2018-08-03.
Najczęściej bywa tak, że jakieś ważne wydarzenie z czasem obrasta legendą, spod której tylko z największym trudem daje się zauważyć ledwo co wystający rąbek prawdy historycznej. Zwłaszcza wtedy gdy wydarzenie jest ważne i na dodatek dobrze świadczy o nas czyli społeczeństwie.
Zdarzają się jednak społeczeństwa, które na przekór tej zasadzie budują w ramach własnej historii „czarne” legendy do „białych” wydarzeń i plują na to z czego pół świata byłoby dumne.
To my – nadwiślańskie orły i sokoły. Jesteśmy oryginalni i nikt nam nie będzie mówił kogo możemy opluć, a kogo nie. I oplujemy wszystkich, bo tak nam się podoba. Na tym polega wolność a la polonaise.
Już dawno zauważono, że w naszej tradycji, do której niewątpliwie należy opętańczy kult męczeństwa i spraw przegranych z największą atencją obchodzi się rocznice przegranych powstań i klęsk narodowych. O powstaniu wielkopolskim, jedynym, które osiągnęło pozytywny rezultat mówi się (dziś, w wolnej Polsce) mało, jeśli w ogóle. Dlaczego? Ot, zagadka.
Wprawdzie już starożytni mawiali, że historia magistra vitae, ale nie będzie nam jakiś przedpotopowy makaroniarz mówił czego się mamy uczyć, a czego nie. Nasz klucz zdawania testów z historii musi być inny od innych, inaczej nie czulibyśmy się wolni. Musi być tak oryginalny, żeby żaden szubrawy metodolog nauk nie potrafił się w nim wyznać i z czasem musiał porzucić hołdowanie obcym, wrogim narodowi wzorom czerpania nauki z historii.
Bogdan Miś w jednym z odcinków „Działo się” napisał, że „ ruchy rewolucyjne na ogół nie przepadają za intelektualistami, zresztą zazwyczaj z wzajemnością”. To prawda, ale i w tym względzie polski sierpień był wyjątkiem. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie widziałem tak solidarnego stania w jednym szeregu robotników i inteligencji. Na dodatek trwania z pełną świadomością wzajemnej dla siebie wartości. To był w naszej historii krótki moment, ale był.
Tyle że zamiast sensownych wniosków niemal natychmiast obrósł mitologią. Pamiętam artykuły zachwycające się „mądrością klasy robotniczej” itp. pisane przez autorów, których uważałem za trzeźwych, a którzy w tamtym czasie wpadali w dziki amok zamiast stąpać po ziemi, na której sporo było wtedy do zrobienia. I pamiętam klasę robotniczą tłumnie walącą na spotkanie z Jackiem Kuroniem, z którym dziwnie łatwo nawiązywała kontakt i zgadzała się z każdym jego słowem, niekoniecznie je rozumiejąc.
Nie pamiętam tylko tych dzisiejszych „bohaterów walki o wolną Polskę”. Pojawili się nieco później, jak zwykle kiedy sprawa okazuje się wygrana, a przynajmniej taką się być zdaje.
Kolega z tamtych czasów ukuł nawet takie powiedzenie, że „powodzenie jest matką mend wszelakich” i chyba, niestety, miał rację.
Kiedy lata później z ust pana Gwiazdy i pani Walentynowicz słyszałem o tym, że „już dawno wiedzieli, że Wałęsa był agentem” usiłowałem zadać pytanie, na które do dziś nie uzyskałem odpowiedzi: jak to się stało, że to ONI wybrali go przewodniczącym Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego? Wybrali agenta? Dlaczemu?
Gdybym miał robić komuś zarzut współpracy (nawet nieświadomej) z SB, to prędzej bym to zrobił w stosunku do grupy skupionej wokół pana Gwiazdy właśnie, ponieważ nic wtedy tak nie cieszyło władzy i jej służb, jak rozwalanie ruchu od środka. A metody… cóż,
Taka krótka przypominka.
W marcu ’81 roku byłem delegatem na konferencję wyborczą przed Zjazdem „Solidarności”. Na sali spotkałem się z kolegą, z którym razem przespaliśmy Sierpień ’80 wygodnie, w kajutach portowego holownika, nie na żadnym tam styropianie. Kolega konspiracyjnym szeptem poprosił mnie, bym w chwili kiedy on da znak, podszedł do jednego z rozstawionych po sali mikrofonów i odczytał telegram nadesłany przez Bogdana Lisa. Zdziwiłem się, zapytałem o co chodzi?
Okazało się, że wśród „działaczy” powstał spór… kogo należy wybrać i jak! Grupa sympatyzująca z panem Gwiazdą chciała przeforsować wyłącznie swoich, o żadnej demokracji nie miało być mowy. Napisano do Lisa, ten przysłał odpowiedź, którą odebrali „nie ci co trzeba” i zaczęło się polowanie. Nie na Lisa, tylko na telegram od niego. Chodziło o to, by telegram nie został odczytany, ponieważ odpowiedź wiceprzewodniczącego była nie po myśli „gwiazdowców”. Po sali krążyli ludzie szukający tego, który ew. mógł ten telegram mieć przy sobie i chcący mu go odebrać, stąd te dziwaczne zabiegi.
Sprawa skończyła się tym, że telegram odczytałem wywołując burzę na sali, bez „skutków ubocznych” dla mnie ponieważ stał przy mnie kolega doker w typie Schwarzeneggera, co skutecznie schładzało rozpalone umysły.
Proszę więc mi nie opowiadać głupot o tym, jacy to wówczas byliśmy „zjednoczeni” i staliśmy jak mur przeciw komunie.
A dziś ci wszyscy, którzy wtedy ryli pod osiągniętym sukcesem w imię własnych, małych interesów (okraszonych jak to zwykle bywa „ideami”) wyłażą ze szczurzych nor i piszą na nowo historię.
Niejaki Kaczyński Jarosław jest autorem najlepszego, moim zdaniem, dowcipu na temat strajków sierpniowych. Opowiadając o udziale w nich swojego brata powiedział, że „Leszek nie mógł zostać w stoczni, ponieważ miał „szczególną sytuację rodzinną”. Pytany o detale tej szczególności odparł, że „miał małe dziecko i Marylka się niepokoiła”.
Na szczęście nie miałem takich problemów. Mój syn nie był już mały, 2,5 letni byk dawał sobie świetnie radę w życiu, a żona nie zwykła się niepokoić byle głupstwem. W podobnej, też nie „szczególnej” sytuacji były tysiące kolegów, których żony przychodząc pod bramy zakładów tryskały spokojem, wesołością i niczym nie zmąconą beztroską. Tylko Marylka się martwiła. W tej sytuacji jest oczywiste, że Lech Kaczyński nie mógł dołączyć do ekspertów MKS, którzy zostali za bramą do końca strajku.
Pamiętam reakcję ludzi na działalność Kornela Morawieckiego, dziś chodzącego w glorii „bojownika o wolną Polskę”, którego działalność w tamtych czasach oceniano jednoznacznie jako rozbijacką i w efekcie korzystną dla SB-ecji, bo trudno było inaczej ją ocenić w ’82 roku.
Mitologia „walki” stanowiąca stały fragment mózgu genetycznego Polaka nie wszystkim pozwala jednak to dostrzec, a młodzi zwyczajnie tego nie wiedzą, bo i pamiętać nie mogą. „On chciał walczyć!” – i już mamy bohatera.
W pierwszej klasie szkoły podstawowej dostałem w dzienniczku uwagę od nauczycielki, przechowywaną później w domowym archiwum: „Jurek chciał zapluć całą tablicę”. Podobno publicznie wyraziłem taki zamiar. Pamiętam też ojca, który żywo zainteresował się techniczną stroną zapowiadanego przeze mnie przedsięwzięcia. Poprosił nauczycielkę o poinformowanie go o wielkości powierzchni rzeczonej tablicy, próbując określić zasób śliny potrzebny do jego wykonania.
Do realizacji zamiaru nigdy nie doszło, ale całą podstawówkę chodziłem z piętnem niebezpiecznego osobnika. Nie to samo rozumowanie? Dokładnie to samo.
Wiele naszych rozważań publikowanych na SO dotyczy sztuki rozmowy z przeciwnikiem politycznym. Rzecz w tym, że nie mamy już do czynienia z przeciwnikiem politycznym, lecz z posiadaczami innego rodzaju umysłu, którego zasady funkcjonowania są nam (i mam nadzieję, że będą) zupełnie obce.
Pierwszy z brzegu przykład: kandydujący na prezydenta Gdyni niejaki Horała udziela wywiadu państwowej telewizji. Pozuje na tle budującej się właśnie reprezentacyjnej dzielnicy (obok Sea Towers), w tle widać już budynki stojące i te budowane, a Horała bez zmrużenia oka mówi, że „kiedy zostanie prezydentem, to on tu zbuduje dzielnicę mieszkaniową”… Ręce i gacie opadają.
Mało tego – wpadł na absolutnie genialny pomysł, by obok, w basenie portowym stał… „Dar Pomorza”, muzealny żaglowiec. I jakoś żaden z jego zwolenników nie szepnął mu: „Marcin, toć „Dar Pomorza” od zawsze tu stoi!”
Opowiadałem kiedyś na SO jak pokazałem słuchaczom oryginalną ulotkę z sierpnia ’80 z nazwiskami ekspertów MKS, wśród których nie było nazwiska L. Kaczyńskiego. Teoretycznie jest to materialny dowód na to, że nie był traktowany jako ekspert MKS. Nie przekonało to jednak zwolenniczki PiS. „ – A niech pan pokaże tę drugą, na której JEST jego nazwisko!” – i to był koniec dyskusji, bo siły mnie opuściły w obliczu objawienia się rzeczywistości równoległej.
Jak więc jest szansa na rozmowę? Tym bardziej, że i źródła, z których czerpiemy informacje, my i oni, są bardzo od siebie odległe.
Zbliża się rocznica strajków sierpniowych. Czekam na nią niecierpliwie, ponieważ wierzę, że znów zostanę dokarmiony nową porcją historycznych rewelacji dotąd ukrywanych przed narodem. Ukrywanych przez wrogów, SB-ków i ich potomków, rzecz jasna.
Ciekawostka – od jakiegoś czasu ukazało się sporo (m.in. w sieci) zdjęć nigdy dotąd niepublikowanych ze strajków sierpniowych. Ucieszyłem się znalazłszy zdjęcie bramy, na której wtedy przyszło mi stać na warcie kiedy przyszła na mnie kolej.
Sęk w tym, że po dokładnych oględzinach doszedłem do wniosku, że to zdjęcie mogło zostać zrobione tylko przez PRL-owskie służby. Miejsce, z którego je robiono jest bowiem budynkiem WOP, a tam raczej „przypadkowy przechodzień” nie zaglądał, nie mówiąc już o tym, że w porcie samo noszenie aparatu fotograficznego było wówczas zakazane (granica).
Jak się okazuje – sporo mi jeszcze przyjdzie się nauczyć.
Jerzy Łukaszewski

Tekst powinien sprowokować wspomnienia. Oto moje. Czekałem cały sierpień 80 roku na wyjazd do Włoch, bo jak wiadomo przestały latać samoloty (w każdym razie nie dostałem biletu i czekałem aż do 8 września gdy wreszcie wyleciałem do Rzymu). W krakowskim kolegium jezuitów jedynym księdzem, który zrozumiał, że dzieje się w Gdańsku coś przełomowego był Stanisław Musiał który zaraz tam pojechał i pisał ciekawe reportaże do Tygodnika Powszechnego. Większość, w tym i ja, czekała kiedy wreszcie ten strajk się skończy i wróci normalność. Nie wróciła. To Musiał miał rację, a nie większość jego współbraci. Dzisiaj proporcje się odwróciły. Najgłośniej krzyczą ci, którzy wtedy nie mieli pojęcia, że coś ważnego się tam działo (w tej większości jest też większość biskupów).
Miło mi poczytać wspomnienia z tamtych dni. Potwierdzam wszystkie tezy autora, gdyby nie upal to dopisałbym nowych na kilkanaście stron. Strajk sierpniowy w „mojej” stoczni, Stoczni Gdanskiej im Lenina, zdarzył się w całym „ciągu strajkowym” jaki szedł tamtego lata przez Polskę, poczynając od południowego wschodu. To był któryś tam strajk a ze tak się potoczyło jak potoczyło to tylko kolejny dowód na rolę sterowanego przypadku w historii. Przewrót sierpniowy nie był przypadkiem, przypadkiem było to, ze stało się to w tej stoczni, stoczni której zaloga miała w pamięci ofiary grudnia sprzed 10 laty i to, ze nie wychodzimy ze stoczni (to już dowód na rozum historyczny a nie rolę przypadku.)
Strajku w Stoczni Gdanskiej nie można rozpatrywać w oderwaniu od strajku w Stoczni Gdyńskiej im Komuny Paryskiej, strajk w Stoczni Gdańskiej wybuchl po bezprawnym zwolnieniu Anny Walentynowicz, zwolnieniu wymuszonym przez służby na ówczesnym dyrektorze ds. kadr i szkolenia. Dyrektor zwolnienie podpisał i strajk, jako protest przeciwko bezprawiu wybuchł, a potem po tym to już się potoczyło. Strajk w Gdyni to był strajk solidarnościowy – a pamiętacie kto nim rządził i jak Andrzej Kołodziej wszedł do stoczni, ja pamiętam i wiele mi to mówi o tych co pociągali za sznurki.
Stara prawda – ilość kombatantów wzrasta w miarę upływu lat od wojny, a takie drobiazgi jak kto kim był w czasie walk to już zupełnie inna sprawa…
Ha, otóż ja, ówczesna żona gdyńskiego stoczniowca (tfu, tfu, z kadry kierowniczej, niestety ) słyszałam to i owo, a właściwie wszystko, na temat wejścia Andrzeja Kołodzieja na teren Stoczni…Ciekawe to było i owszem.
No to i ja, zapewne pod prąd upodobań większości Czytelników.
Byłem akurat na urlopie w pobliżu. Posłuchałem – program lokalny transmitował – tego zadzierzystego przywódcy; nawet mi się podobał. Więc wsiadłem w samochód i podjechałem.
Zobaczyłem umajoną bramę, usłyszałem nabożne pienia, ujrzałem rozmodlony lud.
I już wiedziałem, że to nie jest moje. I że nic dobrego z tego nie wyniknie.
Oczami wyobraźni zobaczyłem mniej więcej to, co widzę dziś wokół. Żadna ze stron działających wówczas i nieco potem (ani „solidarnościowa”, ani „rządowa”) możliwych konsekwencji tamtych wydarzeń – jak mi się zdaje – nie dostrzegła. A w każdym razie nie miała ochoty się przyznać do jakichkolwiek błędów.
I obie w ciągu paru nadchodzących lat robiły głupotę za głupotą, niestety. A ludzie z objawami resztek zdrowego rozsądku dostawali po tyłku (lub co najmniej spotykali się z niechęcią) też z obu stron.
Wcale nie jest przyjemnie mieć rację, to tylko powiem.
Dlaczego wbrew upodobaniom? Upodobania nie mają tu nic do rzeczy, fakty to fakty i tyle.
” Żadna ze stron działających wówczas i nieco potem (ani „solidarnościowa”, ani „rządowa”) możliwych konsekwencji tamtych wydarzeń – jak mi się zdaje – nie dostrzegła. ”
To jest oczywiste. Wówczas już działała mentalność plemienna w typie MY i ONI, a jak to NASI to wszystko co robią jest OK.
Ergo: wcale nie byliśmy wtedy tak mądrzy jak nam się wydawało.
I jeszcze jedna wspominka: na holowniku mieszkała ze mną brygada przeładunkowa, z konieczności więc gawędziliśmy całymi dniami. Zapamiętałem wypowiedź brygadzisty: – Ja premierem nie będę, więc mi wszystko jedno kto rządzi, ja mam mieć dobra pensję, a nie żyć od pierwszego do pierwszego. Postulaty polityczne to był dalszy ciąg, nie na pierwszym miejscu.
Po zmianie ustroju wielu się rozczarowało, nie tak wyobrażali sobie tę wolną Polskę. I trudno ich za to winić. Można natomiast tego, kto przestał ich dostrzegać, bo zrobił prezent hochsztaplerom i cynikom, którzy dziś wykorzystują ich do własnych, małych celów.
Aż do następnego razu.
No to właśnie teraz możemy na bieżąco obserwować, jak np. rozczarowany gdański taksówkarz zgarnia
(metodą na wnuczka ) to , co mu się po prostu należy…
Nie miałem okazji uczestniczyć wtedy w strajku w stoczni. Udział w solidarnościowym strajku, w środkowej Polsce już tak znamienny nie był. Zgadzam się z ogólnym stwierdzeniem Autora: „Proszę więc mi nie opowiadać głupot o tym, jacy to wówczas byliśmy „zjednoczeni” i staliśmy jak mur przeciw komunie.” Był rzeczywiście krótki okres względnego zjednoczenia między połową a końcem sierpnia, kiedy decydowały się losy strajku w stoczni. Potem zaczął się okres walki różnorodnych koterii i frakcji w szerokim ruchu społecznym „Solidarność”. Łatwo było zauważyć najbardziej hałaśliwy element nowego ruchu – to ci, którzy po 13 grudnia okazali sie agentami SB i innych służb specjalnych komunistów.
Po 1989 r. okazało sie, że kombatantów pierwszej Solidarności przyrasta w postępie geometrycznym co roku. Najchętniej takich, którzy mieli wówczas kilka lat. Teraz jest ich szczególnie dużo w Pisie. Wzorem swojego guru walczyli o wolną Polskę u mamy pod pierzyną. Dzisiaj nadrabiają te zapóźnienia niszcząc dorobek wolnej Polski w imię „patriotyzmu, niepodległości i suwerenności” od wszelkiej przyzwoitości, oraz od zdrowego rozsądku. Czy rzeczywiście jak chce Pan Jerzy „…nie mamy już do czynienia z przeciwnikiem politycznym, lecz z posiadaczami innego rodzaju umysłu, którego zasady funkcjonowania są nam (i mam nadzieję, że będą) zupełnie obce.” Wierzę, że tak być nie musi. Kiedy ich skurdupel odejdzie do historii, a będą musieli pracować na swój chcleb powszedni w strukturach demokratycznych (AUTORYTARNE BEDĄ ZAKAZANE) ich umysły przestawią się z satrapii na dialog, pod rygorem utraty możliwości działania w życiu publicznym. To nie są posiadacze innego umysłu – to wyznawcy innych rodzajów hipokryzji – bardziej bezczelnej, chamskiej i bardziej prymitywnej, Żeby przetrwali w życiu publicznym będą się musieli nauczyć hipokryzji mniej obciachowej i bardziej autentycznej.
Ja się dziwię, że tak znakomity historyk nie zauważył w czym brał udział.
Oczywiście nie byłoby „sierpnia” gdyby nie postawa żołnierzy wyklętych. Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. Jedną z nich jest Macierewicz, który przemawiając do przedszkolaków, powiedział: „za tę zupę, którą jecie, podziękujcie „wyklętym” – bez ich wysiłku nic by nie było”.
Zdawali sobie z tego sprawę bracia Kaczyńscy i dlatego nie gloryfikowali zbytnio AK, a potem Solidarności. Te konszachty z komunistami spowodowały wypromowanie fałszywych bohaterów. Owszem, Lech Kaczyński stanął na czele Solidarności i obalił komunizm, bo to był jego obowiązek patriotyczny, ale przecież doskonale wiedział, że bez „wyklętych” w Polsce nie byłoby żadnych zmian.
Panie PIRS, człowiek był młody, niedoświadczony, nie przyobleczony w szatę z niuansów na wszystkie okazje. O! Dziś to bym wszędzie widział agentów! 🙂 🙂
eh.. Panie Jerzy…
>….człowiek był młody, niedoświadczony, nie przyobleczony w szatę z niuansów na wszystkie okazje. <
No i nie było Internetu…
Ale nie było źle.
Głos Ameryki, Wolna Europa, ambony kościelne, prasa "podziemna" i naziemna oraz
polska umiejętność czytania między wierszami i rozumienia mrugania oczkiem.
Siły i środki na miarę czasów..
Klasa Robotnicza, wiodąca siła narodu, domagać się zaczęła lepszej zagrychy do kiloneczka który był dniem powszednim. I to wszystko…
Się zbuntowała… ale…
Tłum potrzebuje "wodza," idei, sztandarów, gadaczy z "autorytetem" itp.
Więc wodza (sól dyktatury proletariatu) dostarczono błyskawicznie i dostał zaplecze które "dbało" o morale narodowe (KK), politykę słuszną (PZPR) , politykę "niesłuszną" (KOR) i podłączyły się konsorcja międzynarodowe co ciaćków nie skąpiły na wszystko co konieczne do opanowania nowych rynków zbytu.
Gdyby ruskie nie kombinowały z zachodem nad przemianą wody w wino to by było gówno a nie rewolucyjka z nazwą Solidarność..
Pozdrawiam ciepło…
ps.
Różnica między wczoraj a dziś dla mnie jest taka, że z "wroga" klasy robotniczej zmieniłem się w zbędnego im wykształciucha.
Gdyby jeszcze było zdrowie… eh…..