I
Jeśli szkolni poloniści faktycznie pracują – jak podają – po czterdzieści godzin tygodniowo to skąd się bierze pogłowie wtórnych analfabetów, skąd tylu ludzi z dyplomami, którzy nie potrafią rzeczowo sklecić paru zdań na piśmie i w mowie, czy tacy, którzy w Internecie piszą niekiedy z sensem, lecz przy tym z żeką Dniepr i z gurą Rysy ?
Krzysztof Teodor Toeplitz, eseista, felietonista, scenarzysta etc., mawiał podczas pogawędek w redakcji tygodnika „Kultura”, że w Polsce można dobrze pracować, lecz się nie musi. Traktowaliśmy to, z dodatkiem, że także się nie opłaca, jako jedno podstawowych praw w PRL. W III RP prawo to funkcjonuje już tylko w pewnych enklawach, a wśród nich największą jest oświata.
Dane o pełnym czasie pracy nauczycieli zebrano na podstawie ich oświadczeń. Badanie ma więc wartość o tyle, że mówi jak nauczyciele chcieliby być postrzegani. Bez badania wiedzieliśmy, że chcieliby być postrzegani dobrze. A kto by nie chciał ?
Nauczyciel, jeśli jest bezinteresownym entuzjastą, może pracować dużo i dobrze, ale nie musi. Raz przygotowaną lekcję może klepać przez kilkadziesiąt lat, od czasu do czasu zmieniając jakieś fragmenty. Nie muszą na to wpływać kolejne reorganizacje szkolnictwa i rewolucje programowe. A odkąd jest komputer nie trzeba nawet przepisywać całych konspektów. Niekoniecznie trzeba czytać, poprawiać i oceniać nagryzmolone wypracowania. Wystarczy rzut oka na test:
Kto napisał „Nad Niemnem”?
- Bolesław Prus,
- Eliza Orzeszkowa,
- Witold Gombrowicz.
Jedni/ jedne stają się belframi dla wygody życiowej: mało pracy, dużo wakacji, inni/inne – bo nie udało się załapać gdzie indziej. I, oczywiście, są entuzjaści misji nauczycielskiej, być może nawet bardzo liczni na starcie. Ci szybko się przekonują, że są tak samo wynagradzani i tak samo awansują i są tak samo nieusuwalni jak byle jacy koledzy i koleżanki. Na ile lat w tych warunkach może wystarczyć entuzjazmu, czy choćby rzetelnego przykładania się do roboty?
O bezsensie Karty Nauczyciela napisano i powiedziano już wszystko, a nawet więcej. Rzadko natomiast porusza się ten aspekt, że nauczycieli jest Polsce 600 tysięcy, co z rodzinami stanowić może 1.5 – 2 miliony wyborców. Uszczknięcie czegokolwiek z karcianych przywilejów już jest pewnym ryzykiem, lecz żadna większość parlamentarna nie popełni samobójstwa politycznego atakując frontalnie Kartę.
Trzeba sposobem, więc jak każdy wariat, który ma sposób na wszystko, mam i ja na oświatę sposób. A nawet dwa.
Pierwszy nie jest odkrywczy; to bon oświatowy, lecz w połączeniu – co nowe – z prywatyzacją szkół.
W okresie przejściowym szkoły byłyby dotowane, zanim uzbiera się, lub nie, komplet uczniów z sutymi bonami. Sutymi na tyle, by za bony odpowiedniej ilości uczniów wyposażyć i utrzymać szkoły, zatrudniając w nich dobrych nauczycieli. I żeby to się szkole opłacało. Dziś wprawdzie Karta glajszachtuje nauczycielstwo, ale w szkole jakoś nikt nie ma problemu z odróżnieniem dobrego i złego nauczyciela.
Ten projekt w obecnej sytuacji nie przejdzie, bo PSL zablokuje bon oświatowy, bojąc się odpływu dzieci z biednych wiejskich, czy wszelkich innych prowincjonalnych szkół, których istnienia broni, jak niepodległości. Podobnie jak prowincjonalnych szpitali, prowincjonalnych sądów, lokalnych garnizonów. I pewne racje, nawet niekiedy ważkie, za tym są, ale słabo się między nimi przebija życiowy interes małolatów. Ale wszystko przemija, więc może przeminie udział PSL w kolejnych koalicjach i jakoś się przeforsuje bon oświatowy.
Ale naprawdę oryginalny jest mój drugi pomysł. Zachowujemy Kartę Nauczyciela, ze wszystkim co się z tego tytułu należy, ale tylko dla tych, którzy już są nauczycielami. Od ostatniego po zakończeniu vacatio legis rozpoczęcia czy zakończenia roku szkolnego. Wszyscy, którzy przyjdą do zawodu po tym momencie są zatrudniani na normalnych, rozsądnych zasadach. Taką operację, z niezłym skutkiem, przerobiono na policjantach i zawodowych wojskowych.
Wychodzenie z Karty na emeryturę setkom tysięcy ludzi w różnym wieku zajmie dobrych parę lat; ale jest pewne, w oparciu o formułę tego co jest pewne według Keynesa. Że w dalszej perspektywie wszyscy umrzemy. Przy czym nauczyciel objęty Kartą mógłby w każdej chwili z niej zrezygnować, jeśli uzna, że mu się to opłaci. Do zawodu, w którym dobrym nauczycielom dobrze się płaci, będą przychodzić potencjalnie dobrzy nauczycie. Zanim się świadomość tego utrwali w społeczeństwie może trochę potrwać i w międzyczasie stan nauczycielski nieco się zmniejszy, co i dobrze – bo uczniów stopniowo ubywa.
Zastanowiła mnie propozycja Jacka Żakowskiego, wyrażona w „Gazecie Wyborczej”, żeby nauczycieli nie zwalniać w miarę spadku liczby uczniów. Pozwoliłoby to zmniejszać klasy, opiekować się dziećmi dłużej poza lekcjami, prowadzić dodatkowe zajęcia i temu podobne. Lecz tak już się dzieje: liczba nauczycieli zmniejsza się w znacznie mniejszym stopniu niż liczba uczniów.
II
Zastanowiła mnie także inna wypowiedź Jacka Żakowskiego. W „Gazecie Wyborczej” on i Wojciech Maziarski spierają się w sprawie kolejnej propozycji zakazania handlu we wszystkie niedziele w roku. Żakowski jest za tym zakazem. Wolno mu. Wolny człowiek w wolnym kraju…
Nie dyskutuję, bo na ten temat też powiedziano już wszystko. Zwracam jedynie uwagę na część argumentacji mojego ongiś kolegi redakcyjnego, Jacka.
W bogatych krajach Europy – pisze – handel jest w niedziele nieczynny. To miało być jedno ze źródeł ich awansu cywilizacyjnego – uważa. A Stany Zjednoczone? Nie są bogate? – zapytuję. Nie plasują się na wysokim poziomie cywilizacyjnym? A przecież handel w USA przestaje funkcjonować tylko jednego – słownie jednego ! – dnia w roku, a mianowicie w Święto Dziękczynienia, Thanksgiving Day, w czwarty czwartek listopada.
Zarówno Zachodnia Europa jak i USA swój poziom zawdzięczają pracy. W USA pracuje się dłużej i więcej niż w Europie. Nie przesądza tego wyłącznie handel w niedziele i święta, ale to też praca i też stanowi jakiś wkład w dobrobyt Ameryki. Generalnie, swój rozwój zawdzięcza ona w dużym stopniu temu, że nie była w takim stopniu jak Europa obarczona różnym reliktami minionych wieków. Taki reliktem było bezwzględne przestrzeganie wstrzymywanie się od pracy w siódmy dzień tygodnia – niedzielę. Nie było to aż taką kulą u nogi, żeby stopować rozwój, ale odbywał się on niezależnie od tego ograniczenia, albo pomimo niego, lecz raczej nieco wolniej z jego powodu.
Postęp cywilizacyjny, głównie w postaci uprzemysławiania się kraju, w coraz większym stopniu wymagał nieustannego dostarczania prądu, gazu, wody, odbioru kanalizacji, funkcjonowania służb ratowniczych. Wymagał też ze względów technologicznych nieustannej pracy, kluczowych nieraz mechanizmów produkcyjnych. Zakład odzieżowy można zatrzymać, hutę – nie bardzo. Coraz więcej ludzi pracowało w systemie ciągłym i jednoczesne świętowanie dnia świętego przez całość społeczeństwa stawało się niemożliwe. A zatem niemożliwe się okazało zastopowanie funkcjonowania komunikacji i usług.
I to chyba właśnie skłonna do zmian Ameryka jako pierwsza wśród krajów kształtowanych przez cywilizację judeochrześcijańską wykazała się konsekwencją. Bo póki mogła, była niezwykle konserwatywna. Dlaczego prezydenta wybiera się tam zawsze we wtorek po pierwszej niedzieli listopada? Bo kiedy Stany były krajem rolników, to w październiku kończyli oni prace polowe, a w początkach listopada jeszcze nie było – w górach i na północy – śniegów, przeszkadzających w dotarciu do punktów wyborczych. Niedziela przez religijnych Amerykanów była wówczas bezwzględnie święcona, w poniedziałek wielu z nich mogłoby nie zdążyć dojechać wozami i wierzchem na głosowanie, a zatem wtorek pasował w sam raz.
Kraje Wschodu od Zachodu przejmowały ideę i organizację tygodnia z wolnym dniem, a ostatnio i weekend. Jak to wygląda, po raz pierwszy obserwowałem przed laty w Seulu. Jego korporacyjne centrum miało swój wolny czas. Natomiast gigantyczny bazar, będący miejscem handlu, konsumpcji, produkcji i najrozmaitszych usług kipiał życiem przez siedem dni w tygodniu i dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ten układ był jednym z czynników napędzających wielki skok cywilizacyjny południa Korei.
Polska już się staje – istniejący zakaz handlu w dwanaście niedziel w roku – krajem idącym w przeciwną stronę. Za wolno, więc trzeba objąć zakazem wszystkie niedziele. Zbyt szybki jest bowiem rozwój kraju w okolicy jednego procenta wzrostu PKB rocznie, więc przynajmniej o jakieś parę promili go obniżmy. Zbyt małe jest bezrobocie wynoszące czternaście procent, więc dołóżmy choćby tylko kilkadziesiąt tysięcy pracowników handlu. I kto to widział, żeby ludzie robili co chcą, gdzie chcą i kiedy chcą, nawet kiedy to nikomu nie szkodzi, a wielu pomaga ? Uważają tak różni, lecz przeważnie ci, którzy, powołując się na Chrystusa, nie zgadzają się z Chrystusem, mówiącym, że szabas jest dla człowieka a nie człowiek dla szabasu.



Człowiek wolny powinien pracować wtedy kiedy chce i iść na zakupy lub na narty, kiedy chce. Dlatego nóż mi się w kieszeni otwiera kiedy słyszę te bzdurne argumenty Jacka Z. A miałem ci go za rozsądnego człowieka.
Mniej państwa w państwie, dużo mniej Kościoła w państwie. Bardzo dużo zaangażowania i samodecydowania społeczeństwa.
Ciekawy, ale mocno kontrowersyjny jest ten tekst. Weźmy na przykład ten bon oświatowy. Nie oponuję temu pomysłowi, ale się zastanawiam co taki bon znaczy. W gruncie rzeczy jest to świstek papieru z jakąś stałą ustaloną cyfrą, który rodzic przy oddaniu dziecka do szkoły wręczy ten świstek szkole. Co to zmienia? Nic. No może samoświadomość dziecka i rodzica się symbolicznie zwiększy w kierunku zrozumienia, że szkoła nie jest za darmo lecz coś kosztuje. To jest jakiś zysk, ale nie tak istotny.
.
Więc się pytam, co jeszcze wiąże się z takim bonem? Może rodzic zwiększać wartość bonu poprzez prywatne dopłaty? Może wywierać poprzez bon wpływ na politykę kadrową i programową szkoły? Czy ministerstwa, kuratoria zmniejszą kontrolę nad szkołą i nie będą narzucać ram programowych, standardów i kanonów obowiązujących w szkole? A więc warto by było ustalić parę dalszych szczegółów jak to ma funkcjonować w praktyce.
.
Podam trochę kąśliwy przykład, kąśliwy oczywiście dla liberalnego portalu. Co panie i panowie powiedzą na przypadek, gdy obywatel powie „Nie zobaczy mojego bonu i dziecka żadna szkoła, w której jacyś antychryści będę gorszyli moje dziecko jakimiś pornograficznymi obrazkami i do seksu namawiali, jakiś pederastów i zboczeńców będą określać normalnymi orientacjami i jeszcze do tego będą wmawiać dzieciakom małpie pochodzenie człowieka i że ludzie zeszli ze drzewa”.
.
Co do reszty, to pomysł stopniowego wychodzenia z Karty Nauczyciela bardzo mi się podoba i go popieram, a z wątkiem o USA i świętach niemal w całości się nie zgadzam. Ale nie będę tego rozwijać z braku miejsca.
.
W Polsce jeden nauczyciel przypada na 10 uczniów. Oznacza to, że średnio nauczyciel ma 2-3 lekcje dziennie, bo klasy są 30 osobowe. Nikt mi nie wmówi, że pozostałe 5-6 godzin nauczyciel przenacza na klasówki i przygotowanie lekcji. Od lat apeluję: zróbmy edukację wyłącznie w szkole przez 9 godzin (z lunchem w środku i dużą ilością sportu) bez prac domowych i oszukańczej pracy własnej nauczycieli.
Co do tego handlu w niedzielę- byłem dwa tygodnie temu w Niemczech- zrobilem zakupy w niedzielę, co prawda przed poludniem, ale zrobiłem. Jestem teraz we Francji- też sklepy były otwarte w niedzielę, i to wieczorem- aż się zdziwiłem.
Panie Erneście Skalski, redaktorze i wieloletni edukatorze mas rządnych i nierządnych wiedzy. Błagam, daj Pan sobie spokój z tematami szkolnymi i naprawianiem tego co Pan et consortes spapraliście przez dekady waszego piśmiennictwa.
Te żale; …skąd tylu ludzi z dyplomami, którzy nie potrafią rzeczowo sklecić paru zdań na piśmie i w mowie, czy tacy, którzy w Internecie piszą niekiedy z sensem, lecz przy tym z żeką Dniepr i z gurą Rysy ?…
Przecież było tak dobrze że nie trzeba było bić na alarm,(ja to robiłem) po dwóch dekadach łapiesz sie Pan za głowę?
Moja propozycja, wziąć pod rękę Hazelhardta i jazda do szkoły do roboty, żyć nie umierać, trzy godziny dziennie a reszta czasu to nieróbstwo na wzór profesorów akademickich. Nie jesteście sobie w stanie poradzić ze studentami, z młodymi kolegami w waszych środowiskach a wiecie jak powinien pracować nauczyciel. Gdyby nauczyciele byli na miarę Waszych fantazji Wy bylibyście nikim, oni by byli lepsi. A tak naprawdę to sa nieźli, robią z trudem to co Wy w domach z dziećmi i wnukami nie osiągacie, bo macie ponoć kiepskich nauczycieli do waszych genialnych i rozpaskudzonych dzieci.
Pozdrawiam Panów specjalistów od edukacji podstawowej.
Z lekka poirytowany belfer co 51 lat prostuje to co w domu jest spaprane.
@ Skalski @ Hezelhard Co oznacza prywatne szkolnictwo, pokazały prywatne szkoły wyższe. Prywatne szkoły wyższe to przechowalnie niedouczonych naukowców reperujących budżet domowy (jeśli wierzyć doniesieniom prasowym; zastrzeżenie takie czynię, bo źródłem tej wiedzy są media, czyli faceci, którzy będąc za głupi i leniwi na matematykę lub medycynę, zostali dziennikarzami, bo mają tzw. „nawijkę”; temat to częsty w SO). Wiodące uczelnie były i są państwowe. Bon oświatowy? Jak to ma wyglądać w praktyce? Jedno liceum w powiecie, 2000 uczniów i nauczyciel z 10 godzinami lekcji dziennie, także w soboty i niedziele? Bo rodzice tam poślą dzieci, bo to dobre było liceum. Jak bon zlikwiduje słabe szkoły? Przecież te dobre nie rozciągną się. Nie bardzo chce mi się wierzyć w te 3 godziny lekcji dziennie, dziwna to średnia. Nie wiem, dlaczego Panom tak przeszkadzają małe klasy w małych szkołach. Jest to okazja, aby lepiej uczyć, a z drugiej strony łatwiej kontrolować poziom pracy nauczyciela. Zniknięcie szkoły ze wsi, to degradacja tej miejscowości. Coś takiego obserwowałem w latach 90. Zlikwidowano urząd pocztowy, kolej wyburzyła budynki stacyjne i został nagi peron bez wiaty nawet, zamknięto czteroklasową szkołę (b. dobrzy nauczyciele, wiem coś o tym, uczył się tam mój syn), na koniec zamknięto przedszkole. Został sklep GS. Czy Panowie wiedzą, jaki ma to wpływ na mieszkańców?
@Wejszyc: Cutyje: „…Co oznacza prywatne szkolnictwo, pokazały prywatne szkoły wyższe. Prywatne szkoły wyższe to przechowalnie niedouczonych naukowców reperujących budżet domowy”. I drugi: „- Wiodące uczelnie były i są państwowe”.
Ma Pan zapewne na mysli Columbia University, Yale, Harvard i pare innych w Cambridge, UK, Max Plank u sasiadow i wiele innych?
To demagogia co Pan napisal. W Polsce jest system dotowania z panstwowej kasy panstwowych szkol. Prywatne szkoly to nowosc i szczegolnie w polskim wydniu skazane na ubogie dotowanie. Dlatego ze nie ma tradycji sponsorowania przez przedsiebiorstwa, instytucje finansowe i prywatnych darczyncow tego co sie oplaca. W tym inwestowanie w oswiate. A szkoda. Bo wiodace uczelnie na swiecie najczesciej sa wlasnie prywatnymi uczelniami. Maja rozbudowany system finansowania, o czym byla tu w SO mowa nie raz. Mysle, ze predzej czy pozniej powstana w Polsce wiodace uczelnie prywatne, nie wykluczone, ze z istniejacych panstwowych.
Dlaczego tak sadze? Tak jak z innymi panstwowymi przedsiebiorstwami, panstwowe uczelnie maja klopot z kontrola finansow i ich optymalnym wykorzystaniem. Sa nadmiernie zbiurokratyzowane i zhierarchizowane. Dlatego miedzy innymi siec stanowych nowojorskich uczelni zwanych SUNY (State University of New York), zalozona kiedys przez fundacje Rockefellerow powoli wraca w prywatne rece. Moze zatem warto sie nad tym pozastanawiac, dlaczego w polskim wydaniu te prywatne uczelnie maja dzis klopoty. Z pewnoscia jest to przejsciowa sytuacja.
Nie chcę nikomu niczego wmawiać, ale moja ukochana żona jest biologiem w liceum i niewątpliwie, nawet biorąc pod uwagę te 40 godzin, pracuje po godzinach. Nie wiem, czy w średnio w Polsce przypada 1 nauczyciel na 10 uczniów – ale w szkole, w której pracuje moja żona jako jedyny biolog, to ona przypada jedna na całą szkołę czyli kilkuset uczniów (ponad pięciuset). To znaczy, żeby każdemu uczniowi wstawić jedną ocenę z klasówki musi sprawdzić ponad pięćset prac. Stara się mieć 5-6 ocen „na ucznia” w półroczu. Ile prac można ze zrozumieniem sprawdzić dziennie? Ilu uczniów dziennie trzeba odpytać (mając w danej klasie np. godzinę tygodniowo) – aby móc sensownie ocenić?
Ostatnie „w dążeniu do Europy” (?) zmiany programowe zmniejszyły drastycznie liczbę godzin tygodniowo, więc może moja żona może bardziej zająć się poszczególnym uczniem? Nic z tego, ma w końcu ponad pięćset rubryczek w dzienniku papierowym, dzienniku elektronicznym i tak dalej. Nastąpiło rozdrobnienie małorolne i doszło do momentu, w którym rolnik z jednym pługiem zaorałby pole 100 ha ale nie 100 pól po 1 ha.
Bony? Prywatyzacja? W Warszawie może i tak – a po wsiach i w Polsce powiatowej? Kiedy dawno temu byłem w Skandynawii powiedziano mi, że wielkie siły i środki spożytkowuje się w jednym celu – aby wsz