29.07.2026
W nawiązaniu do tekstu Stanisława Obirka informującego o rodzącej się w Stanach Zjednoczonych Donalda Trumpa nowej ideologii wyrażającej oczekiwania i interesy tej grupy wielkich oligarchów z Doliny Krzemowej zbijających miliardowe fortuny na przemyśle AI, chciałbym postawić prostą tezę – nie wystarczy informować, trzeba przeciwdziałać.
Już, teraz, zanim będzie za późno.
Mroczne Oświecenie, bo tak nazywa się ta ideologia prezentowana przez inżynierów i programistów, a popierana i wyznawana przez polityków, to całościowy program przebudowy porządku społecznego, przebudowy tak zasadniczej, że tylko wizja Karola Marksa o wielkiej rewolucji jaka miała przynieść nowy porządek, w którym to proletariat, robotnicy mieli stać się klasą rządzącą i wyznaczającą nowe cele dla świata rządzonego dotąd przez burżuazję i inne klasy pasożytnicze.
To była naprawdę wielka idea światowej rewolucji, ale proponowana w imię nie wzbogacenia się tej grupki filozofów i innych pięknoduchów, którzy tworzyli te Międzynarodówki, a w imię szczęścia całej ludzkości.
Jak to się skończyło wiemy po latach, idea przekształciła się w totalitarne systemy monopartii, powstały wielkie państwa rządzone nie przez masy, a przez dyktatorów, wybuchły wielkie wojny, w których zginęły setki milionów ludzi…
Przywołuję te fakty tylko dlatego, abyśmy uprzytomnili sobie jak szybko jakaś idea staje się realną siłą, jak wizja „nowego świata” może stać się kolejnym kataklizmem, w którym – dla realizacji celów założonych w nowej ideologii – ludzie będą mordować ludzi przy pomocy coraz doskonalszych narzędzi i środków.
Mroczne Oświecenie, tak jak ruch manosfery, którego wyrazicielem i propagandystą jest Donald Trump są zwiastunami tej rewolucji kulturowej i technicznej jaką przyniesie dalszy rozwój AI. To, że narzędzia i algorytmy wypracowywane przez AI zmienią świat jest poza dyskusją, ale to nie może oznaczać, że to ludzie od techniki i programowania algorytmów mają przejąć władzę nad światem.
W programie Mrocznego Oświecenia wyrażony jest wprost taki cel jakim jest likwidacja uniwersytetów jako ośrodków niezależnej myśli i miejsce pojawiania się nowych idei. Uniwersytety były zawsze miejscami, w których rodziły się nowe idee, dyskusja akademicka była sporem o prawdę a nie sporem walecznym, w którym nie o prawdę chodzi ale o to by moje było na wierzchu. Kondycja nauki, ta zależna od wielkości środków przyznawanych w budżecie, a to jest zadaniem państwa, mówi bardzo wiele o tym czym to państwo jest i jak widzi przyszłość swoich obywateli.
W Stanach Zjednoczonych Donalda Trumpa to Donald Trump decyduje komu i ile państwo da, w Polsce, gdzie te decyzje zapadają w Rządzie i Parlamencie, nauka nie jest uprzywilejowaną sferą budżetową. Polska jest w dolnej strefie państw europejskich pod względem ilości środków na jej rozwój, a w porównaniu z wiodącymi krajami Wschodu wypadamy wręcz kompromitująco. Piszę to dlatego, aby powiedzieć, że naturalne oczekiwania wobec nauki i takich jej centrów, jakimi powinny być uniwersytety, w polskich warunkach pewnie nie zostaną spełnione.
Ale słaba kondycja instytucji jaką jest polski uniwersytet nie wyklucza inicjatyw ludzi tworzącą tę wspólnotę (nawiązuję do samego znaczenia słowa uniwersytet). Słabość instytucji nie może tłumaczyć całkowitego braku i wycofania się ludzi nauki – tłumaczenie, że nie dano nam wystarczających pieniędzy nie wystarczy, oprócz etatu jest jeszcze misja a tą można nawet realizować poza uczelnią ( przypomnijmy sobie minione czasy i różne takie latające uniwersytety i im podobne).
Jak dotąd nic mi nie wiadomo o jakichś seminariach, memoriałach i apelach, których autorami byliby uczeni pracujący na polskich uniwersytetach. Dyskusje o zmianach cywilizacyjnych, o zagrożeniach jakie niesie AI są obecne raczej w domenie publicystyki – chyba że się mylę i jest inaczej…
W publicystyce też „bieżączka” przykrywa przyczyny, dla których dzieje się to, co się dzieje a to nie powinno tak być. Oprócz bieżącego komentarza konieczna jest jakaś synteza, ukazanie zdarzeń na tle. Tylko wtedy możemy liczyć na refleksję, przynajmniej u części czytelników.
To w warstwie ogólnej a przechodząc do konkretów nie mogę skorzystać z okazji by postawić po raz kolejny pytanie – czym są w obecnych warunkach powszechnej dominacji mediów społecznościowych i rosnącej ilości treści fałszywych, prezentowanych z wykorzystaniem AI jako prawdziwe, wybory powszechne, wybory traktowane jako święto demokracji i jej esencja, coś co decyduje o tym, że nadal jesteśmy skłonni twierdzić, że tylko mandat uzyskany w wolnych, powszechnych, równych, bezpośrednich i demokratycznych wyborach daje tytuł do sprawowania władzy, władzy uzyskanej od głosujących obywateli.
Tak było, ale tak nie jest i już nie będzie.
No to co w zamian skoro wybory stały się żenującym targowiskiem, na którym decydującą rolę grają pieniądze, duże pieniądze, za które specjalistyczne firmy zrobią kampanię i sprzedadzą każdego kandydata jako tego, który najlepiej odpowiada określonym wyborcom ?
Pisałem już kiedyś, że może pierwszym krokiem w kierunku merytokracji byłoby rozdzielenie w procesie podejmowania rządowych decyzji poziomu określonego pytaniem – co robić, i tu powinny zapadać decyzje podejmowane przez ciała z mandatem wyborczym, od tego drugiego poziomu określonego pytaniem – jak robić to, co jest do zrobienia.
Takie dwa poziomy, pierwszy demokratyczny i drugi merytoryczny byłoby możliwe po przyjęciu prostej zasady – ministrami w rządzie mogą być politycy mający mandat uzyskany w wyborach ale już wiceministrowie przypisani do konkretnych zadań i tematów, to muszą być fachowcy nie mający mandatu ale mający wiedzę i doświadczenie wyniesione z pracy w zawodzie.
Proste i możliwe do zastosowania ale trudne do przyjęcia w rządach koalicyjnych, w których każdy koalicjant oczekuje stanowisk dla swoich przedstawicieli.
Powiem krótko – jeżeli nie będziemy w stanie wprowadzić nawet takiej prostej zasady to musimy liczyć się z tym, że zawarty w ideologii Mrocznego Oświecenia postulat całkowitego odejścia od demokracji, stanie się jeszcze bardziej realny.
A to co wprowadzą oligarchowie od AI dbający jedynie o swoje gigantyczne pieniądze przekroczy próg wyobraźni każdego.
Mroczne Oświecenie i ruch menosfery, który pojawił się jako protest upokorzonych mężczyzn protestujących przeciwko władzy wyzwolonych kobiet, tworzą piorunującą mieszankę wybuchową, która naprawdę może rozwalić ten niedoskonały świat, niedoskonały ale nie oszalały, niedoskonały ale możliwy do korekty.
Fuzja Mrocznego Oświecenia i manosfery to coś czego nie da się zatrzymać, coś co w warunkach polskich może oznaczać rządy Konfederacji, wszystkich Konfederacji z Konfederacją Grzegorza Brauna wspomaganych przez to co zostanie z PiS, PiS-u bez prezesa ale Jackiem Sasinem i jemu podobnymi wybitnymi intelektualistami.
Jesteśmy na progu, za chwilę ruszy kampania wyborcza i wtedy zobaczymy jakie treści i jakie cele będą prezentować wszystkie partie. Już teraz potrzebny jest program wspierania rozumu przeciwko głupocie.
Ale rozum trzeba wspierać mądrze…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Mam wrażenie, że problem tego tekstu nie polega na tym, co autor chce powiedzieć, tylko jak dochodzi do swoich wniosków. Profesor Obirek opisuje konkretne zjawisko intelektualne – Mroczne Oświecenie – pokazując jego autorów, źródła i polityczne konsekwencje. Pan Szczypiński zaczyna od tego samego punktu, ale po kilku akapitach rusza w wielką wycieczkę krajoznawczą przez Marksa, manosferę, polskie uniwersytety, ministrów, wybory, Konfederację i Jacka Sasina. Trochę jak turysta, który wyszedł po bułki, a wrócił z pontonem i opowieścią o migracji wielorybów.
Felieton Zbigniewa Szczypińskiego przypomina rozmowę z bardzo inteligentnym znajomym, który zaczyna od jednego tematu, a po kwadransie nie wiadomo już, czy dyskutujemy o sztucznej inteligencji, Karolu Marksie, Donaldzie Trumpie, polskich uniwersytetach czy grillu Jacka Sasina. Wszystko jest ciekawe, tylko mapa gdzieś zaginęła.
Stanisław Obirek zrobił rzecz prostszą i przez to bardziej przekonującą. Opisał zjawisko: czym jest Mroczne Oświecenie, kto za nim stoi i dlaczego warto je traktować poważnie. Pan Szczypiński postanowił do tej diagnozy dopisać receptę na naprawę świata. Problem w tym, że zanim doszedł do recepty, zgubił pacjenta.
Najbardziej zaskakuje porównanie Mrocznego Oświecenia do marksizmu. Marks obiecywał wyzwolenie klas pracujących, Curtis Yarvin marzy o technokratycznej monarchii zarządzanej przez elity. To mniej więcej tak, jakby porównywać rower z okrętem podwodnym, bo oba mają metalowe części.
Jeszcze ciekawiej robi się pod koniec. Autor ostrzega przed technokratami, by po chwili zaproponować… więcej technokratów w rządzie. Owszem, tylko na stanowiskach wiceministrów, ale jednak. To trochę tak, jakby przestrzegać przed nadmiarem cukru, kończąc felieton przepisem na tort.
Nie znaczy to, że Zbigniew Szczypiński nie ma racji, gdy pisze o kryzysie debaty publicznej, zalewie dezinformacji czy potrzebie silniejszego głosu nauki. Ma. Tyle że te ważne uwagi giną w gąszczu skojarzeń i dygresji. Obirek prowadzi czytelnika za rękę. Szczypiński każe mu biec na przełaj przez intelektualny las, licząc, że wszyscy dotrą do tej samej polany.
Czasem mniej naprawdę znaczy więcej. Zwłaszcza gdy ostrzega się przed ideologią, która sama słynie z nadmiaru wielkich ambicji.