06.11.2019

Po tekście „Piotr Topiński: Skorumpowana Żywiecczyzna” odebrałem kilkanaście telefonów od przyjaciół, znajomych, znajomych moich znajomych poruszonych tekstem. Mam więc nowe informacje, nowe przemyślenia natury ogólno-organizacyjnej, sprzyjające opisywanej korupcji. Górę Prusów odwiedziłem ponownie.
Dopłaty do rolnictwa … To jest kasa, to jest dobrze pracujący korupcjogenny mechanizm. Zastrzegam: nie zawsze, nie wszędzie i nie dotyczy to rzeczywiście cienko przędących i ciężko pracujących rzesz tradycyjnych rolników.
Ale to jest właśnie dobra furtka do bezkarnego rabunku cudzych gruntów, niszczenia środowiska, tłuczenia forsy bez związku z wyłudzonymi z Komisji Europejskiej celowymi funduszami.
Nie ma dopłat do lasu, są do upraw, więc las najlepiej wyrżnąć i udawać, że goła, wyerodowana skała, która zostaje w miejscu lasu jest pastwiskiem!
Do pastwiska dopłaty są!
Trochę historii:
Przed wielu laty uczestniczyłem w programie tworzenia strategii rozwoju dla gminy Pińczów. Jakimś problemem był tam wówczas problem własności gruntów. Wielu pomysłów nie mogliśmy urzeczywistnić, bo prawie żaden rolnik nie gospodarował na (formalnie) własnych gruntach. Spadki przechodziły na spadkobierców bez kłopotania urzędów; bez zbędnych formalności chłopi łączyli działki, wymieniali je między sobą. Dokumenty opisywały stan sprzed kilkudziesięciu lat. Studenci uczestniczący wówczas w projekcie przebadali na naszą prośbę dokumenty gminne, z których wynikało, że średni wiek statystycznego rolnika w tamtej okolicy przekraczał 165 lat!
Wójtowie gmin sąsiadujących przekonywali nas ze śmiechem, że u nich rolnicy żyją ponad 200 lat (formalnie).
To był czas, gdy rolnicy dostali dopłaty do upraw. W Polsce i z tego, co wiem, tylko w Polsce, właśnie wskutek powszechnego bałaganu w dokumentach, wynegocjowano, by unijne dofinansowanie dotyczyło nie właścicieli, tylko użytkowników. Gdyby nas wówczas potraktowano jak Europejczyków, 60% rolników nie dostałoby ani grosza. Przejściowo zezwolono więc na takie właśnie rozwiązanie. Okres przejściowy określał granice tej tymczasowości do 2012 roku. Unia dała Polsce czas na uregulowanie praw własności, polscy negocjatorzy z sukcesem przeciągnęli 2012 rok do dzisiaj, mimo że od tego czasu większość rolników już wyprostowała bałagan w swoich papierach.
Wielu spadkobierców nie wie, że są właścicielami, wielu właścicieli nie wie co się dzieje z ich ojcowizną.
W mętnej wodzie …itd. Dzisiaj bezpieczniej i dyskretniej można zrabować ziemię niż kamienicę w dużym mieście. Hulaj dusza, piekła nie ma. Nie ma tu ani Prawa, ani Sprawiedliwości. Wielu polityków lokalnych i mniej lokalnych świetnie wykorzystało obfite żerowisko. Na żerowiskach rozdrobnionego rolnictwa górzystej Polski roi się od posłów, byłych posłów, wójtów, radnych. Kto im zabroni wglądu w dokumenty? Również te objęte RODO.
Pojawia się „inwestor”, uzyskuje dostęp do gminnego wykazu gruntów, ewidencji działek, danych właścicieli i informacji o nich, „zagospodarowuje” te działki, których właściciele od dawna nie wykazują żadnej aktywności, „zagospodarowuje” przestrzeń korzystając z dotacji do użytkowanych „upraw”. W ten sposób za pieniądze unijne po kilku latach przejmuje działki przez zasiedzenie.
To może być istotny powód, że w sejmie nie ma takiego ugrupowania politycznego, które by dopuszczało możliwość wprowadzenia podatku katastralnego albo innych mechanizmów bieżącego porządkowania praw własności. Gorzej, w wyborczej retoryce podatek katastralny służył do obrzydzania przeciwnika.
W sąsiedniej wsi kilkanaście lat temu, nad samą rzeką, ktoś ogrodził siatką kilkanaście działek. Właścicielem jednej z nich był mój sąsiad. Oburzony, pobiegł do „inwestora” a ten grzecznie przeprosił, „wyjaśnił”, że to pomyłka. Działkę rozgrodził, jeszcze raz przeprosił i sprawa przygasła …do pozostałych działek nikt nie wniósł do dziś pretensji, więc ma.
Mechanizm jest prosty i dotyczy większości górskich obszarów, gdzie walka z kułactwem, wysiedlenia, wywłaszczanie i powojenna migracja właścicieli gruntów umożliwiają dzisiejsze przekręty.

„Użytkownik” dostaje dotacje, uczestniczy w programach: bioróżnorodności, „owcy+”, ochrony środowiska, siedlisk i podobnych. Za pieniądze europejskie, bez zezwoleń, bez związku z celem finansowego wspomagania przygotowuje teren pod przyszłe wyciągi narciarskie, wycina drzewa z cudzych („użytkowanych”) działek nawet tam gdzie to jest zabronione, mimo że to obszar chroniony i jeszcze wystawia tablice (jak ta na zdjęciu powyżej), która może być dowodem w sprawie.
Gdyby taka sprawa została wszczęta; a nie jest!
Beneficjent europejskich programów obszar użytkuje, nie jest właścicielem. Odpowiedzialność za czynności niezgodne z prawem ponosi właściciel, z którym nie ma kontaktu, na dodatek prawdopodobnie nie żyje.
Tablica na zdjęciu, ustawiona w sercu gospodarującego tutaj Żywieckiego Parku Krajobrazowego, to obraz bezprawia tej instytucji. Nie wolno na terenach chronionych, zagrożonych osuwiskami wycinać drzew. Drzewa w tle zdjęcia rosły tu ok. 100 i więcej lat w bardzo ciężkich warunkach, stabilizują albo już stabilizowały glebę, zapobiegały erozji, stanowiły siedlisko dla całej gamy różnych zwierząt, umożliwiały rozwój organizmów glebowych, były osłoną dla borówki. Wyrżnięto !
Po co komu państwowa instytucja nadzorująca sposób gospodarowania połową lasów Żywiecczyzny, skoro nie widać żadnych efektów jej działań natomiast obraz zaniechań w sprawie, dla której była powołana nie ma końca. Dokumenty przez Park tworzone wskazują, że po nauki przyrody powinni się udać do szkoły podstawowej. Leśnicy nierozróżniający łąki od żwirowiska, niemający pojęcia o wymaganiach pokarmowych owiec, niewidzący niczego złego w niszczeniu siedlisk borówki pod hasłem bioróżnorodności, co też oznacza, że nie wiedzą także co to jest bioróżnorodność… Borówka też im obca!
No i ta tablica (na zdjęciu)
W paśmie jednego z piękniejszych, górskich obszarów południowej Polski.
Urzędnicy Parku, podobno wykształceni leśnicy, napisali w raporcie: „droga została ogrodzona płotkiem zapobiegającym rozdeptywaniu odnawianych łąk przez turystów”, po czym terenowym autem odnawiane „łąki” sami rozjechali, bo drogą po każdym deszczu spływają kamienie z „rekultywowanych” łąk, formuje się wał gruzowiska i nie da się tam ani przejść, ani przejechać (na zdjęciu). Jadą na skróty. Łąk zresztą też na skalnym podłożu nie ma i już nie będzie!
Inna sprawa, że miejsce jest znakomite do organizacji tras narciarskich, że instytucja powołana do ochrony tego bardzo rozległego obszaru mogłaby nadać taki kierunek projektowanej inwestycji, by tworzyła się ona bez dewastowania siedlisk ciężkim sprzętem, bez niszczenia gleby, bez szkód w środowisku, z czego dzisiaj nie da się już wyjść. Dzisiaj, nawet jeśli powstaną tu kiedyś jakieś wyciągi, to skala erozji będzie stale wymagała kosztownych działań zapobiegawczych, których na pewno żaden przedsiębiorca nie będzie podejmował.
Po co komu niedziałająca instytucja?
Co najmniej raz w tym Parku już tak było: przyrodniczy analfabetyzm innego inwestora przyczynił się do znacznych szkód na Pilsku, za które nikt nie poniósł odpowiedzialności i do dzisiaj też nikt nie odniósł z tego żadnych korzyści.
Żywiecki Park Krajobrazowy tam również nigdy nie zareagował (sic)
Jeżeli państwowa instytucja służy przede wszystkim do kamuflowania dewastacyjnych aktywności „przedsiębiorców”, to po co taka instytucja i dlaczego jest finansowana z moich podatków?
Wystarczy normalna policja, służby leśne, prokuratura i kilku dziennikarzy!
Zlikwidować!
Piotr Topiński
