10.12.2020
Wezwanie przyszło na wiosnę 1981. Od razu poczułem liczne dolegliwości, zwłaszcza w okolicy kręgosłupa. Nic lepszego nie udało mi się wymyślić. Dolegliwości zrobiły należyte wrażenie na komisji poborowej, po czym otrzymałem najwyższą kategorię zdrowotną oraz jednorazowy bilet do Kielc. W początkach maja zjawiłem się w Kieleckiej Brygadzie Łączności, aby odsłużyć swój przepisowy rok w służbie Ojczyzny. Było gorąco, dosłownie i w przenośni. Lato było piękne i słonce prażyło w czasie przemarszów z kompanijnego hotelowca do stołówki. Festiwal wolności nabierał przyspieszenia. Ze wschodu napływały pomrukiwania. W głowie obracałem pytanie, czy w czasie przysięgi wojskowej mam wymienić sojusz z Armią Czerwoną? Tak, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W czasie przysięgi coś tam wymruczałem. Być może do dziś jestem sojusznikiem Rosji, na podobieństwo Antoniego Macierewicza?

Po trzymiesięcznym maszerowaniu, obsługiwaniu radiolinii, i składaniu kałasznikowa, nadeszło pytanie, w jaki sposób nie dać się wysłać do tak zwanego zielonego garnizonu? Mój ojciec wpadł na pomysł, wsiadł do samochodu, i w biurze przepustek Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Łączności w Zegrzu poprosił o rozmowę z zastępcą dowódcy do spraw kadrowych, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy. Pan major wysłuchał pana profesora, po czym wysłał tak zwane „zapotrzebowanie” do brygady w Kielcach. Tym sposobem moja dalsza służba odbywała się w Zegrzu niedaleko rodzinnej Warszawy. Cała ta operacja nie spowodowała przekazania żadnych środków finansowych, co może się wydawać niepojęte z dzisiejszego punktu widzenia.
Praca jak to praca. Była to pierwsza i ostatnia praca w mojej karierze, do której każdego dnia przychodziłem w krawacie i wyprasowanym garniturze. Pokazywałem przyszłym oficerom wojsk łączności, jak staczają się kulki po równi pochylej, jak się huśta wahadło, i pomagałem im zgłębiać tajniki elektromagnetyzmu. Robiłem dokładnie to, co młody fizyk robić powinien. Wczesnym popołudniem jechałem do Warszawy do domu, ubrany po cywilnemu.
Az w końcu przyszedł ten dzień. Wcześnie rano mama nastawiła radio na pełen regulator i tak się dowiedziałem. Stan wojenny? Co ja mam robić w takiej sytuacji? Od razu pojechałem na ulicę Mokotowską do siedziby regionu Mazowsze, żeby się czegoś dowiedzieć. ZOMO właśnie odjechało. Szyby wybite, w powietrzu gaz łzawiący, na ulicy sporo ludzi. Ktoś przytomny powiedział „chowamy sprzęt poligraficzny”. No, to do roboty. Pomagam wynosić, podjeżdżają samochody, wynosimy powielacze, samochody odjeżdżają w nieznanym kierunku. Po godzinie czy dwu zaczyna mi świtać, że chyba robię coś bardzo głupiego jak na żołnierza w czynnej służbie w czasie stanu wojennego. Jadę na Pragę i po krótkim oczekiwaniu podążam do Zegrza autostopem. Wchodzę do jednostki, idę do budynku kompanii, i słyszę groźny tekst sierżanta „Podchorąży, gdzie dotąd byliście, to jest dezercja, poniesiecie surowe konsekwencje nieobecności!”. Spokojnie odpowiadam: „Nie mogłem dojechać, spałem do południa, potem stałem i machałem na szosie, aż się ktoś zlitował”. (Mam pewność, ze sierżant nie ma pojęcia, co się dzieje za murami). No, dobrze. Tu macie mundur polowy, tu macie karabin, tu jest trzydzieści sztuk ostrej amunicji. Odmaszerować.
Ciemno, mroźno, spokój, nic się nie dzieje. Na dziedzińcu stoi ażurowy maszt radiolinii. Wielki talerz anteny jest skierowany w kierunku Warszawy. Warczy generator prądotwórczy. Studentów Szkoły Oficerskiej gdzieś wywieziono. Na ich miejscach mieszka ROMO, czyli dojrzali mężczyźni, na oko czterdziestoletni, w niebieskawych polowych mundurach. Na ramionach naszywki „Milicja”. My podchorążowie patrzymy na nich w stołówce. Jedzą posiłki przy sąsiednich stolikach. Każdego dnia są wożeni autokarami gdzieś w kierunku Warszawy, gdzie podobno są jakieś strajki. Oficerowie polityczni coś nam o tych strajkach tłumaczą, ale nikt ich nie słucha, nawet oni sami.
W pokojach w naszym hotelowcu tuż obok naszych pokojów skoszarowani są pułkownicy, porucznicy, i zawodowi podoficerowie. Idąc korytarzem słyszę cichy szmer. Tutaj BBC, tam Głos Ameryki, a czasami nawet Wolna Europa. Wieczorami słuchają tego samego, co i ja. Też chcą wiedzieć, co się dzieje w kraju. Nikt nic nie zauważa, nikt nic nie słyszy. Nikt nie zadaje żadnych pytań. Nikt nie wie, co będzie dalej.
Patrole. Trzeba czymś zająć ten cały tłum wojskowych, którzy nie mają nic do robienia. Jest siarczysty mróz. Przemierzamy nasz szlak bojowy od bramy jednostki, na dół przez osiedle, aż nad brzeg jeziora, gdzie stoi garnizonowa kotłownia. Ogrzewa całą jednostkę. Wchodzimy do kotłowni całym patrolem: major, porucznik, sierżant albo plutonowy, podchorąży, czyli ja, oraz ze dwu żołnierzy służby zasadniczej. Z całej grupy oni są najlepiej uzbrojeni. Mają po trzy pełne magazynki, a ja tylko jeden. O zawodowych wojskowych szkoda nawet gadać. Mają tylko pistolety. Wchodzimy do kotłowni i dowódca patrolu pyta „Pali się?” „Ano się pali” – odpowiadają palacze. „A dobrze się pali?” „A dobrze, nie można narzekać”. Chodzi o to, żeby zostać w cieple jak najdłużej. Po kilku minutach wychodzimy. Garnizonowa kotłownia była najczujniej chronionym obiektem militarnym w Zegrzu. Tak było aż do nadejścia odwilży.
Most przez Bugo-Narew. Przy wjeździe na most rozstawiony został namiot albo może dwa. Koło namiotu krzyżaki zbite z desek i oplecione drutem kolczastym. Na wypadek, gdyby przyszło zablokować szosę, żeby nie mogły przejechać samochody. Koksownik, przy nim zmarznięci żołnierze. Skład podobny jak na patrolu. Dość szybko nauczyłem się rozpalać koksownik i do dzisiaj wiem, że wcale nie jest łatwo utrzymać go w stanie rozżarzonym. Zimno jak diabli i prawdę mówiąc — nudno. „Teraz zatrzymujemy czerwone”. – rozkazuje dowódca przyczółka. Zbliża się czerwony samochód. Macham lizakiem, samochód się zatrzymuje, opuszcza się szyba. Nie muszę nawet prosić o dowód. Otwieram na stronie ze zdjęciem. Oddaję bez czytania nazwiska. Na pewno nie „Bujak”, a nawet jeśli tak, to na pewno nie ten. „Bagażnik poproszę”. Kierowca otwiera, w środku jakieś części. Może to części do powielacza? Ale skąd mam wiedzieć, jak jest zbudowany powielacz? Części do kałasznikowa poznałbym od razu, ale te wyglądają jakoś inaczej. Nie będę studiował konstrukcji tego urządzenia. A może w bagażniku jest bibuła? Na odprawie kazali szukać bibuły w bagażnikach. Rzeczywiście, leżą jakieś gazety. Ale skąd mam wiedzieć, czy to bibuła, jeżeli bibuły nam nie pokazano? Gdyby pokazano, to pewnie bym sobie przypomniał, że w moim pokoju w Warszawie mam tego ze dwadzieścia kilogramów. Mógłbym nawet trochę przywieźć dla podratowania statystyki. Jak tu szukać czegoś, co to nawet nie wiadomo, jak wygląda? „Proszę zamknąć bagażnik” – instruuję kierowcę. „Nie ma niczego w bagażniku” – rzucam w stronę majora. „W porządku, niech jedzie” – mówi major, nie oddalając się od koksownika. Jest stanowczo za zimno na osobiste kontrolowanie.
Zbliża się wieczór wigilijny. Karpie przywieziono. Czekają w wiadrach i w miskach w koszarowym sklepiku. (W socjalizmie każdy większy zakład miał taki sklepik i koszary też go miały). Mało kto kupuje, bo żołnierze zawodowi nie idą na noc do domów. Cywilni pracownicy dydaktyczni są na przymusowym urlopie. Jest wczesne popołudnie. Mijam sklepik. Przed sklepikiem karpie. W środku nikogo poza sprzedawczynią. Przystojna, więc się do niej uśmiecham. Ona pyta z nadzieją: „Może pan coś kupi?”. Kupię, czemu nie. Ten i ten, i może jeszcze ten. Przekładam karabin na drugie ramię, płacę, i wychodzę z dwiema plastikowymi torbami. W torbach karpie. Ruszają się, bo są jeszcze żywe.
W tył zwrot. Idę na mój wydział, pukam do biura dziekana. Proszę wejść. Obywatelu pułkowniku, mam problem. Problem się rusza, więc nie muszę więcej wyjaśniać. „Chciałbym zawieźć rodzinie”. Pułkownik blednie. „Podchorąży, nie macie przepustki”. Spokojnie mówię: „Mam. Nikt nam nie unieważnił. Widocznie zapomnieli”. „Ale nie macie ubrania cywilnego”. „Mam ubranie cywilne, bo przyjechałem po cywilnemu”. Cisza. „A co zrobicie z karabinem?” Na to ja, bez chwili namysłu i najzupełniej poważnie: „Zostawię pod łóżkiem w hotelowcu”.
To go przekonało. „Dajcie mi ten karabin, magazynek, i ładownicę”. Podałem, on wziął, i schował do szafy pancernej w tyle gabinetu. Zasalutowałem, odwróciłem się energicznie, i zza pleców usłyszałem cichy głos: „Nie dajcie się złapać, podchorąży”.
Po pół godziny, po cywilnemu, z karpiami w torbach mknąłem autostopem w kierunku Warszawy. Saska Kępa, puk, puk. Rodzina w komplecie. Radość. Karpie poszły na patelnię. Kolacja wigilijna, jakby nie było stanu wojennego. Wcześnie rano znowu do Zegrza, znowu autostopem. Przepustka jakby nigdy nic. Barani wzrok moich kolegów podchorążych w biurze przepustek przy bramie. Pół godziny później, w mundurze polowym, melduję się u pułkownika. „Obywatelu pułkowniku. Rodzina pozdrawia i dziękuje. Ja też bardzo panu dziękuję”. Spokojna odpowiedz pułkownika: „Tu macie karabin”.
Gdyby mnie złapano, to pułkownik mógł mieć nieprzyjemności. Nie mógłby się wyprzeć karabinu w swojej szafie. A jednak zaryzykował. Nie miał z tego nic, poza dobrym uczynkiem, który niech mu będzie zapisany w niebie. Chciałbym mu podziękować, ale po tylu latach nie pamiętam jego nazwiska.
Wszystkie opisane tu wydarzenia są prawdziwe. Nic nie zmyśliłem. Moja rodzina do dziś pamięta tę Wigilię stanu wojennego. A ja do dziś pamiętam, jak stałem przy koksowniku. Stałem, marzłem ja i koledzy, marzli także żołnierze służby zawodowej od majora do podoficera. Staliśmy tak solidarnie, choć nie można powiedzieć, że staliśmy z własnej woli. Nie zadawałem pytań ani im, ani sobie, po co było to stanie. Widocznie w wojsku tak musi być. Jedni każą stać, a drudzy stoją na mrozie. Może czekaliśmy na robotników z Żerania, którzy mieli przyjść piechotą i zdobyć przyczółek? A może zaatakować kotłownię kilofami? A może ukraść trochę wody z jeziora zamarzniętego na kość? Staliśmy tak i czekaliśmy przy moście nie wiadomo na co, a razem z nami czekało kilkaset tysięcy żołnierzy na innych mostach, stacjach kolejowych, lotniskach, tunelach, skrzyżowaniach, stacjach telewizyjnych, i zakładach pracy. Czekaliśmy na kogoś, kto nigdy nie przyszedł. Nikt nam nie powiedział, na kogo czekamy.
Wiele lat później zacząłem podejrzewać, że ten ktoś wtedy nie przyszedł właśnie dlatego, że myśmy na niego czekali.
Wojtek Skulski

Teraz, kiedy minęło tyle lat, mogę się przyznać co do roli jaką odegrałem w zaistnieniu stanu wojennego.
W latach 70. i 80. mieszkaliśmy na osiedlu na obrzeżach Warszawy. Ulica, przy której stał nasz blok, była szeroka, a jej środek zajmowało wzgórze usypane z ziemi którą wydobyto przy kopaniu fundamentów pod bloki – dzięki temu nie trzeba było płacić za jej wywiezienie. Górka służyła zimą do zjazdu na sankach, a w lecie właściwie do niczego.
Mieszkaliśmy już tam kilka lat, ale ani razu nie weszliśmy na górkę, jakoś nas tam nie ciągnęło. Jak byśmy mieli niejasne przeczucie, że taki postępek może wywołać nieprzewidziane skutki. Po raz pierwszy zrobiliśmy to zimą, w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Następnego dnia rano obudziliśmy się w stanie wojennym.
I jeszcze o skutkach.
Kto z nas nie cierpiał w stanie wojennym?
W naszym bloku mąż dozorczyni był hydraulikiem. Nie pracował, bo trudno było mu pogodzić picie i pracę, ale nieźle dorabiał na fuchach. Dzięki niemu w czasie zimy stulecia, kiedy Polska marzła, mieliśmy tak ciepło że otwieraliśmy okna, bo zdjął kryzy w kaloryferach, które ograniczały przepływ ciepłej wody.
Kiedy nastał stan wojenny, spotkaliśmy się przed blokiem i powiedział mi:
– No i co to się porobiło panie PIRS, pan nie ma benzyny a ja muszę chodzić do roboty.
Młodszym przybliżę te dolegliwości: władze wtedy nakazały wszystkim luzakom iść do pracy, a z benzyną były prawdziwe kłopoty.
Właściwie należą mi się chyba jakieś odszkodowania za te krzywdy?
Bardzo dobre!
Mała uwaga płynąca ze zboczenia zawodowego. W 1981 roku nie było już Armii Czerwonej 🙂
Michał Leszczyński popełnił ongiś książeczkę „Przygody dobrego wojaka fizyka”, świetnie się ją czyta.
Powoli zbiera się ciekawe archiwum 🙂 Jeszcze paru takich autorów jak Wy i będzie można mówić o źródłach 🙂
Wspaniałe opowiadanie – budzi tyle ciepłych wspomnień, choć grudzień był mroźny.
To historia o tym, że wszędzie są ludzie i jeżeli nie trafimy na prawdziwe kanalie, to można się dogadać. Wyobrażam sobie te Pańską wigilię rodzinną, bo i swoją ówczesną pamiętam, choć żyje już tylko jeden uczestnik – mój syn. To on obudził mnie rano 13 grudnia, bo nie było Teleranka…
*
Stan wojenny – jeden z najsmutnieszych epizodów historii po 1945 roku, ale celowo i świadomie przeprowadzony tak aby straty i krzywdy były jak najmniejsze. A tyle opowiadano o zbrodniczości Jaruzelskiego i Kiszczaka….
To koresponduje z artykułem Pana Łukaszewskiego, który słusznie obawia się ryzyka powtórki z historii.
A to dlatego Pan pytał o tego fizyka czy doświadczalny, PHOBOS, LUX, HSD ? skomplikowane, fizyka doświadczalna HTSC wydawała mi się kiedyś prostsza.
Sądzę, że ma Pan rację, mniej więcej wtedy na sąsiedniej ulicy parkował tzw. gazik, kiedy profesor fizyki teoretycznej tj. mój ojciec pracował w tzw. partii. Był kłopot, podobno sąsiadka mówiła wychodzącym gościom: towarzysz profesor teraz przodem a towarzysze przez ogród. Ja się bawiłem drukując na wałku, ojciec zostawiał na stole tzw. biuletyn SB, format pamiętam podobny. Potem on był przy Okrągłym Stole a ja kończyłem studia. Z dawnych rozmów pamiętam obawy – chyba nie staliście przy koksownikach żeby nie przyszli ci z fabryk.
Do Autora z innej beczki.
Wspomniał Pan w innym miejscu zasłużonego Autora takimi m.in. słowami „…ma w zasadzie jedną myśl do przekazania. Robi to bardzo sprawnie, i tym budzi moje uznanie.”
Zaintrygował mnie Pan tą jedna myślą. Chętnie bym poznał jak Pan definiuje tę „jedną myśl” ?
Jedna główna myśl, ze tzw. wszyscy szczują na Izrael. To może być prawda i Autor to wyczerpująco uzasadnia. Ale w jego artykułach jest pewna monotonia. Zadnych innych tematów? Zadnych wspomnień z długiego i pracowitego życia i z krajów, które odwiedzał? Ciekawych ludzi, których spotkał? Ciągle na jedno kopyto.
Dziękuję – faktycznie, otworzył mi pan oczy na temat, który jest najcześciej obecny w publikacjach tego autora. Do mnie to bardzo przemawia, bo ja jestem zaciekłym wrogiem wszelkiego antysemityzmu. Co do pozostałych rzeczy, to chyba świadomy wybór samego Pana K.
Ja tez cenie jego artykuły. Dlatego napisałem, ze budzi moje uznanie. Ale jeden raz wdałem się w polemikę, i było to doświadczenie dość traumatyczne. Więcej już tego nie zrobię.
Właśnie sztuka rozmowy jest dośc trudna. Część autorów wszelka polemikę czy dyskusje traktuje jako coś czemu musza dac odpór. Wtedy najłatwiej o anse. A przecież to samo mozna powiedzieć na różne sposoby.
Zamiast – jesteś głupi, wystarczy powiedzieć – mam inną opinię na ten temat. I nie obrazamy rozmówcy i sami nie wychodzimy na durniów!