Zbigniew Szczypiński: Mały wielki człowiek

01.09.2020

Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień…

To były słowa piosenki, która firmowała telewizyjny serial „Czterdziestolatek”.

Wczoraj minęło też czterdzieści lat od podpisania Porozumień Sierpniowych pomiędzy Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym i władzą. Zdjęcie z tego aktu składania podpisów stało się światowym hitem.

Nie będę się starał na żadne syntezy, na oceny jak ma się obecna sytuacja w kraju do tamtej atmosfery owych szesnastu miesięcy, od sierpnia 1980 do grudnia 1981. Takich analiz jest wiele i wciąż powstają nowe. Na pełną syntezę trzeba, według mnie, jeszcze poczekać kolejne czterdzieści lat — do czasu aż wszystko będzie już tylko historią. Teraz jest za wcześnie, żyją jeszcze ludzie, dla których tamte wydarzenia to część ich życia, które się kończy i stawia problem całościowych ocen dokonanych wyborów. To trudne.

Skoro nie synteza — to co?

Chciałbym podzielić się swoją refleksją dotyczącą jednej tylko osoby – Lecha Wałęsy.

Lech Wałęsa, robotnik z chłopskiej rodziny, dla którego podjęcie pracy w dużym mieście oznaczało awans społeczny (było takie pojęcie w tamtych czasach). Takich jak on było bardzo wielu. Stocznia Gdańska prowadziła werbunek młodych ludzi z terenów wiejskich, oferując im zatrudnienie, naukę zawodu, kwaterę, opiekę zdrowotną i wiele możliwości rozwijania zainteresowań kulturalnych i sportowych. Obowiązywała zasada paternalizmu zakładowego, taki model wymyślony i realizowany w zakładach Henry’ego Forda w Stanach Zjednoczonych AP. Oczywiście bez przywoływania tego nazwiska.

Strajk sierpniowy, sprowokowany bezprawnym zwolnieniem Anny Walentynowicz, prowadził Lech Wałęsa, wyznaczony przez Bogdana Borusewicza jako jedyny z grupy inicjującej strajk mający dłuższy staż pracy, rodzinę i udział w strajku 1970 roku.

Tak się stało, że widziałem z bliska, jak Wałęsa rósł, jak z nic nieznaczącego członka gdańskich WZZ stawał się ważny, naprawdę ważny. Mogę zaświadczyć, że w dniach sierpniowego strajku uzyskał status lidera związkowego na skalę kraju. Z zahukanego małego człowieka stał się „kimś”.

Polski sierpień, późniejszy „karnawał”, stan wojenny i wszystkie lata, które doprowadziły do obrad Okrągłego Stołu i wyborów czerwcowych — zawierają w sobie jego działalność, jego postawę i decyzje. To są fakty bezdyskusyjne i nic tu nie pomoże wola polityczna rządzącego Polską prezesa wszystkich prezesów, starającego się wymazać Lecha Wałęsę z historii tamtych lat i zastąpić go Lechem Kaczyńskim. To psychologicznie niemożliwe, a politycznie szkodliwe.

Wczorajsze obchody dostarczyły wiele do przemyśleń i refleksji nad tym, co się wówczas stało. Zgadzając się, że były to wydarzenia historyczne, mające w sumie bardzo pozytywne skutki trwających do dziś zmian, nie mogę wyzbyć się jednak takiej smutnej refleksji — dlaczego akurat wtedy, w tamtych dniach przywódcą strajku w mojej stoczni stał się człowiek tak mały, tak mało inteligentny, a jednocześnie tak sprytny. Po chłopsku sprytny.

I tak zorientowany na siebie, tak łamiący wszystkie ustalenia i reguły demokracji. Demokracji nie tej w ogóle, ale tej małej, wydyskutowanej w małych gremiach. Widziałem to od pierwszego dnia strajku, tego stoczniowego, od 14 do 16 sierpnia, gdy tylko stoczniowcy Stoczni Gdańskiej strajkowali w obronie zwolnionej Anny Walentynowicz.

To, co działo się w dniach strajku solidarnościowego — to już zupełnie inna bajka. Bez względu jednak na okoliczności jedna rzecz była stała – rosnące zadufanie i egoizm Lecha Wałęsy. Sprzyjały temu okoliczności, atmosfera strajkowej fiesty i rosnący aplauz tłumów, zachowania doradców, ludzi nauki i kultury, jacy zjawili się na strajku.

Zmieniały się okoliczności, zmieniali się negocjatorzy, nie zmieniała się tylko postawa Lecha Wałęsy. Nieprawda, zmieniała się — w tym sensie, że stale rosło jego przekonanie, że tylko on ma rację, tylko on ma plan, tylko on ogra władzę.

To, że u takiego człowieka, jakim był wtedy Lech Wałęsa, rosło takie przekonanie, to jedno; gorzej, że nie było wystarczająco silnych reakcji, by go powstrzymać. Jedyne, jakie pamiętam momenty, w których miały miejsce próby przeciwstawiania się wodzowskim zachowaniom Wałęsy to było wtedy, gdy drugiego dnia strajku członkowie komitetu strajkowego krzyczeli do niego – a mówiliśmy ci, byś nie mówił za nas. Potem już nie, gremia były za duże, pojawiły się jak zawsze zakłócenia w komunikacji, nastąpił podział na zespoły, potrzeba spotkań w mniejszym gronie. Normalne dla procesów organizacyjnych w trakcie powstawania organizacji.

Lech Wałęsa został wyniesiony na barkach stoczniowców, wykrzyczał do zgromadzonych przed stoczniową bramą tłumów to, co wykrzyczał — a potem się zaczął proces, w wyniku którego został przewodniczącym 10-milionowego związku zawodowego (a raczej ruchu społecznego), laureatem nagrody Nobla, prezydentem Polski, człowiekiem znanym na całym świecie.

Bliska mi teza historiozoficzna mówi, że skoro się tak stało, to widać musiało. Pewnie tak, ale naprawdę wielka szkoda, że wir historii, jaki uruchomił się w tamtych dniach, wyniósł na szczyty tak małego człowieka.

I na koniec jeszcze jedno. Te zupełnie kompromitujące i nieznośne zachowania Lecha Wałęsy po wszystkich wydarzeniach, które go wyniosły na niewyobrażalne wyżyny w kraju i w świecie — trzeba zrozumieć.

Ja przynajmniej je rozumiem.

Jak wielkiej osobowości, jak wielkiego trzeba byłoby charakteru, aby nie ulec i nie uwierzyć w swoją wielkość. W przypadku Lecha Wałęsy te okoliczności spowodowały jednak nasilenie się tych cech, które były u niego od początku, od momentu, gdy jako nikt zasiadł naprzeciw dyrektora stoczni 14 sierpnia — i to tylko dlatego, że pojawił się w stoczni nie o umówionej godzinie, a tuż przed rozejściem się strajkujących, bo wybrany komitet strajkowy zaproszony został przez Klemensa Gniecha na obrady do budynku dyrekcji.

10 minut później — i nie byłoby Lecha Wałęsy w strajku stoczniowym; a i pewnie później. Bo to był nic nieznaczący członek małej grupy gdańskich WZZ.

Stało się, jak stało, ale czy naprawdę tak stać się musiało?

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com