Andrzej Koraszewski: Gabinet krzywych tożsamości

2015-07-09.
Chciałbym Pani opowiedzieć o pewnej rodzinnej fotografii. To jest czarno-biała fotografia z 1946 roku. W Toruniu, na ulicy Królowej Jadwigi, przed sklepem stoi młoda kobieta. Nad sklepem widać szyld: Maria Koraszewska, czapki, materiały. Ta kobieta to moja matka. Przed wojną kończyła w Poznaniu szkołę handlową i miała nabożny stosunek do etyki kupieckiej.
Jej matka też miała sklep. Zdaje się, że pisałem już Pani, że dziadek był socjalistą za co wylądował na Syberii. Dziadkowie mieli społeczny podział pracy, dziadek zbawiał ludzkość, a babka zarabiała na życie. Babka była mieszczką, a dziadek wzorem polskiego inteligenta. Mezalians. Matka miała tożsamość mieszaną, uważała, że Jezus był socjalistą prawdziwie troszczącym się o ubogich, ale nie sądziła, żeby opowieść o wygnaniu kupców ze świątyni była prawdziwa, bo tak zachowują się komuniści, a nie socjaliści. Prawdziwi socjaliści powinni mieć jakieś pojęcie o ekonomii, nie można podjeżdżać limuzyną z pałacu do kościoła, prawić ludowi kazania o złym konsumeryzmie i twierdzić, że to troska o ubogich. Nie sądzi Pani, że to jednak jest jakaś bolszewicka hipokryzja? Ta młoda kobieta na fotografii tuż przed wojną chciała stworzyć imperium, imperium guzików i innych dodatków do mundurów dla wojska. Nie wiem, czy teraz jeszcze w szkołach uczą, jak tuż przed wojną nasz marszałek zapowiadał, że nie oddamy ani guzika? Moja matka, też nie chciała oddawać guzików, uważała, że guziki powinny być solidne, ładne, i powinny przynosić dochód.  Kiedy Hitler dogadał się ze Stalinem, miała już pierwsze wielkie zamówienia. Guzik z tego wyszło. Próba rozpoczęcia wszystkiego od zera po wojnie okazała się nieporozumieniem i skończyła się ostatecznie wraz z bitwą o handel. (Po bitwie o handel nawet kioski z piwem zostały upaństwowione i proletariat klął na socjalizm pod państwowym kioskiem.) Ta fotografia matki przypomina mi o jej wyzwaniu. Bo proszę Pani, nauczenie dzieci szacunku dla wartości mieszczańskich w stalinowskich czasach, to było wielkie wyzwanie. W szkole uczono pogardy dla wartości mieszczańskich, zaś twierdzenie, że wartości mieszczańskie i wartości lewicowe mogą stanowić amalgamat, to dla wielu ludzi obraza, jak dla innych karykatura Mahometa. Niektórzy lubią się rozwodzić nad silną obecnością Żydów w ruchu komunistycznym. Mało kto zwraca uwagę na inny filar awangardy proletariatu, na inteligencję pochodzenia szlacheckiego, a nawet zubożałych arystokratów. A przecież byli również ci wszyscy Dzierżyńscy, Marchlewscy, Jaruzelscy, Żółkiewscy, ich nienawiść do wartości mieszczańskich była chyba większa niż nienawiść kardynała Sapiehy do tych wartości. Moja tożsamość była od dzieciństwa garbata. Może łatwiej było mi zrozumieć „Lalkę” i pozytywizm, ale trudniej mi było dogadać się z innymi. Myśli Pani, że jesteśmy więźniami tożsamości, w którą wyposażono nas w dzieciństwie? Rodzimy się w środowisku jakiegoś języka, tradycji religijnej, tradycji narodowej, nakłada się na to wszystko tradycja rodzinna i czas, czyli miejsce, w którym nasze życie zostało wklejone w historię. To poniekąd historia decyduje o tym, kto obsługuje gilotynę, a czyja głowa jest obcinana. Czy Pani jest kobietą lewicy? Czytając Pani teksty mam takie wrażenie, ale mogę się mylić. Ja kiedyś myślałem, że jestem człowiekiem lewicy, a teraz już nie wiem. Wstąpiłem nawet do partii. Leszek Kołakowski mnie do tego namówił. Oczywiście nie osobiście, pośrednio. On był w partii i uprawiał rewizjonizm. Nikt w początkach lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie wierzył, że komunizm  się rozpadnie, ale niektórzy wierzyli, że można go zmienić od środka. Było to strasznie głupie i po dwóch latach wiedziałem, że nie należało w to błoto włazić, ale wystąpiłem dopiero w 68. Jak oddałem legitymację, to oni mnie wyrzucili, stary obyczaj, przejęty od Kościoła.  Pierwszą naganę dostałem za zorganizowanie zebrania, na którym mówiłem o skandynawskim modelu socjaldemokracji. Wiedziałem o nim tyle co nic, ale wyobrażałem sobie, że w Szwecji zbudowano prawdziwy socjalizm, z prawdziwą troską o biednych i respektem dla wartości mieszczańskich. W kilka lat później oficer bezpieki zapytał mnie, czy nie chciałbym wyjechać. Najpierw nie chciałem, a potem zmieniłem zdanie. Pojechaliśmy do Szwecji, bo tam nas ciągnęła nasza lewicowość. Ta Szwecja była ciekawa, ale bardzo inna niż ją sobie wyobrażaliśmy. Ich konserwatyści (którzy do dziś nazywają się partią umiarkowanych), znajdowali się znacznie dalej na lewo od niemieckich socjaldemokratów. Szacunek dla wartości mieszczańskich właśnie się rozpadał pod presją nieco przesadnego przekonania, że państwo ma obywatelom odebrać tyle, ile tylko się da, a następnie rozdać według własnego uznania, byle bez związku z nakładami pracy. Lewicowość w państwie dobrobytu tworzy nową klasę państwowych dobrodziejów. Musiało się to wszystko gdzieś wykoleić, bo coraz więcej ludzi wierzyło, że zadaniem państwa jest cudowne rozmnażanie chleba, ryb i wina jak również dóbr trwałych, by nasycić spragnionych godnego życia. To już nie było przekroczenie granic rozsądku, te granice zlikwidowano. Znowu zostałem rewizjonistą, chociaż marksistą nie byłem nigdy. Zastanawiała się Pani nad pytaniem, co to są te lewicowe wartości? Ja mam wrażenie, że moje lewicowe wartości nie zmieniły się od czasów młodości, ale z wieloma ludźmi określającymi się jako lewica jakoś mi nie po drodze. W czasach mojej młodości nie było inaczej. Definicji tego, co rozumieć przez lewicowość, szukałem u takich autorów jak Adam Ciołkosz, zaś lewicowość Lenina, Dzierżyńskiego czy Róży Luksemburg wydawała mi się nie tylko podejrzana, ale zgoła odrażająca. Kluczem do tej lewicowości, o której opowiadała mi matka, tej połączonej z wartościami mieszczańskimi, dalekiej od wszelkich rewolucji i ścinania głów wrogom ludu, jest równość, partnerstwo z drugim człowiekiem, zwyczajna ludzka sympatia i uczciwość w handlu. Zapyta Pani, co ma to wszytko wspólnego z Izraelem i Bliskim Wschodem, czyli głównym tematem naszych rozważań. Chciałem Pani opowiedzieć o dylematach pewnego Araba z Libanu. Fred Maroun mieszka od ponad ćwierć wieku w Kanadzie. Przyjechał tam jako człowiek dorosły i zachował związki z arabskim światem. Niedawno napisał  artykuł, który zaczyna od stwierdzenia, że wielu przyjaciół Izraela, patrząc na wyczyny lewicowych ekstremistów, porzuciło lewicę i niechętnie poparło partie prawicowe. „Dziś sądzę – pisze Maroun – że popełniliśmy błąd i pora wrócić do domu.” Czytałem wiele tekstów tego Araba i lektura tych pierwszych zdań zapowiadała interesującą przygodę. Maroun pisze, że powodem, dla którego popiera Izrael jest jego lewicowość. Jest to bowiem kraj liberalno-demokratyczny, gdzie respektowane są prawa kobiet i gejów, gdzie w odróżnieniu od innych krajów Bliskiego Wschodu możesz być wyznawcą dowolnej religii i nie obawiać się represji z tego powodu, gdzie każdy obywatel ma prawo głosu i może kandydować do urzędów publicznych.  Maroun przywołuje słowa młodej amerykańskiej dziennikarki Alexandry Markus: „Mam lewicowe odchylenie. W rzeczywistości mocno lewicowe. I dlatego właśnie popieram Izrael”. To nie są moje emocje, ale mam wrażenie, że ją rozumiem. Muszę zajrzeć na jej blog i zobaczyć, czy dowiem się więcej. Chwilowo bardziej mnie jednak intryguje argumentacja Freda Marouna. Okazuje się, że rozumowanie jest takie, jak to moje z czasów młodzieńczej durnoty, kiedy chciałem zmieniać od środka PZPR, Maroun ma nadzieję, że obecność lewicowych sympatyków Izraela może być istotnym wkładem w dyskusję, przyznając jednak, że argumentacja lewicowych ekstremistów jest w najwyższym stopniu irytująca. Obawiam się, że nie ma racji, to nie jacyś ekstremiści, ale główny nurt partii lewicowych, a argumentacja nie jest irytująca, jest paranoiczna. (Może jednak w Kanadzie jest inaczej.) Oczywiście ma rację, kiedy pisze dalej o partiach prawicowych, w których nie brak homofobów, antyaborcjonistów i innych fanatyków. To jest demokracja, powiada Maroun, nie pozostaje nic innego jak zachowanie spokoju i konsekwentna prezentacja faktów. Uważa, iż jest to lepsze niż flirty z partiami, które nie podzielają naszych wartości. Mam wrażenie, że Maroun popełnia stary błąd poszukiwania dwubiegunowego świata, w którym jedna strona ma dobre wartości, a druga złe. Dla Pani polski Październik to odległa historia. Stalin umarł trzy lata wcześniej, w Związku Radzieckim zaczęła się odwilż, u nas Gomułka zapowiedział „polską drogę do socjalizmu”. Kiedy milicja rozpędziła pałkami demonstrację studentów, Leszek Kołakowski napisał krótki tekst, który szesnastolatkowi wydawał się bardzo mądry, a był bardzo głupi. To był tekst apofatyczny pod tytułem, „Socjalizm to nie pały”. Na dwóch stronnicach filozof wyliczał czym socjalizm nie jest i kończył go stwierdzeniem, że „socjalizm to dobra rzecz”. Apofatyczne teksty mogą podniecać, ale i w teologii, i w polityce okazują się kompletnie puste. Dwadzieścia dwa lata później ten sam Kołakowski pisał „Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą”. Wymieniając zalety myślenia konserwatywnego, liberalnego i lewicowego filozof pomija w myśleniu liberalnym jednostkową wolność, fakt, że liberał jest (lub powinien być) wolny od myślenia stadnego. Wybór między prawicą i lewicą nie jest żadnym wyborem. To tylko próba przejścia z jednego stada do drugiego.  Kilkadziesiąt lat temu tygodnik szwedzkich studentów miał żartobliwe motto: „Jeśli nie masz własnych poglądów, możesz używać naszych, za 2.50 tygodniowo.” Mam wrażenie, że najpoważniejszym problemem z lewicą, jest uzurpacja. Lewica chciałaby być samodzielną posiadaczką humanizmu. Humanizm jest jednak bezpartyjny. Kościół twierdzi, że nie ma dobra poza Kościołem. To twierdzenie zmienia jego drogę do łajdactwa w autostradę. Z lewicą jest podobnie, przypisała sobie na stałe moralność, więc można popełniać łajdactwa bez wyrzutów sumienia. Idea, że lewica jest szlachetna z definicji, jest bardzo niebezpieczna. Wróćmy jednak do argumentacji Freda Marouna. Autor wchodzi dalej w szczegóły kanadyjskiej sceny politycznej, które mogą być nużące dla postronnego obserwatora. W ich  Partii Nowych Demokratów nowym przewodniczącym został Żyd, który nie obawiał się jasnego stawiania sprawy. Jak pisze Maroun zmienił się sposób dyskutowania. W wyniku otwartej dyskusji partia nadal popiera sprawę niepodległej Palestyny, ale również otwarcie mówi, że Hamas jest organizacją terrorystyczną i wrogiem pokoju. W tym przypadku jasne i uczciwe stawianie sprawy zaczęło działać. Kiedy partia podczas ostatniej wojny w Gazie ogłosiła, że Izrael ma prawo do samoobrony, straciła jednego z posłów w parlamencie. (Nie wiem ilu miała wcześniej, nie będę się w to zagłębiał.) Arabsko-kanadyjski autor prezentuje dalej swoją własną wizję konfliktu arabsko-izraelskiego. Jest to konflikt pełen paradoksów – pisze Maroun. Izrael jest maleńki w porównaniu z światem arabskim, ale Palestyńczycy są znacznie bardziej bezsilni niż Izrael. Kraje arabskie uniemożliwiły powstanie palestyńskiego państwa, teraz uciskają i prześladują palestyńskich uchodźców, ale tylko od Izraela oczekuje się rozwiązania palestyńskich problemów. Terroryści – pisze dalej Maroun – ostrzeliwują na oślep izraelskie miasta, ale ginie stosunkowo niewielu cywilów, ponieważ Izrael ma doskonały system obrony. Izraelska armia stara się unikać strat wśród palestyńskiej ludności cywilnej, ale jednak ofiar jest wiele, ponieważ terrorystom nie zależy na ochronie swojej ludności, a tak naprawdę z zapałem wykorzystują te straty w wojnie psychologicznej. Trudno zazdrościć Palestyńczykom ich historii po 1948 roku. Powinni mieć własne państwo, ale zdaniem Freda Marouna, ich przywódcy popełnili wszystkie możliwe błędy i tak się nie stało. Moja ocena jest tu inna, arabskie państwo Palestyńczyków powstało w 1946 roku i dziś nazywa się Jordania. Arabowie są tego świadomi i po zajęciu Judei i Samarii przez armię jordańską w 1948 roku nikt nawet nie mruknął o możliwości tworzenia jakiegoś państwa „Palestyńczyków” na tych terenach, Judea i Samaria zostały formalnie anektowane i nazwane „Zachodnim Brzegiem”. Fred Maroun o tym pamięta i przypomina, iż Judea i Samaria (tak, używa tych nazw) były przyznane Izraelowi i zostały potem oczyszczone z Żydów. Pisze o nowej rzeczywistości, w której ten obszar został uznany za palestyński przez wszystkie rządy świata z wyjątkiem Izraela. Kanadyjski autor pisze coś, co dla milionów ludzi lewicy na całym świecie jest całkowitym bluźnierstwem, że izraelscy Arabowie mają najwięcej praw i najlepsze warunki życia wśród Arabów mieszkających na Bliskim Wschodzie, dodając, że mimo tego większość z nich nie czuje się w pełni Izraelczykami. Pisze dalej, że jedyny obszar, z którego Izraelczycy całkowicie się wycofali, to Gaza i jest to terytorium, na którym Palestyńczycy mają najmniej wolności i najgorsze warunki życia. (Maroun nie pisze o nieprawdopodobnych luksusach w jakich żyją elity Hamasu, o pięciogwiazdkowych hotelach, aquaparkach, jachtach i dziesiątkach multimilionerów mieszkających w oszałamiających luksusach. Gaza żyje z datków organizowanych przez lewicę (której przedstawiciele robią to zawodowo i czerpią z tego duże korzyści materialne), przeznaczanych w lwiej części na podnoszenie sprawności bojowej Hamasu, a nie na podnoszenie sprawności produkcyjnej mieszkańców Gazy. (O ile pamiętam, Pani również o tym nie pisała, ale jeśli jestem w błędzie, proszę mnie z niego wyprowadzić.) W kolejnym punkcie Maroun pisze, że to Organizacja Narodów Zjednoczonych doprowadziła do utworzenia Izraela, a dziś jest jego najpotężniejszym i nieuczciwym krytykiem, który produkuje tuziny antyizraelskich rezolucji rocznie ignorując znacznie większych gwałcicieli praw człowieka. Maroun pisze, że Hamas jest jeszcze bardziej antysemicki niż Fatah i dodaje, że wewnętrzne konflikty w arabskim świecie pociągają znacznie więcej ofiar niż konflikt izraelsko-arabski, ale potępia się niemal wyłącznie Izrael. Kolejny punkt wolałbym, żeby autor przedstawił szerzej, ponieważ w tak skrótowej formie może być różnie interpretowany. Pisze bowiem, że często ludzie mówiący, że są pro-izraelscy, w rzeczywistości są antyislamscy, co powoduje, że faktycznie są antyizraelscy (wyjaśnia to w innym  miejscu). Dodaje, że wielu twierdzi, iż są propalestyńscy, ale w rzeczywistości są tylko antyizraelscy i tym samym działają sprzecznie z interesami Palestyńczyków.
“Dotykamy tu tylko powierzchni. Wielu ludzi radzi sobie z tą złożonością przyjmując najbardziej uproszczoną opcję, która demonizuje jedną stronę i wybacza wszystko drugiej. Wielu ludzi lewicy o zawężonych horyzontach wybiera demonizację Izraela, ponieważ lewica ma tendencję do popierania słabszych, wielu ludzi prawicy wybiera demonizację Palestyńczyków ponieważ prawica ma tendencję do popierania silniejszego.”
Mam problem z tym jego uproszczeniem. Niepokoją mnie słowa o zawężonych horyzontach. Stanowią ciekawy wybieg. Wypada zadać pytanie, kto ma zawężone horyzonty i co to znaczy? Nazizm poparła elita intelektualna Niemiec. Demonizacja Żydów w nazistowskiej prasie z pewnością wskazywała na zawężone horyzonty, wykazywali się nimi ludzie, których nie możemy podejrzewać o brak inteligencji lub wykształcenia. Podejrzewam tu błędne koło, mają zawężone horyzonty, bo demonizują, demonizują, bo mają zawężone horyzonty. Nasza tożsamość odróżnia nas od innych, jest źródłem dumy, ale czasem podejrzewam, że ważniejsza jest tu pogarda, potrzeba patrzenia w dół. Potrzebujemy pewności, że należymy do wybrańców, do wybranych przez Boga, należących do lepszej rasy, do elity intelektualnej czy do elity moralnej. Kto wie, może głównym źródłem tych „zawężonych horyzontów” jest nadęte ego, zwyczajna pycha. Czy nie sądzi Pani, że nasza tożsamość, fakt, że urodziliśmy się w jakiejś kategorii ludzi, czy że zapisaliśmy się do jakiejś grupy bywa groźną pułapką? Arystoteles pisał o ludziach słusznie dumnych, chodziło tu jednak o jednostkowe dokonania, które dają powód do dumy, a nie o dumę z tytułu grupowej tożsamości. Ta druga może prowadzić do tego, co Fred Maroun nazywa zawężonymi horyzontami. Ciekawym potwierdzeniem może tu być końcówka jego artykułu. Pisze z dumą, że „dla nas socjaldemokratów radzenie sobie ze złożonością jest czymś, co mamy w naszym DNA. Odrzuciliśmy komunizm, ponieważ wierzymy w jednostkową wolność, odrzuciliśmy niekontrolowany kapitalizm, ponieważ wierzymy w prawa człowieka i społeczną sprawiedliwość. Wybraliśmy pielęgnowanie jednostkowych wolności i przedsiębiorczości, dążąc do ekonomicznej sprawiedliwości i społecznej równości.” Piękne, to brzmi niemal jak ów amalgamat socjalizmu z wartościami mieszczańskimi. Jest to jednak duma kolektywna, gdzie dokonania innych nie są już tylko wzorem, ale również powodem do dobrego samopoczucia, a to może prowadzić do zawężonych horyzontów i demonizowania tych, którzy nie są tak wspaniali jak my. Podejrzewam, że ten tekst Freda Marouna był pisany trochę jako pochlebstwo pod adresem członków kanadyjskiej Partii  Nowych Demokratów, żeby podjęli wysiłek zrozumienia odległego konfliktu i zerwali z utartymi schematami. To czasem działa. W tłumie kręcącym się w gabinecie krzywych tożsamości trzeba próbować różnych sztuczek, żeby nie stracić zupełnie kontaktu z rzeczywistością. P.S. Długo szukałem tego zdjęcia matki stojącej w Toruniu przed jej sklepem. Gdzieś się zapodziało. Wpatrywałem się w inne jej zdjęcie, późniejsze o pięć, sześć lat. Mniej więcej wtedy opowiadała mi jak jej starszy brat, Zbyszek, dostał od dziadka lanie za niewinność. Zafascynowany szlacheckim pochodzeniem zaczął grzebać w rodzinnej genealogii. Dostał lanie, żeby zapamiętał, że jest tylko jedno szlachectwo, szlachectwo zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, szczycenie się szlachectwem z urodzenia jest zwyczajną podłością.

Andrzej Koraszewski

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Helena 2015-07-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com