człowieka, który przebiega maraton w starych trampkach i z gorączką, podczas gdy widownia zastanawia się, czy na pewno zasługuje na porządne buty.
Najbardziej lubię jednak ten charakterystyczny argument ludzi, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej po przeczytaniu trzech komentarzy w internecie i jednego mema o humanistach. Najpierw — mówią — trzeba naukę zreformować, a dopiero potem dawać pieniądze. To bardzo polski sposób myślenia. Trochę jakby ktoś powiedział strażakom: „Najpierw proszę ugasić pożar gołymi rękami, a później zastanowimy się nad zakupem wozu strażackiego”.
Oczywiście polska nauka ma problemy. Biurokracja bywa absurdalna. Niektóre uczelnie przypominają administracyjne labirynty zaprojektowane przez człowieka, który szczerze nienawidzi życia i formularzy. Młodzi naukowcy żyją od umowy do umowy jak bohaterowie smutnego serialu o prekariacie. Ale żadne reformy nie zadziałają bez pieniędzy. Cudów po prostu nie ma. Nie stworzy się nowoczesnego państwa za pomocą patriotycznych przemówień, powerpointów ministra i konferencji prasowych z robotem stojącym obok mównicy.
I właśnie dlatego ten protest jest ważny. Bo nie chodzi wyłącznie o środowisko akademickie. Chodzi o przyszłość Polski. O to, czy za dwadzieścia lat będziemy państwem tworzącym technologie, leki, rozwiązania energetyczne i nowoczesne systemy bezpieczeństwa, czy raczej dużym magazynem Europy z tanią siłą roboczą i politykami opowiadającymi o dawnych sukcesach.
Świat właśnie przyspiesza. Sztuczna inteligencja zmienia gospodarkę szybciej, niż większość polityków zdąży nauczyć się obsługi własnej poczty elektronicznej. Trwa technologiczny wyścig między USA, Chinami i Europą. Rosja prowadzi wojny informacyjne. Zmienia się energetyka, medycyna, przemysł i komunikacja. A Polska nadal momentami zachowuje się tak, jakby największym problemem państwa było to, że jakiś poseł obraził kogoś w telewizji.
W tym wszystkim jest jednak także coś budującego. Coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że bez inwestycji w wiedzę Polska po prostu utkwi w pułapce średniego rozwoju. Będziemy krajem całkiem bogatym, całkiem wygodnym i całkiem przeciętnym. Takim europejskim średniakiem z ambicjami mocarstwa i laboratoriami finansowanymi jak osiedlowe warzywniaki.
Dlatego pod Sejmem spotkają się ludzie bardzo różni. Profesorowie, doktoranci, studenci, technicy laboratoryjni, pracownicy uczelni. Ludzie, którzy często mogliby po prostu wyjechać. I wielu z nich pewnie w końcu wyjedzie, bo świat nie ma problemu z przyciąganiem zdolnych ludzi. To Polska ma problem z ich zatrzymaniem.
Najbardziej gorzkie jest jednak coś jeszcze. Politycy naprawdę lubią naukę. Ale głównie wtedy, gdy można zrobić sobie zdjęcie obok rakiety, robota albo mikroskopu. Wtedy wszyscy wyglądają nowocześnie. Wtedy każdy chce być wizjonerem, ale kiedy przychodzi moment podejmowania realnych decyzji budżetowych, nagle okazuje się, że łatwiej wydać miliardy na polityczne widowiska niż potraktować naukę jak strategiczną inwestycję.
I właśnie dlatego trzeba czasem wyjść na ulicę. Żeby przypomnieć państwu coś bardzo prostego.
Nowoczesność nie bierze się z przemówień. Nowoczesność bierze się z wiedzy. A wiedza kosztuje. Nawet Einstein nie zrobiłby naukowej rewolucji za pensję początkującego kasjera i z laboratorium przypominającym magazyn po remoncie.
Polska naprawdę ma potencjał. Ma zdolnych ludzi, ambitnych studentów, rozwijającą się gospodarkę i coraz większe aspiracje. Brakuje już właściwie tylko jednego. Odwagi, żeby potraktować naukę nie jak koszt, ale jak inwestycję, czyli dokładnie tak, jak robią wszystkie państwa, które naprawdę chcą być nowoczesne. Reszta to już tylko polityczny folklor i kolejne prezentacje o innowacyjnej przyszłości wyświetlane na projektorach kupionych dzięki grantom z Unii Europejskiej.
Krzysztof Bielejewski

Można by się spodziewać lawiny komentarzy w tak ważnym temacie rozwojowym, gdzie tyle koncepcji ilu ekspertów. A tu nic…
Ten artykuł to trochę jakbym czytał barwnie i szybko sparafrazowany przez AI wywiad Doktora Staszka (dr Stanisława Krawczyka, socjologa z UWr) w OKO.press z tego samego dnia (27.05.26) pod tytułem:
Rozwój nauki to nie luksus, to konieczność. 27 maja protest pod Sejmem – OKO.press,
i to jakbym czytał łącznie z błędami zawartymi w tym wywiadzie.
Pierwszy błąd już w tytule – tam i tu, podobnie jak w tytule omawianej akcji. Trzy procent PKB na naukę?
A kto płaci?…
Żaden rząd w żadnym kraju nie przekaże na naukę i szkolnictwo wyższe więcej funduszy publicznych niż 1% PKB (ang. GERD/GDP).
Zwiększenie wydatków o 1% wymagałoby najpierw nagłego powiększenia PKB o 15%. Skąd?… To nierealne, szczególnie w kraju z ogromnym deficytem i zadłużeniem, z wydatkami sztywnymi budżetu rzędu 80%.
Badacze z dziedzin podstawowych (nawet ze świetnym dorobkiem parametrycznym…) mogą nie zdawać sobie sprawy (3procentnanauke), ale publicysta chlubiący się wiedzą i doświadczeniem w biznesie? Chyba nie wypada…
Kolejny błąd (z niewiedzy lub manipulacji, a tych wiele w wywiadzie St. Krawczyka…), to wskazanie przykładu Korei Południowej. No i w artykule powyżej też czytamy:
„Polska wydaje na badania i rozwój około 1,4 procent PKB. Średnia unijna przekracza 2 procent. Korea Południowa inwestuje ponad 5 procent PKB…
Prawda jest taka, że w Korei Płd. wydatki sektora publicznego na te cele to także 1% PKB, a równowartość 4% PKB to fundusze prywatne. To razem daje zupełnie inne pięć %…
Nikt w tym zgiełku nie pokusił się o poruszenie tematu podstaw, czyli wczesnej edukacji i przygotowania kadr. W Korei Płd. naucza się STEAM od szkoły podstawowej, w innych krajach rozwiniętych – STEM. Od dekad… Tu w MEN (ani w IBE, ani w ZNP…) nie wiedzą na czym polega podstawa programowa STEM. A to już ćwierć wieku do tyłu…
W kwietniu tego roku proponowałem, żeby Pan zechciał przeczytać aktualną analizę tej złożonej tematyki (w artykule pt: „Quo vadis nauko polska?… Część III. Liczby i fakty”) na stronie Fundacji Science Watch Polska.
Tam są tylko prawdziwe dane (także o Korei Płd., także o edukacji – tu i tam…). Dużo danych – bez polityki, propagandy, bez kitu. Nie trzeba powtarzać zmanipulowanych niedomowień.
N.B. Przy okazji Korei Południowej wychodzi temat efektywności. Jedna koreańska firma Samsung zatrudnia w działach badań i rozwoju około 80000 pracowników, mniej więcej tyle ile w całej nauce i szkolnictwie wyższym w Polsce (ok. 72000). W roku 2023 firma Samsung zgłosiła tylko do EPO ponad 4,5 tysiąca patentów. Z Polski takich zgłoszeń w tym samym roku wpłynęło zaledwie 670… Dalszy komentarz chyba zbędny?…
Protest pod Sejmem RP (gdzie nie znają tabliczki mnożenia – vide TVN…) da mniej więcej tyle samo skutku co modlitwa do Zamarłej Turni w Tatrach…
To nie jest chwilowy kryzys. Degrengolada tej pozostałości centralizmu socrealistycznego postępuje systematycznie zarówno w części dotyczącej szkolnictwa (Collegium Humanum, WSKZ i.i.) jak i w dziedzinie nauki, gdzie hierarchia dzieli łupy na podatniku handlując wymiennie doktoratami honoris causa: „Osobliwa sztafeta pokoleń – kolejny krok do deprecjacji tytułu doktora honoris causa i polskiej nauki” (FSWP z 03.06.26).
P.S. Lubię czytać komentarze polityczne K. Bielejewskiego w SO. Ale w tak złożonej tematyce jak edukacja, nauka i związki z gospodarką trzeba być dobrze zaopatrzonym w konkretne dane i fakty i uważać, żeby niepotrzebnie nie wchodzić na pola minowe…
Panie Krzysztofie,
Dziękuję za obszerny komentarz. Szkoda tylko, że sporą jego część poświęcił Pan walce z tezami, których w moim tekście nie było.
Po pierwsze, protest i hasło „3% dla nauki” dotyczą nakładów na badania i rozwój (B+R) w skali całej gospodarki, a nie wyłącznie wydatków budżetowych. Dokładnie tak samo liczy się ten wskaźnik w Korei Południowej, Niemczech, USA czy Finlandii. Odkrycie, że koreańskie 5% składa się zarówno z pieniędzy publicznych, jak i prywatnych, nie jest demaskacją mitu, tylko definicją wskaźnika, o którym od początku mówimy.
Po drugie, argument „żaden rząd nie da więcej niż 1% PKB” jest ciekawy, ale nie polemizuje z moim tekstem. Nigdzie nie napisałem, że państwo ma samodzielnie wyłożyć całe 3% PKB. Problem polega właśnie na tym, że bez sensownego wsparcia publicznego trudno oczekiwać, by sektor prywatny masowo inwestował w badania. Samsung nie wyrósł w próżni ani na modlitwie do Zamarłej Turni.
Po trzecie, przywołuje Pan liczbę patentów Samsunga i zestawia ją z Polską. To efektowne, ale metodologicznie przypomina porównywanie floty amerykańskiej marynarki wojennej z kajakami na Mazurach. Samsung jest jednym z największych technologicznych koncernów świata, którego budżet badawczo-rozwojowy przekracza wydatki wielu państw. Jeśli ten przykład ma dowodzić słabości polskiej nauki, to równie dobrze można uznać, że polska piłka nożna jest beznadziejna, bo nie wygrała tylu mistrzostw świata co Brazylia.
Po czwarte, zgadzam się z Panem w kwestii edukacji STEM. Tyle że to nie jest argument przeciw zwiększaniu nakładów na naukę, tylko kolejny argument za tym, że państwo od lat niedoinwestowuje cały system budowania kapitału intelektualnego — od szkoły podstawowej po laboratoria badawcze.
Najbardziej rozbawił mnie jednak zarzut, że powinienem był przeczytać konkretną analizę konkretnej fundacji, bo tam są „tylko prawdziwe dane”. W nauce zwykle zaczynamy być ostrożni właśnie wtedy, gdy ktoś ogłasza, że posiada wyłącznie prawdę, same fakty i żadnej interpretacji. To trochę jak reklama cudownej diety zapewniającej wyłącznie utratę tłuszczu i wyłącznie szczęście.
Nie twierdzę, że polska nauka nie wymaga reform. Twierdzę jedynie, że od trzydziestu lat słyszy głównie, iż najpierw ma być tańsza, bardziej efektywna, bardziej konkurencyjna, bardziej produktywna i najlepiej samofinansująca się. A kiedy pada pytanie o pieniądze, nagle wszyscy przypominają sobie o odpowiedzialności fiskalnej.
To trochę tak, jakby oczekiwać rekordów olimpijskich od sportowca, któremu regularnie tłumaczy się, że nowe buty byłyby przejawem roszczeniowości.
Pozdrawiam serdecznie.