13.05.2021

Nic o Banasiu, nic o bitwie na opozycji, a nawet nic na temat pieniędzy europejskich i krajowych planów ich zagospodarowania. To wszystko to „bieżączka” – codzienność polskiej polityki.
Jak nie o tym to o czym?
O etyce i moralności bankierów polskich banków oferujących w swoim czasie kredyty frankowe ludziom w potrzebie – a to kupna mieszkania, a to założenia firmy. Różne były powody, dla których ludzie zawierali takie umowy, stała była konstrukcja umowy: całe ryzyko po stronie klienta, pewność zysku po stronie banków.
Jesteśmy świadkami kolejnych odsłon w tym polskim teatrze – niedawno Sąd Najwyższy odroczył wydanie wyroku/zajęcia stanowiska w sporze pomiędzy klientami a bankami. Zażądał kolejnych opinii od różnych podmiotów życia społecznego, w tym od rzecznika praw dziecka… Mijają kolejne miesiące a rozstrzygnięcia sądowego jak nie było, tak nie ma.
Nie będę wchodził w niuanse prawne i zawiłości umów kredytowych, są lepsi specjaliści ode mnie. Ja chcę po całości, pomoże mi w tym informacja, jaka padła publicznie w mediach, dotycząca tego, kto i z jakich pobudek wprowadzał ludzi w błąd i ile na tym zarobił.
Słuchałem bezpośrednio po komunikacie o kolejnym odroczeniu orzeczenia Sądu Najwyższego dyskusji, w której udział brali znany ekonomista i młody doktor z katedry bankowości jednej z polskich uczelni wyższych. To, co mówił pan doktor była wstrząsające. Mówił on wprost, że prezesi banków mieli pełną wiedzę o zagrożeniach związanych z kredytami frankowymi, mowa o frankach szwajcarskich. Zagrożenia te ukryte były w konstrukcji umowy kredytowej – całe ryzyko po stronie klienta, pewność zysku po stronie banku. Pan doktor mówił wprost – to szefowie banków, nie informując o tym nawet swoich pracowników, tych na pierwszej linii, robili wszystko, aby takich umów bank zawarł jak najwięcej. To wpływało na wielkość sprzedaży, a od wielkości sprzedaży zależały premie i nagrody kierownictwa.
Gorzej już być nie może. Zwykła chciwość szefów banków, chęć uzyskania nagród i premii od i tak już wysokich uposażeń wpędziła setki tysięcy ludzi w pułapkę bez wyjścia.
Jaka to pułapka niech świadczy przykład znanej mi osobiście doktor psychologii Uniwersytetu Gdańskiego, która kilka lat temu wzięła frankowy kredyt na zakup mieszkania w wysokości 400 tysięcy złotych, spłaciła całość kwoty to jest owe 400 tysięcy złotych… i ma jeszcze do spłacenia… 480 tysięcy złotych. To jest skala bankowego przekrętu, to jest miara etyki i moralności kadry prezesów polskich banków.
Z tego co wiem, na studiach wyższych i kursach dokształcających dla kadr kierowniczych w programie jest etyka biznesu, słuchacze uczestniczą w zajęciach i zdają stosowne egzaminy.
A jak wygląda ten egzamin prawdziwy, to właśnie opisuję.
Powiem wprost – bez rewolucji, przewrotu, w którym władza będzie na końcu lufy karabinu – sprawiedliwości się nie doczekamy.
I na koniec – niech powstanie sejmowa grupa dochodzeniowa, która prześledzi kto i jakie pieniądze wypłacane w formie premii i nagród za lata sprzedaży kredytów frankowych uzyskał, jak się wzbogacił. I zanim stanie przed sądem niech odda te pieniądze na słuszny cel, ot choćby na fundusz pomocy ofiarom bankowego oszustwa.
Ale czy powstanie taka grupa dochodzeniowa posłów mających elementarne poczucie sprawiedliwości w polskim sejmie, w którym większość ma partia o ładnej nazwie Prawo i Sprawiedliwość, czy to tylko takie rojenia wariata śnione nieprzytomnie?

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Panie Zbigniewie – lubię Pana, cenię i szanuję. W Pańskim artykule znalazłem trochę nieścisłości, które postaram się wyjaśnić. Piszę jako były prezes kilku banków, choć nie należę do zainteresowanych. Odszedłem z sektora bankowego kilka lat wcześniej zanim zaczęto udzielać kredytów mieszkaniowych oraz inwestycyjnych denominowanych do franków szwajcarskich. Ale po kolei:
*
1. Osoby, które zaciągały kredyty mieszkaniowe to w większości osoby średnio zamożne i zamożne, które stać było na kupno/budowę mieszkania czy domu, bowiem dysponowały zdolnością kredytową. Bez tego banki nie udzieliłyby kredytu. W domyśle także to osoby trochę lepiej wykształcone od średniej krajowej.
*
2. Zaciągając kredyt miały pełną świadomość ryzyka kursowego, czyli faktu, że takie ryzyko istnieje. Ponieważ jednak w okresie 2004-2008 kiedy zaciągniętych zostało najwięcej takich kredytów, kurs CHF/PLN był stabilny, a nawet przed dłuższy okres spadał, większość zakładała, że będzie tak dalej. Niektórzy wyliczali sobie wręcz, że nawet wzrost kursu franka w stosunku do złotego o 10%, 20 % czy 30% nie zburzy opłacalności zaciągnięcia takiego kredytu.
*
3. Głównym magnesem, który przyciągał chętnych było bardzo niskie oprocentowanie kredytów denominowanych do franków w porównaniu z kredytami w złotych polskich, a w skrajnych wypadkach różnice te potrafiły wynosić trzykrotność stopy procentowej. Żeby Panu to przybliżyć, osoba, która zaciągała w CHF kredyt o równowartości 400 tysięcy złotych płaciła za niego w części odsetkowej ratę miesięczną ok. 1000 zł, podczas kiedy w PLN płaciłaby 3000 zł miesięcznie. Różnice były tak duże bowiem stopy procentowe LIBOR/EURIBOR/WIBOR we frankach szwajcarskich były kilka razy niższe niż w złotych polskich. (Banki zarabiają na marży powyżej stóp LIBOR/EURIBOR/WIBOR.)
*
4. Kiedy w II połowie 2008 i początku 2009 nastąpił wzrost kursu CHF/PLN o ok. 50% podniósł się krzyk, że banki oszukały klientów. Potem ten kurs zaczął w 2009 r. stopniowo się zmniejszać do 30% wyższego od wyjściowego (po którym zaciągano kredyty) klienci żądali przewalutowania, czyli zmiany waluty ale na warunkach… kompletnie nieracjonalnych. Żądali zmiany waluty na PLN i utrzymania oprocentowania we frankach. Tymczasem większość umów kredytowych (nie wiem czy wszystkie) miała możliwość zmiany waluty w sposób systemowy – inna waluta i oprocentowanie takie jakie płaci się za tę nową walutę. Żądano przewalutowania nie tylko z zachowaniem dotychczasowej stopy procentowej, ale także przewalutowania według kursu w dniu zaciągnięcia kredytu, podczas kiedy ten kurs się zmienił.
Wówczas bardzo niewielu przewidujących dalszy wzrost kursu przewalutowało kredyty na złotówki.
*
5. Ja sam pracowałem jako doradca dużego przedsiębiorcy, któremu pomogłem 2008 roku zaciągnąć kredyt inwestycyjny w równowartości 10 mln zł. Kiedy tenże racjonalny skądinąd biznesmen porównał sobie stopy procentowe w CHF, EURO, USD i PLN, z czego mu wyszło, że za kredyt frankowy będzie płacił 600 tysięcy złotych rocznie odsetek mniej niż w PLN, czyli 50 tysięcy złotych mniej miesięcznie w ogóle nie chciał słyszeć o innej walucie niż CHF. Kiedy w 2009 roku kurs obniżył się i namawiałem go na zmianę waluty na PLN zrobił proste wyliczenia, że mu się nie opłaca. Od 2014 roku kurs jest wyższy o 60% – 80% niż w chwili zaciągania kredytu a on twierdzi, że w perspektywie 25 lat (zostało mu jeszcze 12 lat) i tak na tym zarobi.
Nie przeszkadza mu to wcale, podobnie jak wielu innym klientom, protestować, składać spraw do sądów i głośno krzyczeć, że banki go okradły i oszukały. Tymczasem sam byłem świadkiem, że wszystkie decyzje jakie podejmował były racjonalne, przeliczone i przemyślane, a dzisiejsze jego protesty są zwykłą, cyniczną grą obliczoną na wyłudzenie pieniędzy, które mu się nie należą. Podobnie dotyczy to większości klientów posiadających kredyty w CHF.
*
6. Powołuje się Pan na zdanie jakiegoś młodego naukowca z katedry bankowości, że „prezesi banków mieli pełną wiedzę o zagrożeniach związanych z kredytami frankowymi, mowa o frankach szwajcarskich. Zagrożenia te ukryte były w konstrukcji umowy kredytowej – całe ryzyko po stronie klienta, pewność zysku po stronie banku.”
To oczywiste nieporozumienie i albo cytat nie jest dokładny albo coś ten młody człowiek pomylił. Bank w żadnej umowie kredytowej nie może wziąć na siebie ryzyka zmiany kursu walutowego, chyba że ubezpieczy to bardzo drogimi instrumentami finansowymi, które podważają opłacalność kredytu. Bank udzielając kredytu bierze na siebie ryzyko sytuacji konkretnego klienta i to całe ryzyko jakie może wziąć. Wynika to z faktu, że dysponuje naszymi pieniędzmi (posiadaczy rachunków i lokat) i obowiązują go rygorystyczne normy ostrożnościowe, aby naszych pieniędzy nie stracił. Udział kapitału własnego banku w akcji kredytowej jest tak znikomy, że ryzyko jakie bank podejmuje to prawie w 100% ryzyko depozytariuszy czyli nas. Gdyby bank brał na siebie ryzyka np. kursów walutowych cały sektor bankowy by splajtował, a wiarygodność banku spadałby do zera. Nikt nas nie zaryzykowałby utraty pieniędzy. Gospodarka światowa skurczyłaby się co najmniej o 70% z dnia na dzień. Nie ma takiego kraju, który by przetrwał taki scenariusz.
W kwestii ryzyka kursów walutowych, jedyną winą banków przy kredytach denominowanych w CHF było albo niedostateczne wyeksponowanie informacji o takim ryzyku, albo wręcz brak takich informacji w umowach. O winach banków nieco dalej.
*
7. Zdanie „Zwykła chciwość szefów banków, chęć uzyskania nagród i premii od i tak już wysokich uposażeń wpędziła setki tysięcy ludzi w pułapkę bez wyjścia.” jest tylko trochę prawdziwe. Nie chcę się wypowiadać o chciwości szefów banków, bo to bardzo subiektywna kategoria, której nie sposób ocenić. Jeżeli jednak odwołujemy się do chciwości, to jak nazwać postawę tych 400 tysięcy (to szacunkowa ogólna liczba kredytobiorców w CHF), którzy świadomie takie kredyty zaciągali. Przecież to nie byli ciemni i nieświadomi analfabeci, a nieźle wykształceni ludzie, którzy sobie precyzyjnie wyliczyli opłacalność. Niektórzy z nich prywatnie mówią wprost, że nieźle na tym wyszli a teraz „szarpią” się o dodatkowe konfitury. Czy nie kojarzy się to Panu z chciwością?
Gdyby uczciwie usiąść nad kredytem cytowanej pani, która spłaciła 400 tysięcy a jeszcze jej zostało do spłacenia 480 tysięcy, szybko by się okazało iż rzecz nie jest aż tak absurdalna jak wygląda na pierwszy rzut oka. Ludzie mylą (świadomie lub nie) kapitał pożyczony i jego cenę czyli stopę procentową, zwaną popularnie odsetkami. Jeżeli się te dwie rzeczy wrzuci do jednego worka wychodzą głupstwa.
*
8. W 2015 roku mało komu znany kandydat na prezydenta Andrzej Duda obiecywał każdemu co mu tylko ślina na język przyniosła. Między innymi obiecywał załatwienie kredytobiorcom frankowym przewalutowania kredytu po kursie zaciągnięcia i zachowania niskiego oprocentowania umów kredytowych, pod warunkiem że go poprą. Wielu go poparło, żeby użyć przywołanej przez Pana kategorii z chciwości, bo mieli ochotę dodatkowo zarobić. Szybko wytłumaczono Dudzie, że nic z jego obietnicy nie będzie i … nadal nie ma. Wynika to z faktu, że nawet w PiSie nikt nie zaryzykuje plajty czy tylko zachwiania sektora bankowego.
*
9. Na koniec, jak obiecałem, o winie banków. Rzeczywiście kierownictwa wielu banków uległy swoistej „gorączce złota” jaką były umowy kredytowe denominowane we frankach szwajcarskich. Umowy kredytowe zawierały szereg niedozwolonych zapisów, co pozwala je dzisiaj unieważniać, banki stosowały niekorzystne dla klientów formuły i procedury przewalutowania lub przeliczania złotych na franki, zamiast obowiązującej wg. kodeksu cywilnego równowagi stron banki wprowadzały zapisy rażąco naruszające tę zasadę na rzecz przewagi czy dominacji banków, zaniedbywano informację o ryzyku kursu walutowego. Było wiele innych uchybień, o których głośno w mediach i w oparciu o które banki przegrywają procesy z klientami. To wszystko prawda i nie bronię banków tam, gdzie zawiniły.
Nie zmienia to faktu, że dochodzenie roszczeń przez kredytobiorców frankowych w kwestii przewalutowania po kursie zaciągnięcia kredytu oraz utrzymania niskiego oprocentowania jest hucpą i próbą wyłudzenia pieniędzy …wcale nie od banków. Wyłudzenia pieniędzy od kredytobiorców, którzy zaciągnęli i nadal zaciągają kredyty w złotówkach i uczciwie je spłacają. Są próbą wyłudzenia pieniędzy od posiadaczy rachunków bankowych i posiadaczy lokat, bowiem to oni właśnie mają się złożyć na „pokrzywdzonych” frankowiczów. Strach się bać…
Dlatego sądy, w tym i SN odraczają posiedzenia bo świetnie zdają sobie sprawę, że wyrok korzystny dla frankowiczów będzie oszustwem pozostałych Polaków a ponadto może zachwiać stabilnością sektora bankowego.
*
10. Nieoczekiwaną puentę jak zwykle dopisuje życie. W marcu 2015 roku sprzedawałem mieszkanie w dużym mieście. Kupujący w trakcie spotkań opowiadał mi, że to jego siódma inwestycja mieszkaniowa i bardzo żałuje, że nie ma możliwości zaciągnięcia kredytu w CHF. Okazało się, że poprzednie 6 mieszkań kupił na kredyt denominowany do CHF i nadal spłaca te kredyty. Kiedy go zapytałem dlaczego nie przewalutował wcześniej odpowiedział, iż mimo wzrostu kursu CHF/PLN o ok. 70% w stosunku do kursu wyjściowego nadal jest jakieś 30% „do przodu” w stosunku do kredytów złotowych. To był jeden z najgłośniejszych i najbardziej lamentujących publicznie „pokrzywdzonych” kredytobiorców kredytów denominowanych do CHF. Pod koniec 2019 roku, tuż przed pandemią, spotkałem go przypadkiem w restauracji. Okazało się, że wygrał z bankami 3 procesy o kredyty frankowe i jest „do przodu” kolejne 20% w stosunku do kredytów złotowych.
Kiedy zatem szafujemy pojęciem banksterzy warto pamiętać, że nie banki i ich szefowie są naszym największym zmartwieniem, choć nie są to oczywiście dziewice orleańskie. Jest jeszcze suweren…
Na wstępie mogę zrewanżować się w tym jak Pana, Panie Sławku postrzegam – dokładnie tak samo albo i lepiej.
Teraz do tekstu , zaznaczałem, że to będzie po całości, szczegółach bankowych umów się nie znam (w życiu nie zaciągnąłem zadnego kredytu, moje aspiracje były zawsze pochodne od moich możliwości). To bardzo gorący tekst, mam tego pełną świadomość. I dlatego zostaje przy swoim, nie da się zrozumieć tych sytuacji w które wpadali ludzie biorący kredyt a efekty tego są takie jak opisany przeze mnie przypadek młodej psycholog. Wiem też o wielu próbach samobójczych w tym wiele udanych. To są prawdziwe dramaty tych ludzi i nie zakryją ich przypadki jakie Pan opisał. liczy się statystyka zjawiska a ta zdecydowanie ukazuje dramaty zwykłych ludzi którzy wpadli w pulapkę kredytową. To, ze brali kredyt we frankach było często powodowane tym, ze banki odmawiały kredytu w zlotych bo ich zdaniem klient nie miał zdolności kredytowej. nie miał tej zdolności gdy chodzilo o kredyt w zlotych ale miał gdy był to kredyt we frankach. Stopa oprocentowania była rzeczywiście taka, ze kredyt w złotych był niższy niż we frankach. Nie wiem czy nie bylo to celowe. znam pojęcie zmowy banków.
To, ze prezesi banków maksymalizowali sprzedaż kredytow bankowych dla swoich premii i nagród jest dla mnie wystarczającym dowodem na postawienie ich przed sądem i odebranie majątków. Ja tak myślę, zawsze tak myślałem o tym co teraz ale i o tym co było w dawnej Rzeczypospolitej magnatów, szlachty i ich niewolników – pańszczyźnianych chlopów, patrz Ludowa historia Polski Andrzeja Leszczyńskiego.
Raz jeszcze pozdrawiam i dołączam się do tego co Pan napisał w odpowiedzi narciarzowi, nie warto nic więcej
Panie Zbigniewie. Dziękuję za odpowiedź i za ciepłe słowa – w pełni je odwzajemniam.
Ja nie kwestionuję przypadków, o których Pan napisał – nieuczciwości i nieprawidłowości samych umów kredytowych. Nie kwestionuję także, iż szefowie banków byli i są nadal premiowani od skali sprzedaży, w tym sumy poszczególnych aktywów dochodowych, volumenu zysku, etc.. Także nie zamierzam kwestionować dramatów ludzkich, bo i o takich sporo słyszałem. Gorycz sytuacji polega na tym, że najmniej gardłują ci najbardziej pokrzywdzeni. Głośno i dobitnie domagają się „sprawiedliwości” akurat najbardziej wygrani, cwani i butni. I na to zjawisko starałem się zwrócić uwagę.
Sam jestem ciekaw jakim wyrokiem zakończy się sprawa przed SN.
Pozdrawiam serdecznie.
A kto zdrowy na rozumie zaciąga kredyt? Wszystko jedno, w jakiej walucie.
A kto zdrowy na rozumie zaciąga kredyt? Wszystko jedno, w jakiej walucie.
Dobre!