W czasach późnego PRL bardzo tanio kupiłam starą nieużywaną chałupę w okolicach Różana. Postawiłam ją na swojej działce leżącej obok działek kilkorga moich znajomych i przyjaciół. Zaczęłam tę prawie ruderę stopniowo poprawiać i ulepszać, co — nawiasem mówiąc – ciągnęło się ponad ćwierć wieku.
Na początku wstawiłam okna i drzwi, przeprowadziłam prąd. Potem nadeszła pora postawienia w niej pieców. Takich jak były — tradycyjnych pieców kaflowych (zdjęcie obok nie przedstawia tego obiektu – to przypadkowo dobrana ilustracja).
Obiecał to zrobić jedyny na naszym rekreacyjnym terenie tubylec, działkowy sąsiad Julka Rawicza, pan Kazik, reklamujący się jako murarz.. Znaliśmy go wszyscy głównie z wizyt po kolejne pożyczki. Jego stały tekst: ”pani (lub pan) pożyczy parę złotych, bo nie mam na lekarstwo” . Albo: „…na autobus”. Albo „…na lekarza dla teściowej”. Na ogół dostawał i biegł do „monopolu” po patykiem pisane wino marki wino. Aż tu nagle postanowił popracować. Uznaliśmy wszyscy, że to jakiś pozytywny „przełom w Bulwie”.
Budowa kuchennego pieca w mojej chałupie zajęła panu Kazikowi ponad dwa tygodnie. Do tej roboty przychodził — nie wiedzieć czemu — z obstawą dwóch szwagrów .
Szwagier młodszy kręcił się po kuchni. Starszy siedział w oknie, palił papierosy i zabawiał wszystkich opowieściami „z pudła”, w którym spędził kawał życia. Jak twierdził, za niewinność.
Nie podobała mi się ta asysta. Panowie mieli w pobliskiej wsi jak najgorszą opinię. Julek mnie uspokajał: – żaden złodziej nie kradnie w najbliższym sąsiedztwie. Poza tym co miesiąc dostają ode mnie na życie, więc moich znajomych nie ruszą – mówił.
Minęła jesień. Na zimę chałupkę zamknęłam. Wróciłam do niej wiosną. Po wejściu stwierdziłam, że w mojej skromniutkiej kuchni byli złodzieje. Wynieśli wszystko co się dało przecisnąć przez niewielkie okienka. Zniknęła kuchenka gazowa razem z butlą, kuchenka elektryczna, kilka lamp, wiadra, nawet lepsze ścierki i aluminiowe sztućce. A co najbardziej mnie zmartwiło, zabrali też niewielką lodówkę Alkę, pożyczoną od Rawiczów. Była to jedna z pierwszej serii polskich lodówek, wyprodukowanych w początkach lat 60. przez Zakłady Metalowe „Zakrzów”, poprzednika znanej polskiej firmy Polar. Przez lata nieźle służyła, aż wysiadła i poszła w odstawkę. Teraz, po naprawie, przydała się jeszcze raz — mnie, na mojej działce.
Wydawało mi się, że nie warto tej kradzieży zgłaszać na milicji. Bo ta i tak nikogo nie znajdzie. Ale ktoś we wsi powiedział mi, że funkcjonariusze jesienią nakryli złodziejską dziuplę i oddają poszkodowanym ich własność. Pomyślałam — a nuż odzyskam też swoją. Poszłam na posterunek. Przyjął mnie jego szef we własnej osobie. Wyjątkowo przystojny czarnooki facet. Miły i wesoły. Powiedział mi kto mnie okradł. Okazało się, że złodzieje jednak kradną w najbliższym sąsiedztwie. To byli moi sąsiedzi. Ci od budowy pieca. A skradzione rzeczy trzymali w „dziupli” u pewnego mieszkańca w miasteczku.
Wyliczyłam panu komendantowi dokładnie co mi zginęło I dodałam, że najbardziej zależy mi na lodówce pożyczonej od Rawiczów. Przystojniak wszystko spisał. Na koniec poprosił, abym się pod spodem podpisała. Protokół kończył się formułą: „kwituję odbiór swoich rzeczy…”. Zwróciłam komendantowi uwagę: — „to nieścisłe, lodówka należy nie do mnie, lecz do moich przyjaciół”. Odparł: — „To nie ma znaczenia. Określenie „swoje rzeczy” w tym przypadku oznacza przedmioty, które pani miała w chacie, a które teraz odzyskała”. Podpisałam.
Minął rok 1989. W kraju sporo się zmieniło. Przetoczył się Okrągły Stół. Powstała Gazeta Wyborcza. Julek został zastępcą naczelnego. Zajął się też szkoleniem dziennikarskiego narybku. Ja także zaczęłam pracę Gazecie. Zapomniałam o kradzieży na działce.
Po kilku miesiącach zaskoczenie: przyszło wezwanie do sądu w Ostrołęce. Do Julka Rawicza także. Wzywano nas w sprawie kradzieży w moim wiejskim domku. Zdumiałam się. Na komendzie pokwitowałam tylko odbiór rzeczy znalezionych przez milicję przed sześcioma miesiącami. Nie złożyłam żadnego doniesienia. Ale się wyjaśniło: to przystojny komendant sam, osobiście „popchnął” sprawę do sądu. Myślę, że chciał sobie poprawić statystykę wykrywalności… To mogłam zrozumieć. Ale po co wezwano Julka?
Nadszedł dzień procesu. Wzięliśmy wolny dzień. Do Ostrołęki pojechaliśmy moim fiacikiem. W gmachu sądu spotkaliśmy się z panem Kazikiem i jego szwagrami. Czekali przed salą rozpraw. Podeszli do nas, elegancko się przywitali podając ręce. Ten większy szwagier powiedział pojednawczo: „nie wzięlibyśmy tej lodówki, gdybyśmy wiedzieli, że to pana Julka”. Roześmiałam się. Julek też i machnął ręką: – „Dobra, dobra. To już nieważne”. Wtedy Kazik: — Panie Julku, kopsnie pan papierosa? Julek „kopsnął” kilka. Zapalili. Kazik znowu: — A może da pan parę złotych, to skoczę po piwko? Dostał i pobiegł do sklepu.
Po paru godzinach oczekiwania wreszcie poproszono nas do sali rozpraw. Rozprawa jednak się nie odbyła. Bo nie stawił się jeszcze jeden podejrzany – paser z Różana. Sąd odroczył sprawę o kilka miesięcy.
Wracaliśmy więc do domu z perspektywą ponownej jazdy do Ostrołęki. Ale i z pasażerami. Wieźliśmy Kazika i małego szwagra. Wysiedli w Różanie. Po drodze dali nam uroczyste słowo honoru, że już niczego mi nie ukradną. I upewniali się, że na następną rozprawę będą mogli zabrać się z nami moim fiacikiem. Żeby nie płacić za autobus…
Następna rozprawa po pięciu miesiącach… także się nie odbyła. Zabrakło wtedy większego szwagra — znów siedział za coś w więzieniu i nie został dowieziony. Nie udała się także rozprawa kolejna – po następnych miesiącach, bo znów nie dojechał paser. Ani dalsza – po pół roku. Ani kolejna. Ani jeszcze kilka następnych. Bo nigdy nie udało się zebrać na sali wszystkich zainteresowanych. A my na wszystkie sprawy jeździliśmy, tracąc całe dni pracy, wydając pieniądze na benzynę. I zawsze wieźliśmy pana Kazika z którymś ze szwagrów. Minęło pięć lat takiej zabawy. W końcu poprosiłam wysoki sąd, aby nas nie wzywał, jeśli nie będzie miał pewności, że jest szansa na zakończenie sprawy.
Wreszcie udało się zgromadzić na rozprawie wszystkich – podejrzanych i świadków. A za stołem zasiadł nowy bardzo młody sędzia. Odczytał nazwiska obecnych. Na koniec moje. I kazał mi podejść do stołu. Podał mi jakąś kartkę, równocześnie groźnie pytając:”co tu pani podpisała?” Przyjrzałam się owej kartce – to był znany mi protokół napisany przed pięciu laty przez przystojnego funkcjonariusza; „no, to jest protokół odbioru skradzionych rzeczy”– odparłam. A pan sędzia: „podpisała pani nieprawdę. Lodówka była własnością pana Rawicza, a pani popisała, że odbiera SWOJE rzeczy”. Ja: „Zwróciłam na to uwagę panu milicjantowi. Ale jego zdaniem określenie swoje rzeczy tu oznacza przedmioty, które miałam w domu, a które teraz do mnie wracają”. Pan sędzia; „ale lodówka nie była pani własnością”.
To już mnie zdenerwowało. Powiedziałam: — „Przecież ja od razu na milicji powiedziałam, że lodówka jest pana Rawicza i to jest tutaj – pokazałam palcem – o tutaj! — zaprotokołowane, dokładnie dwa wiersze powyżej mojego podpisu. Czy wysoki sąd uważa, że chciałam tę lodówkę ukraść?” Pan sędzia kazał mi siadać. Siadłam, widząc się w duchu już za kratkami i w pasiakach.
Zwrócił się do Julka: — „Czy pan wie, że może pan skarżyć panią Maziarską?” Julek najwyraźniej osłupiał: — „Za co?” — wystękał. — „Za chęć przywłaszczenia pańskiego mienia” — odparł sędzia. Julek na to, że nie ma zamiaru nikogo skarżyć. Na to pan sędzia zapytał Julka, czy został w prokuraturze pouczony o takiej możliwości. Julek odparł, że nie, ale i tak skarżyć mnie nie będzie. Na to pan sędzia powiedział — „Acha” . I odroczył sprawę.
Po tygodniu Julek dostał urzędowe pismo z Ostrołęki. Wezwanie do prokuratury. Zadzwonił pod podany w wezwaniu telefon, żeby dowiedzieć się o co chodzi. Usłyszał; „w sprawie pouczenia, że może pan skarżyć panią Maziarską”. Julek się wściekł. „Nigdzie nie pojadę. Ciężko pracuję, a wy mi zawracacie głowę takimi bzdurami. Pouczcie mnie najwyżej przez telefon”. Odpowiedź: –”Jeśli pan nie przyjedzie, zostanie pan doprowadzony przez policję”.
Sprawa toczyłaby się dalej i dalej, coraz głębiej tonąc w oceanie absurdu. Ale pomogła interwencja u prokuratora wojewódzkiego w Ostrołęce. To był normalnie myślący pan. Przyznał, że przyjazd zapracowanego Julka tylko po to, by usłyszeć pouczenie, jest bezsensowny. Że pouczyć go może np. policjant, który w tym celu przyjdzie do jego domu.
W kolejnej rozprawie młody ambitny sędzia był nieobecny. Przewodniczyła pani sędzina. Uznała winę podejrzanych i zasądziła im po roku więzienia z zawieszeniem na dwa lata. Byli bardzo zadowoleni. Po licznych odsiadkach kara z zawieszeniem to dla nich betka…
Ja się jakoś w ogóle wywinęłam…
Ewa Maziarska



Moja historia była podobna. Początek nowego tysiąclecia, a może koniec starego. Skradziono nam radio z samochodu (stał pod domem, zrobili to małoletni sąsiedzi, co okazało się po kilku latach). Wtedy właśnie wezwano nas do sądu, bo złapano złodziei i sądzono. Teraz były to już groźne byczki. Proces toczył się przez wiele lat, bo nakradli dużo drobnicy. Za każdym razem przychodziły wezwania do sądu (kurier), zawsze takie, że nie ma obowiązku stawiennictwa. Po pewnym czasie zacząły lądować w koszu, nieotwierne. No i nagle wezwanie pod groźbą doprowadzenia do zapłaty kary, za niestawiennictwo. Jakoś to odkręciliśmy, ale sąd bujał się ze zbójami przez lata. Nikt niczego nie odzyskał. Oskarżeni bawili się świetnie. Poszkodowani tracili czas, nerwy i mieli poczucie zagrożenia. Byli demaskowani przed oprychami. Wniosek? Nie zgłaszać kradzieży. Jak to wygląda dzisiaj? Jak będzie jutro, po tym jak dziś tresuje się policję, traktuje wymiar sprawiedliwości i w ogóle prawo? Strach się bać.