20.11.2019

Boliwia. Socjalizm umiera po raz kolejny. Potknął się na odwiecznej zasadzie – raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy. Czy wyborcze oszustwo było kroplą, która przelała dzban? Prawdopodobnie. Ale są tu i inne sprawy niż tylko brudna gra o nielegalne pozostanie prezydenta na stanowisku na czwartą kadencję.
Ciekawe, bo początkowo ostry skręt w lewo przynosił wyraźną poprawę. Zmniejszył rozmiary nędzy, dyskryminację rasową, wzmocnił gospodarkę. Boliwia ma ogromne zasoby gazu, ropę naftową, duże zasoby litu. Jest również największym dziś producentem koki i kokainy, którą zalewa obydwie Ameryki. Prezydent Evo Morales (były plantator koki) miał z czego rozdawać i robił to bardziej ostrożnie niż jego przyjaciel w Wenezueli, Hugo Chavez.
Zapewne głównym problemem boliwarskiego socjalizmu było to, co było problemem wcześniejszego boliwarskiego kapitalizmu – niebotyczna korupcja i nepotyzm. W socjalizmie zatrudnieni przez państwo aniołowie w zarękawkach czynią dobro, dzieląc wtórnie dochód narodowy i pobierając na boku opłaty za empatię.
W Boliwii rząd od 1825 roku obalany był siłą dziesiątki razy, w ostatnich dziesięcioleciach rządy często przechodziły od władzy cywilnej w ręce generałów i ponownie w ręce cywilów. Pierwszy prezydent pochodzący z rdzennej indiańskiej ludności obiecywał walką z dyskryminacją rasową i korupcją.
Morales nie jest jednak pierwszym boliwijskim prezydentem uciekającym z kraju w obawie przed skazaniem na długoletnie więzienie. Urzędnicy państwowi kradną tam niezależnie od tego, czy zostali zatrudnieni przez rząd lewicowy, czy prawicowy. Według Transparency International Boliwia, jeśli idzie o rozmiary korupcji, plasuje się na 113 pozycji wśród 176 państw (więc mogą się zawsze pocieszać, że nie jest najgorzej). Sąsiedzi najbardziej denerwują się na to, że policja i politycy współpracują z producentami i szmuglerami kokainy, a to znowu samym Boliwijczykom podobno przeszkadza mniej niż fakt, że publiczne fundusze znikają w prywatnych kieszeniach, a kontakty z urzędami funkcjonują na zasadzie „jak się da, to się zrobi”. Jeden na trzech Boliwijczyków przyznaje, że dał łapówkę w ciągu ubiegłych 12 miesięcy. Za najbardziej skorumpowane instytucje uważa się policję, sądy i urzędy celne.
Czy trzeba zatem winić za sytuację w kraju boliwijski socjalizm, kolonializm, arogancję białych, demoralizację i niewiarę w uczciwość dyskryminowanych, kapitalizm, katolicyzm, czy wszystko razem?
Wiara w socjalizm jest naiwnością przede wszystkim dlatego, że socjalizm nieodmiennie obiecuje ludziom, że da im to, czego nie ma. Pod hasłem powszechnej sprawiedliwości gładko przechodzi się do centralnego planowania, wszechwładzy państwa, do mniej lub bardziej krwawej tyranii. Wiara w socjalizm nieodmiennie powiązana jest z nadzieją, że socjalizm rozprawi się z łajdactwem feudalizmu, gangsterskiego kapitalizmu, z nędzą i poniżeniem.
Boliwia, Wenezuela, Kuba to tylko najnowsze przykłady socjalistycznych katastrof. Wcześniej Etiopia, Indie, Chiny, Związek Radziecki pokazywały jak marzenie o ludowej sprawiedliwości zmieniało się w piekło. Obietnice powszechnej sprawiedliwości zmieniały się w pola śmierci głodowej. Wielu chciało wierzyć, że to tylko efekt nieudolności polityków w krajach wcześniej wyzyskiwanych przez imperializm, że idea opiekuńczego państwa jest piękna, i nawet jeśli komunizm jest straszny, to socjalizm jest piękny i można jego wartości realizować idąc trzecią drogą.
Kiedy mówisz „trzecia droga” myślisz Szwecja, Dania, Norwegia, kraje, w których mądrzy socjaldemokraci demokratycznie zdobyli władzę, przeprowadzili społeczne reformy nie rujnując prywatnej przedsiębiorczości, nie nacjonalizowali fabryk, ale wzmocnili związki zawodowe, inwestowali w oświatę i ochronę zdrowia, nie pozwalali, by nędza wykluczonych pozbawiała godności. Budowana na protestanckiej etyce „trzecia droga” była nie tylko organizacyjnym majstersztykiem, ale również była niemal wolna od korupcji. Jeśli gdzieś widzieliśmy przeciwieństwo sowieckiej nieudolności i bezprawia, to właśnie w Szwecji. Dla przybysza zza żelaznej kurtyny organizacja tego państwa opiekuńczego wydawała się przypominać szwajcarski zegarek. Sprawność, kompetencja i życzliwość urzędów, znakomite szkolnictwo i służba zdrowia.
Krótko mówiąc, ten skandynawski socjalizm wydawał się socjalizmem, który realizuje to, co obiecuje. I to nie tylko nie niszcząc systemu rynkowego, ale wzmacniając rynek wewnętrzny i budując gospodarkę opartą na wiedzy.
A więc socjalizm, to nie tylko piękne wartości plus cała władza w rękach partii. Tu aniołowie rozdzielający wtórnie dochód narodowy nie byli uzbrojeni, nie byli absolwentami wieczorowych kursów ludowej sprawiedliwości, nie organizowali obozów pracy dla wrogów ludu. Niepokoiło tempo, w jakim stawali się nową klasą społeczną. Państwo opiekuńcze szybko zaczęło się przekształcać w państwo nadopiekuńcze, ustawicznie szukające kim jeszcze należy się zaopiekować. Trzecia droga nie załamała się spektakularnie, gasła powoli, przestała być wielkim sukcesem, zaczęła pokazywać swoje słabości i zagrożenia. Niektórzy Szwedzi twierdzą, że zniszczyła protestancką etykę pracy, odebrała chęć wolności, nauczyła postaw roszczeniowych. Państwo ma dać, bo mamy socjalizm.
Czytelnicy czasem oskarżają mnie o lewactwo i nazywają komuchem, inni są przekonani, że jestem neoconem lub neoliberałem. Jedni i drudzy mają odrobinę racji: jeśli tzw. lewicowe wartości, to walka z nędzą, szacunek dla drugiego człowieka i przekonanie, że warto bogacić się razem, a nie jeden kosztem drugiego, to oczywiście jestem lewicowcem. Jeśli wartości lewicowe to prawa pracownicze, prawa kobiet, walka z rasizmem, to tak, jestem lewicowcem. Mam jednak wrażenie, że humanizm i lewicowość to nie jest to samo, że niektóre wartości zostały trochę bezprawnie zawłaszczone przez lewicę i nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że jestem podejrzliwy wobec monopoli.
Ci, którzy nazywają mnie neoliberałem, też mają rację, chociaż czasem mam dziwne wrażenie, że nie bardzo wiedzą, co to znaczy. Znajoma z dumą wrzuciła do sieci poniższy mem:

Nie pytałem jej, co wie o PRL-u, ani co wie o liberalizmie, ani czy zna historię jak załamało się państwo opiekuńcze i dlaczego na Zachodzie zastąpiła je era reaganizmu i thatcheryzmu; ani wreszcie, co właściwie ta zmiana oznaczała, czy rzeczywiście powrót do praw rynku oznaczał likwidację zdobytych reform społecznych, opieki społecznej, czy powszechnej oświaty.
Nie pytałem, czy wie, przed jakimi wyzwaniami stanęli ówcześni politycy, jak wydobywali swoje społeczeństwa z kryzysu i dlaczego daleko nie wszystko im się udało. Liberalizm również wysoko ceni takie wartości jak wydobywanie z nędzy, prawa człowieka, postęp. Czasem interpretuje te wartości nieco inaczej niż lewica, czasem chce je realizować innymi drogami. Czy przekonałaby ją statystyka pokazująca ile setek milionów ludzi liberalizm wyciągnął z biedy, ile godności dało ludziom prawo do wolności, czy przekonałaby ją opowieść o Indiach, Chinach, Afryce (tak, również w Afryce liberalizm zaczął wreszcie wyciągać ludzi z biedy, chociaż nie idzie to tak dobrze jak w Chinach czy w Indiach)? Wątpię, a w dodatku wymagałoby to właściwie całej książki.
Pomyślałem, że ograniczę się do jednego obrazka, ale i z tego zrezygnowałem, bo jestem przeciwnikiem pisania zbyt długich komentarzy w Internecie. Ten obrazek jest jednak ciekawy.
Kiedy we wrześniu 1989 roku tworzył się w Polsce rząd Tadeusza Mazowieckiego, Amerykę odwiedzał nowo wybrany członek Dumy, Borys Jelcyn. Jelcyn postanowił zatrzymać się w drodze i obejrzeć sklep spożywczy na przedmieściu Huston. Chodził zdumiony między półkami, pytał o ceny, dowiadywał się, czy ludzi na to stać. Kręcił głową powtarzając, że w ZSRR nawet członkowie politbiura nie mają takiego wyboru, nawet Gorbaczow…
Jelcyn szczerze wierzył w propagandę swojej partii politycznej, nic dziwnego, że jak sam przyznał, dostał w tym sklepie mdłości:
Kiedy zobaczyłem na półkach setki, tysiące puszek, kartonów, wszystkich możliwych towarów, szczerze mówiąc poczułem mdłości z rozpaczy nad losem radzieckich ludzi. Tak potencjalnie superbogaty kraj jak nasz doprowadzono do takiej biedy! Strasznie jest o tym pomyśleć.
Jeśli wyciąganie ludzi z biedy, to lewicowa wartość, to jestem lewicowcem, ale nie jest tak całkiem bez znaczenia, co kto obiecuje, a co kto robi rzeczywiście.
Miraże obietnic skusiły miliony. Czterdzieści lat temu miałem hasło: „Polsce potrzebna silna socjaldemokracja i powszechna wiedza jak z nią walczyć”.
Czasy się zmieniły, w Ameryce wśród ludzi urodzonych dwadzieścia lat temu solidną przewagę mają zwolennicy socjalizmu. Doświadczenia Boliwii i Wenezueli ich nie przekonują, są głęboko przekonani, że ten liberalizm to jakaś zaraza. Tymczasem przeczytałem streszczenie exposé naszego premiera i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że dla wielu było bardzo przekonujące. Należy mu się medal „Pro Partia”. A opozycji umiejętność dialogu z tym, którzy mogą słyszeć co innego niż ona, by przekonywać, a nie tylko mówić do przekonanych.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

W Polsce słabość środowisk liberalnych i kompletna degrengolada programowa i kadrowa w PO-KO powoduje, że receptą na narodowych socjalistów JK (populistów) zaczyna byc powoli sprawna intelektualnie ale groźna w swoim chciejstwie partia Razem i Adrian Zandberg.
W zestawieniu PiS i Razem zaskakuje zbieżność ich stanowisk. Nie chcę przez to powiedzieć, że PiS ma program krypto-neomarksistowski ale coś jest na rzeczy :).
Zandberg i Razem powoli ewoluują w stronę socjaldemokracji, z naciskiem na powoli. Tymczasem PiS to czysty populizm czyli narodowy-socjalizm jako cyniczne narzędzie utrzymania władzy. Po co JK władza? Przypuszczam, że oprócz esktazy i leczenia kompleksów on sam tego nie wie.
Szczerze się uśmiałem, dziękuję 🙂
A może wystarczy prosta uczciwość i przekonanie, że bez naszego wysiłku kraj się nie rozwinie? Bo rzeczywistego bogactwa kraju nie buduje się na szwindlach finansowych, kombinacjach księgowych i kupowaniu głosów za pieniądze podatników, ale na pracy, nauce i inwestycjach w prawdziwe innowacje i wiedzę.
Przypomniała mi się definicja socjalizmu, jeszcze z lat 60-tych.Otóż socjalizm jest jak lot samolotem.Widoki i perspektywy są wspaniałe,ale rzygać się chce,i wysiąść nie można.
[…] Jeśli wyciąganie ludzi z biedy, to lewicowa wartość, to jestem lewicowcem, ale nie jest tak całkiem bez znaczenia, co kto obiecuje, a co kto robi rzeczywiście.[…]
Całkowicie zgadzam się z Autorem. Swoją drogą z radością powitałbym szeroką dyskusję nad istotą lewicowości bo mamy w tej kwestii, za przeproszeniem, burdel nie wietrzony od 30 lat. Zacytowany fragment artykułu doskonale podsumowuje niejednoznaczność dzisiejszych czasów – w Polsce mamy szczerze lewicowy rząd, który oficjalnie zwalcza lewicowość i konserwatywną, ultrakatolicką opozycję, która zwalcza rząd ponieważ jest on za mało dla niej liberalny (w rozumieniu darwinizmu społecznego i ekonomicznego, który jest przecież już pieśnią przeszłości) albo zbyt liberalny (czyli pozwalający ludziom na samodzielne myślenie) oraz lewicującą opozycję, która zwalcza lewicową władzę zarzucając jej prawicowy konserwatyzm. Mam wrażenie, że cała tajemnica leży w przyzwoitym zdefiniowaniu pojęć, a w sferze zarządzania państwem w rozłożeniu akcentów – w kogo inwestować i kto da wszystkim najlepszy zwrot z zainwestowanego kapitału, czyli która grupa społeczna jest dla wszystkich najcenniejsza z zastrzeżeniem jednak, że nie może to naruszyć pokoju społecznego (biorąc powyższe pod uwagę należy stwierdzić, że rząd PiSu prowadzi nieracjonalną politykę trwoniąc polski potencjał). To wszystko wymaga relatywnie wysokiego poziomu świadomości społecznej i tym sposobem znowu wracamy do sprawy edukacji jako źródła wszelkiego dobra 🙂
Pojęcie darwinizm społeczny i ekonomiczny odniesiony do liberalizmu ma, w założeniu współczesnych teoretyków postępu i sprawiedliwości społecznej, znaczenie dyskwalifikujące a w najlepszym razie pejoratywne. Często słucham jak utalentowany skądinąd redaktor Sroczyński, odsądza takimi argumentami liberalizm a zwłaszcza neoliberalizm od czci i wiary. Tymczasem w świecie coraz bardziej ograniczonych i deficytowych zasobów, nie ma lepszego i bardziej efektywnego sposobu przetrwania ludzkości jak właśnie wolny, jak najmniej regulowany rynek. Wszelka nieefektywność prowadzi ludzkość wprost do przyspieszonej zagłady.
*
Zgadzam się, że jest potrzebna powazna rpzmowa na ten temat, ale bez uprzedzeń z żandej strony.
Trudno się nie zgodzić z taką argumentacją na rzecz wolnego rynku. To właśnie pokazuje złożoność całej materii. Nie będę chyba oryginalny jeśli uznam, że każda ideologia zrodziła się z jakiejś naturalnej ludzkiej potrzeby i pragnienia ale w chwili, w której zostaje instytucjonalnie usankcjonowana, zaczyna się wyradzać i staje się mniej więcej własną antytezą.
Wolny rynek nie jest ideologią. Od początku ludzkości ukształtował się wolny rynek jako naturalny mechanizm gospodarowania. LIberalizm tylko opisał mechanizm istniejący od zarania ludzkości. Neoliberalizm przypomniał nieco zakurzone idee liberalizmu. Warto pamiętać, że geniusz rynku polega na jego prostocie i zrozumiałosci dla każdego uczestnika. Rynek wykształcił zaledwie jedną transakcję – kupna-sprzedaży. W miarę rozwoju systemu finansowego dorzucił tylko pewną odmianę tej transakcji – kredyt kupiecki czyli transakcje kupna-sprzedaży z odroczonym terminem płatności. Czasami nazywamy tę odmianę połową transakcji bazowej. Prawa popytu i podazy oraz dążenie do równowagi rynku to w zasadzie prawie kompletny opis tego mechanizmu. Wszystko inne jest naleciałością procesów rozwoju państw narodowych, systemów społecznych i cywilizacji. Ten genialny w swojej prostocie mechanizm ma wiele wad, ale – podobnie jak demokracja – każdy inny mechanizm jest po stokroć bardziej wadliwy.
*
Dzisiejsza krytyka i awersja do wolnego rynku zasadza się na nieporozumieniu. Teoretycy sprawiedliwości społecznej nie są skłonni ograniczać się do sfery podziału – dystrybucji i redystrybucji PKB. Oni chcą ingerować w sam mechanizm wolnego rynku, zakłócajc jego efektywność. W ten sposób powstają mechanizmy gospodarcze, które niby w dobrych intencjach prowadzą nas na manowce cywilizacji.
*
Warto i trzeba rozmawiać, ale warto i trzeba dbać o mechanizmy elementarne. Zbyt wysoką cene w przeszłości (komunizm) zapłaciliśmy za arogancję ideologów wierzących, ze sa mądrzejsi niż setki pokoleń przed nami.
Oczywiście, że wolny rynek nie jest ideologią. To jest najbardziej podstawowe środowisko życia człowieka. Nie bardzo rozumiem, co stara mi się Pan wytłumaczyć. Że liberalizm to najczystsze odzwierciedlenie reguł wolnego rynku? Nie posądzam jednak Pana o tak życzeniowe myślenie. Liberalizm jest przecież teorią tylko jednego z aspektów zjawiska zwanego wolnym rynkiem – mechanizmem wymiany dóbr. Ale już na przykład zupełnie pomija altruizm, choć to jeden z fundamentów życia biologicznego. Tym z kolei głównie interesował się socjalizm. Wydaje się, że ludzie tu i ówdzie mają jeszcze oczy kilkumiesięcznego dziecka zajmującego się odkrywaniem swojego jestestwa i nie rozumiejącego jeszcze, że ręka, noga to są części integralne jednej całości, a nie osobne byty.
Nie, nie staram się Panu niczego wytłumaczyć. Staram się tylko powiedzieć, że współczesna popularność populizmów, idąca pod rękę z różnorodnymi formami myśli lewicowej, dawniej nazywanej socjalistyczną, ciągle ulegają złudzeniom, że ręcznie można poprawić mechanizm rynkowy. Nie wystarczą im nieszczęścia jakie ludzkości przysporzyły faszyzm (nazizm) i komunizm (w róznych postaciach) i nadal wierzą w przewagę woli (politycznej) nad wyśmiewaną przez nich „niewidzialną ręką rynku”.
*
Altruizm, o którym Pan wspomniał, obecny szeroko także w świecie zwierząt, nie stoi w sprzeczności z liberalizmem. Jest bardzo istotną częścią relacji społecznych. Gorzej, kiedy pod pozorem altruizmu, politycy przenoszą swoje sobiepaństwo na stosunki gospodarcze.
Małe sprostowanie z mojej strony. Ja używam układu kartezjańskiego do zrozumienia lokalizacji danej grupy na mapie politycznej. Osiami są gospodarka i światopogląd. Szczerze mówiąc nasze powszechne rozumienie lewica-prawica dotyczy raczej różnic światopoglądowych i przyjęło się definiowanie różnic politycznych na pojedynczej osi (do dzisiaj nie rozumiem dlaczego ludzie się tego jednoosiowego schematu tak kurczowo trzymają). Dlatego powstaje chaos jeśli pojawia się ktoś, ktoś odnosi się wyłącznie do kwestii gospodarczych w definiowaniu lewica-prawica. Tu muszę wyznać, że trochę żartowałem pisząc o lewicowym rządzie, który lewicowym nie jest zgodnie z jednoosiowym rozumieniem lewicy i prawicy.
Pewnie też Pana rozczaruję twierdząc, że wolny, jak najmniej regulowany rynek nie jest gwarantem efektywnego sposobu przetrwania ludzkości. Wolny rynek podobnie jak ewolucja nie ma celu. W jego najczystszej postaci to jest ad hoc, tu i teraz. Oczywiście dokonuje się zmiana i postęp ale niekoniecznie na lepsze w dłuższej perspektywie. Przykładem niech będzie nasze oko. Ewolucja kilka razy wpadała na pomysł oka ale nie doskonaliła swoich poprzednich dokonań tylko działała „tu i teraz”. W efekcie mam oczy takie jakie mamy. A gdybyśmy mieli udoskonalone oczy ośmiornicy, to nasze oczy byłyby niepomiernie lepsze i sprawniejsze. Nie wspominam nawet o naszych zębach, bo jak pomyślę o tym „dziele” ewolucji, to mnie rzeczone zęby bolą :). Tak, że pozwoli Pan, że nie zaufam „niewidzialnej ręce ewolucji”, o pardon, „niewidzialnej ręce rynku”.
Swoją drogą to mógłby być doskonały pomysł na pracę naukową analizującą zmarnotrawione zasoby i szanse rozwojowe w wyniku działania mechanizmów wolnorynkowych na przestrzeni dziejów cywilizacji ludzkiej. W głowie mam już kilka przykładów takich momentów…
A co do współczesnych populizmów, to zdaje się nie mają one wiele wspólnego z lewicowością. W rozumieniu światopoglądowym oczywiście. Proszę porzucić te wszelkie mitologie na temat zbrodniczej natury lewicowości. Minęło już 30 lat i pora na odświeżenie spojrzenia.
Co do wolnego rynku w takim razie sie różnimy. Moim zdaniem wszelkie „…zmarnotrawione zasoby i szanse rozwojowe w wyniku działania mechanizmów wolnorynkowych na przestrzeni dziejów cywilizacji ludzkiej”, biorą się właśnie z niedostatku bądź „korygowania” czy wręcz głębokiego zniekształcania działań mechanizmów rynkowych przez poliyków bądź ideologów.
*
Ja nie oskarżam lewicowości o nic – ani nazizm ani komunizm nie miały nic wspólnego z lewicowością – były opresyjnymi, zbrodniczymi totalitaryzmami kierownymi żądzą władzy przez jednostki bądź małe grupy cynicznych oprawców lub w późniejszym okresie – urzędników władzy. To, że używały one ideologii lewicowych (np. marksizmu) dla usprawiedliwienia swojego istnienia to wyłącznie pretekst dla mas oraz …intelektualistów.
*
Napisał Pan „Proszę porzucić te wszelkie mitologie na temat zbrodniczej natury lewicowości. Minęło już 30 lat i pora na odświeżenie spojrzenia.” No właśnie JK „odświeża” nasze spojrzenie na komunizm – prowadzi swoje owieczki (przepraszam – barany!) w powrotną drogę do zmodyfikowanej wersji PRL, o one chętnie za nim idą jak w dym.
*
Ponieważ Pan kwestionuje jednoosiowy schemat lewica -prawica, to chetnie bym przeczytał Pańską propozycję jak zastapić ten schemat bardziej adekwatnym współczesnie wzorcem.