02.02.2026
Mam to szczęście – albo przekleństwo – że moje życie biegnie między trzema światami: Warszawą z osiedlem, które udaje Manhattan, Toronto, gdzie nawet lodówka ma doktorat z równości, i Berlinem, który wciąż nie zdecydował, czy jest bardziej punkowy czy jednak tylko drogo umeblowany. Uczę biznesu, doradzam korporacjom, bywa, że z litości. A w przerwach patrzę, słucham i analizuję, co się dzieje z moją ukochaną klasą średnią. Tą mityczną warstwą społeczną, która miała być filarem demokracji, lokomotywą wzrostu i oazą rozsądku. A dziś? Dziś wygląda jak ktoś, kto miał być na kolacji w Bristolu, a wylądował na kebabie przy Dworcu Zachodnim.
Mam ponad 70 lat i coraz częściej odnoszę wrażenie, że ci, którzy dziś tworzą klasę średnią, żyją nie w teraźniejszości, tylko w wiecznym oczekiwaniu. Na lepszą pracę, większy bonus, większy dom. Mają wszystko, a są nieustannie spóźnieni – na własne życie.
Siłownie pełne są zmęczonych ludzi udających, że mają czas na zdrowie. Biegną na bieżniach, by potem stać w korkach. Zainwestowali w personalnych trenerów, bo nie mają już siły rozumieć samych siebie. W torbie – proteinowy batonik, w telefonie – powiadomienie o racie kredytu na SUV-a. I tak, SUV też jest „na kredyt”. Podobnie jak dom, który miał być spełnieniem marzeń, a okazał się więzieniem o powierzchni 180 metrów i trzydziestoletnich ratach.
Ciężko pracujący menedżerowie – moi klienci, moi znajomi, moi dawni koledzy – dziś wyglądają jak świetnie opłacani więźniowie własnych ambicji. Budzą się o 5:40, by jeszcze przed śniadaniem odpisać na „pilnego” maila z Australii, a kończą dzień o 22:15 scrollując LinkedIna z lękiem, że ktoś młodszy już ich przegonił. Mają smartwatch, który liczy im tętno, ale nikt nie liczy, ile razy dziennie mają ochotę tym zegarkiem rzucić.
Wielu z nich nie śpi. Nie z powodu dzieci – te już często odchowane, w dobrych szkołach. Nie śpią, bo czują, że cały ten porządek może się rozsypać. Jeden zły ruch, jedna choroba, jedna zmiana stóp procentowych – i cała starannie ułożona wieża z Excela wali się z hukiem. Duma? Usta pełne frazesów o sukcesie. Ale oczy – te mówią jedno: „Mam dość”.
Obserwuję też młodszych – studentów i doktorantów, aspirujących profesjonalistów. Pracują po 12 godzin, by pochwalić się na Instagramie, że właśnie wracają z „ważnego spotkania”. W ich świecie sukces to wypadkowa autopromocji i cardio. Jeżdżą Uberem Black, ale tylko wtedy, gdy dostaną kod zniżkowy. Kiedyś, na zajęciach, jeden z nich zapytał mnie: „Panie profesorze, a kiedy zaczyna się prawdziwe życie?”. Odpowiedziałem: „Kiedy przestajesz je planować w arkuszu”. Nie zrozumiał.
I nie chodzi o to, że się z tego śmieję. To nie jest pogarda. To raczej coś między zatroskaniem a melancholią. Kiedyś klasa średnia miała swoją narrację. Dziś ma tylko podcasty z radami, jak przetrwać kolejny tydzień. A przecież ci ludzie są zdolni, ambitni, odpowiedzialni. Tylko zmuszono ich, by żyli na pełnych obrotach – cały czas. Bez pauzy, bez ciszy, bez sensu.
To nie są ofiary. Ale to też nie są zwycięzcy. To są ludzie zawieszeni – między kredytem a karierą, między aspiracją a rezygnacją. I może właśnie dlatego – mimo wszystkich tabelek, kont oszczędnościowych i planów awaryjnych – są dziś tak bardzo zmęczeni.
Zbyt dumni, by przyznać się do strachu. Zbyt zmęczeni, by jeszcze raz sięgnąć po nadzieję. Może to właśnie jest znak naszych czasów: że klasa średnia nie przegrała. Ona po prostu przestała wierzyć, że warto wygrywać.
Ale jak znam życie – jutro wstaną, założą koszulę, sprawdzą kalendarz, zawiążą buty do biegania i znowu ruszą. Bo tacy już są. Tylko ja, z moich ponad 70 lat i bezpiecznej perspektywy kogoś, kto nie musi nic udowadniać – patrzę i czasem, naprawdę czasem, chciałbym im powiedzieć: zwolnij. Choćby na chwilę. Zanim zapomnisz, po co w ogóle ruszyłeś.
Krzysztof Bielejewski

Jako komentarz nasunął mi się cytat:
„A niech was wszyscy diabli!”
Pojęcie „klasa średnia” to taki dziwoląg, ani klasa ani warstwa ale uwagi o stanie tego dziwadła ciekawe.
Dawno, dawno temu mądrzy ludzie (a tak, byli tacy),
mówili w takich przypadkach: Cierp ciało, jak ci się chciało!
Obraz tzw. klasy średniej, który bardzo trafnie przedstawił Pan w swoim felietonie jest całkowicie zbieżny z moimi obserwacjami. Zastanawiam się czasem, na ile sytuacja społeczno – ekonomiczna obecnej klasy średniej różni się od sytuacji klas drobnego mieszczaństwa, posiadaczy małych i średnich majątków ziemskich w wiekach przeszłych? Odnoszę wrażenie, że jest to jakaś nowa postać zależności feudalnej. „Pan” feudalny daje swoim wasalom warunki do w miarę dostatniego i wygodnego życia trzymając wasali w karbach zależności ekonomicznej i, co jest współczesnym, fundamentalnym czynnikiem, zależności technologicznej. Kim są ci „Panowie” feudalni XXI w.? Banki, korporacje przemysłowe, korporacje technologiczne.. Wszystkie te globalne korporacje zbudowane zostały pracą tzw. klasy średniej. Teraz to one rządzą życiem tzw. klasy średniej całkowicie podporządkowjąc ją sobie. Smutne.. Tkwimy w tych samych koleinach zależności społeczno politycznych co nasi antenaci tylko, że teraz są to koleiny wyżłobione kołami nowoczasnych SUVów kierowanych przez kierowców zapatrzonych w smartfony będące ich oknem na świat.
Przy okazji. Czyż nie zmierzamy obecnie ścieżką rozwoju kapitalizmu, którą ponad 100 lat temu opisał Karl Marx?
Pozdrawiam
Kiedy zaczyna się życie?
– Od narodzin – twierdzi pop.
– od poczęcia – poprawia ksiądz.
– a mnie się wydaje – mówi zamyślony rabin – że życie zaczyna się, kiedy dzieci się wyprowadzą z domu i zdechnie pies.
.
Ci bohaterowie klasy średniej mogą przestać patrzeć w Linkedina z obawą. Młode pokolenie zdaje się być jednak inne.
Nie chce wstawać o 5:30 i odpisywać na pilnego maila z Australii. Chce normalnie 8 godzin pracować, za uczciwą pensję (bez pogoni za awansami), a później korzystać z życia (jak to chce robić, to też opowieść na zupełnie inny temat, też zgoła inne wyobrażenia).