Fryderyk Engels wyróżniał trzy podstawowe prawa dialektyczne: jedności i walki przeciwieństw, negacji negacji, oraz przechodzenia ilości w jakość. Ilość przechodzi w jakość w sposób ewolucyjno-rewolucyjny. Zmiany ilościowe następują stopniowo (ewolucyjnie) i przygotowują skokową (rewolucyjną) zmianę jakości.
Znaczenie ilości, tego, co wyraża liczba, nie zanika. Przeciwnie, ujawnia się coraz częściej.
Żałoba
Myślę teraz o żałobie narodowej, która wiąże się zazwyczaj ze śmiercią wielu osób (sześciodniowa żałoba po śmierci Jana Pawła II jest pod tym względem wyjątkiem). Prezydent Aleksander Kwaśniewski ogłaszał żałobę narodową sześć razy (jedna związana była z powodzią tysiąclecia na południu Polski [56 ofiar]; pozostałe z dramatami mającymi miejsce poza granicami naszego kraju – śmierć papieża, zamachy w WTC, Madrycie i Londynie, tsunami na Oceanie Indyjskim).Prezydent Lech Kaczyński zarządził żałobę cztery razy (zawalenie się hali w Katowicach [66 ofiar]; wypadek w kopalni Halemba [23 ofiary]; katastrofa autobusu pod Vizille, nieopodal Grenoble we Francji [26 ofiar]; rozbicie się samolotu koło Mierosławca [20 ofiar]).
Po jednej z tych katastrof do „Rzeczpospolitej” napisał czytelnik, p. Ryszard Gawlak. Zanotowałem jego słowa, ponieważ skłaniają do namysłu. „Prezydent uważa, że po tym wypadku mamy się czuć wspólnotą. Nie uzasadnił, dlaczego tak ma być. Niedawno w innych okolicznościach zginęło kilka osób. To był wypadek drogowy, nie wzbudził takiego zainteresowania. Czy to ma znaczyć, że śmierć w wypadku drogowym jest inna, mniej dramatyczna, mniej godna współczucia? Może chodzi o liczbę ofiar? Więc od jakiej liczby zaczyna się katastrofa, która uruchamia uczucia wspólnotowe […]? Prezydent zapowiedział, że ofiary będą pochowane na koszt państwa. Dlaczego tak ma być akurat w tym przypadku? […] Katastrofa w Katowicach porusza swoim ogromem. Ale jest to wzgląd jednoznacznie medialny. Każda, nawet pojedyncza gwałtowna śmierć jest tragedią dla bliskich i wszystkie dodatkowe okoliczności nie są w stanie tego odwrócić, odmienić. Gdyby ktoś chciał zatrzymać się i zadumać nad tragedią, to nie musi czekać na wielką liczbę ofiar. Jedna w zupełności wystarczy. […] Odnoszę wrażenie, że pan prezydent za bardzo wzruszył się rozmiarami katastrofy. Chyba że się nie wzruszył”.
Fryderyk Engels egzemplifikował skokową („rewolucyjną”) zmianę jakości za pomocą podgrzewanej wody. Kiedy wzrost temperatury („ewolucyjne” zmiany ilościowe) osiągnie krytyczną temperaturę 100°C, woda przestaje być wodą, zmienia swój sposób istnienia stając się parą wodną. Pytanie autora listu, od jakiej liczby ofiar, względnie od jakich innych okoliczności można mówić o katastrofie wywołującej wspólnotowe współczucie (czyli: kiedy w społecznym odczuciu człowiek traci swą jednostkową „zwyczajność” i staje się kimś „innym”, niż indywiduum?) dotyka – mimo pozorów sofistyki – problemu jak najbardziej poważnego. Nierozstrzygnięty – będzie wywoływał podejrzenia co do rzeczywistych intencji towarzyszących wprowadzenia stanu powszechnej żałoby. Będzie kojarzył się z politycznie dyskontowaną ideą jedności polityczno-moralnej, każącą gromadzić się wokół dobrego i współodczuwającego przywódcy.
Emil Durkheim (Elementarne formy życia religijnego) uznawał prymat aktów społecznych nad indywidualnymi. Żałoba stanowiła dlań przejaw obowiązku narzucanego jednostce przez grupę. „Lament to nie efekt smutku, lecz obowiązek”. Pisze o fali uniesień porywającej wszystkich, o wspólnym płaczu, który buduje więź i moc zbiorową: jeśli „wspólnie płaczą, znaczy to, że nadal jeszcze są razem”. Psychologowie mówią, że w przypadku śmierci zbiorowej powstaje grupa wsparcia, która pomaga przetrwać najgorsze, pierwsze chwile dramatu.
W Polsce codziennie umiera około tysiąca osób. W jednej z narodowej mszy nie potrafiła odnaleźć się moja znajoma, której syn zginął w tym samym czasie zwyczajnie, podczas wykonywania pracy zawodowej na słupie wysokiego napięcia. Nie jest pewna, czy może dać sobie prawo do prywatnej rozpaczy w sytuacji, gdy nad czym innym rozpacza społeczeństwo, wyją syreny i płoną świeczki w oknach.
Buchalteria
Pamiętam, że irytowała mnie mentalność niektórych Rosjan, z którymi – w Moskwie i Krasnodarze — rozmawiałem o Katyniu. Być może mieli rację mówiąc, że nie było to ludobójstwo, bo nie było dyktowane względami etnicznymi, rasowymi, narodowymi czy religijnymi — a te kryteria wymienia Rafał Lemkin (Axis Rule in Occupied Europe, 1944) jako cechy ludobójcze. Gdyby jednak przyjąć stanowisko Alaina Besançona, który za ludobójstwo uważa rzeź zamierzoną z powodów ideologicznych, Katyń z pewnością mieściłby się w tym określeniu.Moi rozmówcy nie chcieli też uznać Katynia za zbrodnię przeciw ludzkości. Dziwili się awanturze o kilkanaście raptem tysięcy ofiar, podczas gdy u nich szło to w miliony i potrafią milczeć. Nie rozumieli mnie, gdy mówiłem, że właśnie dlatego należy upominać się o każdą jednostkę, żeby nie było tamtych milionów i tego milczenia. Siergiej Kara-Murza (Demontaż narodu) szydzi z Aleksandra Sołżenicyna, że w Archipelagu Gułag pisze o milionach rozstrzelanych. Jakie miliony? W jednym 1937 roku, są na to dokumenty, rozstrzelano raptem, ot, niewiele ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy osób.
Pokusa podobnej buchalterii widoczna jest wciąż w odniesieniu do wielu dramatycznych zdarzeń i sytuacji. Śmierć, kiedy ma charakter masowy (kataklizm, ludobójstwo, wielka katastrofa, obóz koncentracyjny), odbierana jest i podawana w mediach inaczej niż wtedy, gdy dotyka człowieka indywidualnego. Tak, jak gdyby i w tym wypadku ilość dialektycznie przechodziła w jakość. Taką dia-logikę uznaje najwidoczniej instytucjonalny Kościół, na co wskazuje niezawodna obecność wysokich hierarchów podczas ceremonii żałobnych związanych z umasowionym dramatem.
„Kiedy ginie kilkadziesiąt osób, na usta ciśnie się pytanie – gdzie był wtedy Pan Bóg?”. Zapamiętałem to pytanie dziennikarza, który natarczywie domagał się odpowiedzi od księdza tuż po wspomnianej katastrofie pod Grenoble (2007) Nie oburzyła kapłana taka matematyka, nie powiedział, że skoro są to właśnie osoby, istoty „osobne”, można by podobne pytanie postawić w przypadku każdej śmierci. Że z ontologii indywidualnej substancji, nie z Liczby, wziął się duch chrześcijaństwa, uwidoczniony przede wszystkim w personalizmie. Pisał Celestyn V: „Nieśmiertelne są dusze, a nie instytucje, nie królestwa, nie armie, nie kościoły, nie narody”.
Miron Białoszewski w Chamowie pisze o kwiatach, że gdy jest ich wiele, wyglądają lepiej, „łakomiej”. Podobnie ludzie. „Wydaje się wtedy, że między ładnymi każdy bardzo ładny. A wyjąć z tłoku, uroda cienieje”. Obrazowi wspólnoty, zawsze niedokładnemu i upraszczającemu stan faktyczny, łatwo przypisać oczekiwany, miły dla siebie koloryt. Może dlatego instytucja kościelna z taką trudnością opiera się, a właściwie nie opiera się zupełnie, zgubnej pokusie masowości. Niepomny przestróg Józefa Tischnera — a wcześniej Maxa Webera, piszącego o polityce trwale nawiedzonej przez szatana — w procentowych wskaźnikach ludzi deklarujących wiarę widzi Kościół możliwości pozwalające uzasadniać bliskość religii i polityki. A także tożsamość religii i narodowości.
Kościół instytucjonalny sprawia wrażenie, jakby tracił świadomość tego, co w wierze podstawowe. Że Bóg zwraca się zawsze do poszczególnych ludzi, nie do ludzkości czy narodów; i że poziome ramię krzyża symbolizujące Kościół, czyli wspólnotę wierzących, jest krótsze od pionowego, wyrażającego religię w ścisłym sensie. Czym innym jest „świadomość religijna”, czym innym „więź kościelna” – by odwołać się do tytułu znanej książki Leszka Kołakowskiego, opisującej siedemnastowieczny antagonizm między wertykalną wiarą i horyzontalnym wyznaniem rozumianym jako kościelna przynależność.
18 lipca 2015 r. charyzmatyczny kapłan z Ugandy, o. John Bashobora, przewodził spotkaniu modlitewnemu na Stadionie Narodowym, w którym wzięło udział ponad 60 tysięcy osób, w tym pięciuset księży. Potwierdza to diagnozę zmarłego dopiero co Ryszarda Przybylskiego: „Kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową, Kościół przekształcił się w teatr. Pod tym względem dzieje Polski są bardzo wymowne. Gdzieś od wieku XVII zamiast życia duchowego mamy u nas nieustające widowisko”.
Żydowska Tora zakazuje liczenia wiernych, bo każdy człowiek jest niepowtarzalny, zatem i nieprzeliczalny. Tak samo Talmud: „Kto ocali jedno życie, postępuje tak, jakby uratował cały świat; kto unicestwi jedno życie, czyni tak, jakby unicestwił cały świat”.
Czesław Miłosz:
„Liczbą zarządza Książę Tego Świata,
Pojedynczością ukryty Bóg włada,
Pan poratowań i sprawca wyjątku”.
„Prosto do nieba czwórkami szli” (Konstanty Ildefons Gałczyński)? — Nie. „Każdy umiera w samotności” (Hans Fallada).
Wyliczanki polityczne
John Keane (The Life and Dead of Democracy) pisze o zaniku tradycyjnej demokracji przedstawicielskiej, który jest wyrazem szerszego zjawiska gasnącego zaufania do polityków. Obok konstytucyjnych instytucji powstają nowe ciała nadzorujące organy przedstawicielskie. Rodzi się tzw. demokracja kontrolowana (monitory democracy), zwana czasami hybrydową. Być może elementem takiej demokracji staje się w Polsce Komitet Obrony Demokracji.Reakcja polityków na to zjawisko jest żałośnie banalna: szukają sposobu przetrwania w sondażach. W ten sposób demokracja przedstawicielska już od dłuższego czasu jest w istocie — chwiejną i koniunkturalną – demokracją nastrojów.
Dzisiejsza polityka nie może uwolnić się od przymusu liczenia, wyliczania, kalkulowania i przewidywania. Wyniki badań opinii publicznej wpływają na zmiany programów działań społecznych. Widać to było w chytrej, obliczonej na przetrwanie, taktyce PO. Polityk przypomina dziś kogoś, kogo władzę legitymizuje jeden podstawowy czynnik: musi odpowiadać chwilowym tęsknotom i możliwościom badanej zbiorowości.
Dominację opinii publicznej widać właściwie wszędzie. Media kierują się wskaźnikiem oglądalności. Artyści uzależniają swą twórczość od wyników badań marketingowych. Ich dzieła oceniane są za pomocą sms-ów i elektronicznych kliknięć. Wiara religijna mierzona jest pielgrzymkową tłumnością. Argumentem za przywróceniem kary śmierci jest znacząca liczba jej zwolenników. Internetowa encyklopedia tworzona jest przez internautów.
Manipulacja polityczną buchalterią stała się poręcznym narzędziem obecnej władzy. Powtarzane jak mantra zdanie PiS-owskich aktywistów o woli narodu, który ich wybrał, odnosi się raptem do 19% uprawnionych do głosowania i 37% głosujących. Działacze ci są przekonani, że ta niezbyt imponująca ilość jest wystarczająca, by w cudowny sposób przeistoczyć się w nową jakość („dobra zmiana”). Może warto przypomnieć, że i bolszewicy od początku (1905) w samej nazwie fałszywie wskazywali, że jest ich więcej (более), choć było mniej (меньше) – mienszewikami zaś określali faktyczną większość.
Trzeba też pamiętać, że sama ta, realizowana dziś zmiana, nie była opisana w kampanii wyborczej i nie wiadomo, czy jest zaakceptowana przez ówczesnych głosujących.
Wojciech Maziarski wyliczył, że przeciwko zmianie a za ciągłością III RP głosowało 6 mln 743 tys. 821 Polaków (PO, Nowoczesna, PSL, Zjednoczona Lewica).
Nieprzyzwoita zaniżenie ilości uczestników siódmomajowej manifestacji KOD-u pokazuje, jak bardzo władza boi się zanegowania fundamentu jej dyktatorskiej uzurpacji. Fundamentu mówiącego, że jest emanacją narodu, jego woli i oczekiwań.
Nie dziwię się irytacji Krzysztofa Łozińskiego, że widzi migawki pokazujące ułamek rzeczywistej liczby demonstrantów (tak robiła PRL-owska telewizja w czasie pierwszej wizyty papieża) nie tylko w rządowo-partyjnej telewizji, lecz i w stacjach prywatnych.
Marsz jest demonstracją i manifestacją – jawnym (manifestus) wyrażaniem, pokazywaniem, mówieniem. Chce być widziany i słyszany.
Ten marsz – to bodaj najważniejsze! — nie mówił, że jest nas wielu, więc możemy robić wszystko. Przeciwnie, mówił że jest nas dość wielu, by nie pozwolić uzurpatorowi na robienie tego, co mu się tylko zamarzy. Mateusz Kijowski nie ma nic przeciwko określaniu KOD-u mianem kontrrewolucji, obrony przed rewolucyjnym niszczeniem podstaw ustrojowych państwa.
Głos majowej manifestacji był głosem ulicy przeciwko prawu ulicy, czyli bezprawiu. Zależność od prawa, nie od łaski władcy czy kaprysu ogłupionej opinii publicznej, różni obywatela od poddanego.
W 1968 roku studenci Uniwersytetu Warszawskiego wymachiwali czerwonymi książeczkami – tekstem Konstytucji, którą łamano. Władza wzięła to pod uwagę i zmieniła Konstytucję (1975) dopisując zdania mówiące o kierowniczej roli PZPR i wiecznym sojuszu ze Związkiem Radzieckim.
Konstytucji uchwalonej 2 kwietnia 1997 roku póki co nie zmieniono. Ona obowiązuje i trzeba jej po prostu bronić. Tak, teraz ilość obrońców jest ważna.
Andrzej C. Leszczyński



Twórczym rozwinięciem Prawa Engelsa „ilość przechodzi w jakość” jest Prawo Tomka Giebułtowicza (to ja), które brzmi: „ilość przechodzi w bylejakość”. To się obserwuje na każdym kroku.