Zawarte w tytule stwierdzenie nie jest prowokacją.
Nauka może kwestionować niektóre twierdzenia religii, częściej jest jednak tak, że niektóre jej odkrycia wchodzą w kolizję z religijnymi dogmatami; nauka nie zajmuje się jednak zakazywaniem wiary, nie ma takich możliwości, nie jest to również jej magisterium. Kapłani zawsze obficie korzystali z nauki, ale również często zabraniali udostępniania wiedzy ludziom świeckim, kobietom, niewolnikom, chłopom. Historia zakazywania przez kapłanów różnego rodzaju badań i głębokiej niechęci do wykorzystywania osiągnięć nauki dla poprawy jakości życia zwykłych ludzi to obszerny rozdział historii nauki.
Osławiona NOMA Stephena Goulda – twierdzenie o odrębnych i nie zachodzących na siebie magisteriach nauki i religii, to zwyczajne naciąganie rzeczywistości. Konflikt religii z nauką jest doskonale udokumentowany, co najmniej od czasów starożytnego Egiptu.
Rewolucja kopernikańska miała miejsce nie dzięki Kościołowi, a wbrew niemu. Rozwój medycyny był przez stulecia hamowany przez zakaz sekcji zwłok, Kościół był przeciwny szczepionkom, tak jak dziś jest przeciwny in vitro, czy tak, jak zwalcza środki antykoncepcyjne.
Oczywiście prawdą jest, że wielu uczonych należało do stanu kapłańskiego i nadal wśród naukowców jest bardzo wielu ludzi wierzących. Nie jest to jednak argument, który w jakikolwiek sposób podważa tezę o trwałym konflikcie między religią i nauką.
Bodaj największą blokadą rozwoju nauki był sprzeciw wielu religii wobec masowej oświaty. Religie systematycznie ograniczają możliwości rozwoju potencjału intelektualnego ludności. W dzisiejszych czasach najbardziej dramatyczne skutki tej stałej tendencji widzimy w świecie islamu, gdzie dominują najbardziej konserwatywne doktryny religijne. Jednostkowym symbolem jest tu Malala Yousafzai, pakistańska dziewczynka, postrzelona w zamachu za to, że chciała chodzić do szkoły i że publicznie walczyła o prawo dziewcząt do nauki. W dzisiejszym świecie islamu sekty muzułmańskie bardziej otwarte na naukę, takie jak ahmadiyya, są otwarcie prześladowane.Oświata jest w świecie islamu podporządkowana instytucjom religijnym i nastawiona głównie na religijną indoktrynację.
Chełpliwe przypominanie o sukcesach arabskiej nauki, to niezamierzony hołd dla sytuacji, w której świeccy władcy odnosili się z lekceważeniem wobec duchownych. Niall Ferguson w książce Civilization pisze o Europie w czasach Renesansu, w której małe, niezależne państwa i otwarte granice dawały szanse na ucieczkę przed tyranią Kościoła. Kopernik, podobnie jak setki innych, sądził, że przed gniewem Watykanu uchroni go litania pochlebstw pod adresem papieża. W rzeczywistości chroniła go lokalna władza. Pięćset lat wcześniej podobnie było w krajach islamu, póki al-Ghazali nie rozpoczął totalnej wojny z herezją greckiej filozofii.
Reformacja stworzyła odmianę chrześcijaństwa nieco mniej wrogą wobec niezależnej nauki. Błędem byłoby sądzenie, że nagle pojawiła się religia przychylna wobec nauki i gotowa do rezygnacji z jakichkolwiek biblijnych „prawd” w obliczu postępów nauki. Zasadniczą zmianą była powszechna nauka czytania i pisania motywowana nie tyle chęcią udostępnienia wiedzy, co obowiązkowego czytania Biblii. Stopniowy wzrost ludzi uprawiających naukę był tu raczej efektem ubocznym, nie do końca pochwalanym przez instytucje religijne. Szkoły i uniwersytety nadal pozostawały pod ścisłym nadzorem instytucji religijnych, a wiele badań trąciło herezją, aczkolwiek decentralizacja władzy religijnej osłabiła możliwości walki z publikującymi heretyckie prace naukowcami.
Pochlebstwo nadal stanowiło wiodącą technikę obrony przed zarzutem herezji, rosły również szeregi ludzi zajmujących się nauką, którzy nie posiadali święceń kapłańskich, zazwyczaj wywodzących się z arystokracji i nierzadko nie tylko mających lekceważący stosunek do duchowieństwa, ale również dość władzy, aby trudno ich było dosięgnąć.
Oświecenie przyniosło kolejne osłabienie instytucji religijnych, które utraciwszy przemożny wpływ na władzę świecką, nie mogły oczekiwać, by nakładane przez nie kary były egzekwowane przez państwo. Uczeni tacy jak Charles Darwin nadal byli ostrożni i gotowi do drobnych ustępstw, przestali się jednak rozpływać w zapewnieniach o swojej pobożności i wierności religii. W naszych czasach wielu naukowców pisze otwarcie, że nauka jest niekompatybilna z religią. Pisarze tacy jak Richard Dawkins, Daniel Dennett czy Jerry Coyne piszą o tym całe książki i często są określani jako „wojujący ateiści”.
Określenia „niekompatybilna” oznacza niedająca się pogodzić. Nie da się pogodzić wiary w dogmat z tym, co jest samą istotą nauki, a więc z „kwestionowaniem wszystkiego, tak by pozostało to, czego zakwestionować się nie da”. Nauka nie zna świętości. Na przestrzeni wieków słowo „nauka” stawało się coraz bardziej kojarzone z metodą naukową, a więc z systematycznymi i kontrolowanymi technikami badania otaczającej nas rzeczywistości. Istotnie, tak pojmowanej nauki nie daje się pogodzić z wierzeniami w istoty i zjawiska nadnaturalne. Głównym „grzechem” wojującego ateizmu jest jednak ujawnianie praktyk i działań instytucji religijnych, wypaczających samą istotę oświaty szkolnej, podważających naukę przez odwoływanie się do dogmatów, ale również przez nieuczciwą prezentację nauki, a wreszcie przez naciski na władze świeckie zmierzające do utrudnienia bądź uniemożliwienia prowadzenia niektórych badań naukowych lub wykorzystywania niektórych odkryć.
Religia swój konflikt z nauką ukrywa pod płaszczykiem moralności. „Wojujący ateiści” pokazują, że ta religijna moralność aż nazbyt często jest głęboko amoralna. Kiedy Kościół podczas szalejącej epidemii AIDS walczy z dającymi częściową osłonę prezerwatywami, przyczyniając się do dziesiątków tysięcy niepotrzebnych śmierci, trudno zaakceptować tę religijną „moralność”.
Nauka nie wzywa do burzenia świątyń, ani do porzucania religii, może wyjaśniać zjawiska, które ludziom wydają się cudami, może pokazywać nieskuteczność modlitw, może pokazywać historię mitów religijnych, może wreszcie wskazywać na błędne opisy rzeczywistości w różnych pismach świętych. To są grzechy nauki powodujące konflikt religii z nauką i nieustanną wojnę religii z nauką, wojnę czasem zupełnie otwartą, czasem podjazdową.
Czy ujawniać ten stały (a w ostatnim okresie wręcz narastający) konflikt religii z nauką, czy wręcz przeciwnie, udawać, że nic się nie dzieje, że żadnego konfliktu nie ma, a religia jest samym dobrem?
Wśród naukowców, zarówno tych wierzących, jak i niewierzących toczą się zajadłe spory o to, czy należy głośno mówić, czy raczej ograniczać się do szeptów. Wielu ateistów stoi na stanowisku, że lepiej nie drażnić licha. Zapewne to z tego osławionego ducha lękliwej ugodowości wyrosła owa koncepcja NOMA, która co rusz powraca swoim pokracznym kłamstwem.
Ugodowcy, nazywani czasem akomodacjonistami, uwielbiają banały w rodzaju, że przecież ludzie wierzący też lubią naukę, że bardzo wielu naukowców to ludzie wierzący, zapewniają, że religia nie jest wroga wobec nauki. Te pierwsze dwa stwierdzenia są jak najbardziej prawdziwe, problemem jest twierdzenie o braku wrogości religii do nauki. Oczywiście możemy przedstawić tysiące przykładów z historii szkolnictwa, medycyny, szpitalnictwa, rolnictwa i innych dziedzin, w których instytucje religijne odegrały pozytywną rolę, ale nie da się ukryć centralnego problemu prześladowania nauki wszędzie, gdzie instytucje te wyczuwały najmniejsze zagrożenie dla swoich dogmatów i swojej władzy. Nauka nie jest wroga wobec religii, trudno bowiem powiedzieć, że teoria grawitacji, astrofizyka, teoria ewolucji, czy teoria względności są wrogie wobec religii, wielu naukowców jest krytycznych wobec religii, ponieważ gdyby nie religia, intelektualny potencjał ludzkości mógłby się rozwijać dużo szybciej. Zagrożeniem dla nauki jest religijny, czy ideologiczny dogmat, dążenie do centralnego zarządzania ludzkim myśleniem, niszczenie heretyków.
W niedawnym artykule Jerrego Coyne’a, w którym autor polemizuje z amerykańskim astrofizykiem i autorem SF, Ethanem Siegelem, pojawia się interesujący argument, iż procent ateistów wśród naukowców w różnych krajach, z grubsza odpowiada procentowi ateistów w całej populacji (z czego zdaniem Siegela wynika, że nie ma konfliktu między uprawianiem nauki i religią). Towarzyszy tej argumentacji wykres z danymi z ośmiu państw, z którego wynika, że w Turcji jest ateistów wśród naukowców 6 procent, a we Francji 51 procent.
W socjologii za tego rodzaju danymi kryje się tyle zmiennych, iż trudno ustalić wszystkie związki przyczynowe. Nie wiemy jak w tym sondażu definiowano naukowca (Jerry Coyne zwraca uwagę na fakt zmieniających się proporcji w różnych grupach naukowców i tak wśród członków Amerykańskiej Akademii Nauk niewierzący stanowią 93 procent, czyli proporcje są odwrotne niż w całej populacji.) Ciekawe byłoby porównanie listy najlepszych uniwersytetów świata z proporcjami ateistów i agnostyków wśród naukowców, a jeszcze ciekawsza jest historia ujawniania się niewierzących i wątpiących, nie tyle nawet w miarę rozwoju nauki, co w miarę wprowadzania rozdziału państwa i Kościoła.
Sama deklaracja wiary również mówi nam bardzo mało o stopniu akceptacji nauki i o tolerancji wobec ludzi innych wyznań oraz niewierzących. Nauka w systemach totalitarnych (niezależnie czy są to teokracje, czy ideologie w rodzaju komunizmu czy nazizmu), jest z reguły podporządkowana potrzebom systemu, jak to określił pewien radziecki dysydent, łatwiej w takim systemie wyprodukować bombę atomową niż porządny samochód. Ilość i jakość badań naukowych rośnie w miarę tego jak uczelnie i instytuty naukowe przestają się interesować wyznaniem i poglądami politycznymi swoich pracowników, interesując się tylko wynikami ich pracy naukowej. (W takiej sytuacji ubocznym efektem jest wzrost proporcji naukowców, ujawniających swoje wątpliwości wobec prawd religijnych.) Inną zmienną jest rynek, powiązania nauki z biznesem (niekoniecznie bezinteresowne powiązania), zainteresowanie tym, aby myśl naukowa zmieniała się w innowacje docierające do ludzi. Ponownie ateizm jest tu raczej efektem, a nie przyczyną rozwoju badań naukowych i przekładania odkryć naukowych na dobra i usługi dostępne dla ludności.
Konflikt religii z nauką może hamować procesy laicyzacji, produkuje jednak zacofanie. Ugodowość, cofanie się przed krytyką zarówno instytucji religijnych, jak i religii jako takiej, to postawa samobójcza, tak dla nauki, jak i dla dobrostanu ludzi, którzy mogą z nauki korzystać.
[responsivevoice_button voice=”Polish Female” buttontext=”Czytaj na głos”]

nie sądzę, żeby NOMA wyrosła z „ducha ugodowości”, to twierdzenie odnosi się w istocie do sposobu rozumienia religii a pan pisze przede wszystkim o negatywnych skutkach społecznych będących skutkami instrumentalizacji religii w historii rozwoju cywilizacji, takie zapisały się w historiach wielu religii nie będą jednak stanowić argumentu we współczesnym rozstrzygnięciu o roli religii jako dostarczającej człowiekowi możliwości odniesienia w szukaniu odpowiedzi na pytania w sferach odnoszących się do funkcjonowania w społecznościach, czyli do moralności i etyki, oraz rozwoju własnej świadomości. Podziały w świecie tzw. naukowców staną się wtedy także bardziej złożone.
Osobiście staram się unikać sądzenia, staram się dowiadywać, a całe rozumowanie Goulda jest dostępne i trudno tu o wątpliwości. Nie pisze pan kto „instrumentalizował” religię. Anioły? Niektórzy podejrzewali szatana, Jeszcze inni mieli bardziej precyzyjne wskazania. Lubię tu obserwacje Jana Ostroroga, ale mało kto dziś do niego wraca.
ależ oczywiście, że Rzym, jeżeli odnosimy się tylko do historii katolicyzmu (znaczenie tego określenia, z greki – powszechny, także się istotnie zmieniało). Odniosłem się do ograniczoności rozumowania Goulda, jak ja ją rozumiem, przy czym nauka to także nauka społeczna. Nie bardzo rozumiem czy zarzuca pan aniołom brak interwencjonizmu czy brak istnienia.
Warto taki punkt widzenia także poznać: http://www.dailygalaxy.com/my_weblog/2017/08/life-after-death-renowned-physicists-says-its-quantum-information-stored-at-a-sub-atomic-level-that-.html
chcąc odnieść się w kilku słowach do opisu struktur samo uczących się stanowiących obecnie podstawę rozumienia zasad AI wystarczy sądzę, że przywołamy tu intuicje: hierarchizacji, roli powtórzeń oraz konsekwencji błędu wynikowego w postaci wagi przypisywanej poszczególnym konfiguracjom oddziaływań definiowanych lokalnie. Penrose jest fizykiem matematycznym i rzeczywiście wiele w jego podejściu wydaje się odnosić do teorii topologicznych, jego intuicje dotyczące ograniczeń obecnie rozumianej AI, wydają się być intuicyjnie uzasadnione. Napewno ciekawe jest podejście sub-neuronowe i tam szukanie podstaw istnienia stanów koherentnych dla których hipotetycznie wprowadzana przy ich opisie metryka byłaby jakościowo różna od tej dla układu neuronów, aby np. zachować i w niej zasadę działania maszyny Turinga (sygnał zewn. + stan ->sygnał wynikowy). Sądzę jednak, że nie mamy podstaw aby wykraczać obecnie poza biologię mózgu – prosta hipoteza o relaksacji stanów koherentnych (wymyśliłem sobie na poczekaniu, sorki jeżeli wyda ci się nie dopracowana) i mapowaniu wynikowym w układzie neuronalnym – którego biologicznie określana funkcjonalność podtrzyma procesy w ich własnych skalach czasu, a więc także z możliwością przywrócenia stanu wynikowego, cofnie nas na grunt biologii, zapewniając może przy okazji trochę satysfakcji fizykom nie angażując jednak zawiłości matematycznej teorii pola, ..matematycznej ? przecież to nie ma prawa działać.
Ciekawa dyskusja Penrosa poniżej: skłaniałbym się do krytycyzmu Gell-Manna, dociekliwości Smolina i pokory Dawkinsa:
https://www.edge.org/conversation/roger_penrose-chapter-14-consciousness-involves-noncomputable-ingredients
Penrose, śmiechom i żartom nie było końca. a na poważnie, chyba jednak jeśli idzie o świadomość pozostałbym przy tym, co nam oferuje Daniel Dennett, podsumowując to, co jak dotąd wiemy. Dennett nie obawia się również tego, że wielu rzeczy nie wiemy i albo je rozgryziemy, albo nie. Mało prawdopodobne, aby pomocna okazała się tu teoria kwantów.
@PK kiedyś Stanisław Ossowski zwykł mówić studentom, że socjologia to raczej wiedza nią nauka. 60 lat później chyba lepiej rozumiem, dlaczego to powtarzał. A anioły, no cóż, jeśli idzie o instrumentalne traktowanie ludzi przez religię, to poszukiwanie przypadków nieinstrumentalnego traktowania może przypominać szukanie złota w wiślanych wydmach (najlepiej próbować na wysokości Torunia).
Teorii kwantów bym nie lekceważył. Tak na „chłopski rozum” jedyne logiczne wytłumaczenie obserwowanych zjawisk (np., kot Schroedingera) to fakt, że są światy równoległe. Na razie to teorie, ale myślę, że w końcu świat okaże się znacznie dziwniejszy niż się to śniło filozofom.
być moźe dlatego, że wiedza ewoluuje a on miał śwadomość trudności, przy okazji niedawnego felietonu w SO dotyczącego mapowania kontaktów naukowych załączyłem w swoim komentarzu odnośnik do wydaje mi się atrakcyjnego opisu teorii sieci, tam rozdziały pierwszy i dziewiąty, proszę zerknąć, porządna nauka, na pewno na poziomie Dennetta. Co do aniołów to nie wiem, byłoby fajnie gdyby były.
Nie lekceważę teorii kwantów, lekceważę chłopski rozum, który podobnie jak „zdrowy rozsądek” ma to do siebie, że lubi oszukiwać. Dobre spekulacje to solidnie podbudowane hipotezy, kiepskie, to hm, spekulacje właśnie. Penrose jest znany raczej z tych drugich.
Myślę, że dla ludzi, którzy nie zajmują się nauką, a którzy zostali wychowani jak my wszyscy w świecie, w którym cały czas funkcjonują religie, nauka posiada wszelkie atrybuty religii. Stąd prosta już droga do NOMA. Pytanie, czy możliwy jest świat bez religii i czy taki świat byłby znośny do życia? Wydaje mi się, że sprawa bardziej dotyczy proporcji. I jak autor słusznie zauważa, uświadomienia ludziom, że nauka i religia to dwie całkowicie odrębne sfery, chociaż mogą się sobą wzajemnie zajmować (to tłumaczy istnienie i dobre samopoczucie księży naukowców). Nie ulega wątpliwości, że zarówno religia jak i nauka są ludziom potrzebne. W różnym stopniu i nie każdemu. Problemem jest niekontrolowany totalitaryzm religii co autor zgrabnie nakreślił, a także wcześniej wspomniana skłonność do postrzegania nauki przez pryzmat wiary przy jej całkowitej bierności, co zrozumiałe, bo przecież metoda sama się nie obroni :). Muszą zrobić to ludzie, a ich liczba musi przekroczyć masę krytyczną. Do nauki, jak uczy historia, trzeba dojrzeć, dorosnąć. Dorosnąć muszą też całe grupy i społeczeństwa.