10.12.2020
Wezwanie przyszło na wiosnę 1981. Od razu poczułem liczne dolegliwości, zwłaszcza w okolicy kręgosłupa. Nic lepszego nie udało mi się wymyślić. Dolegliwości zrobiły należyte wrażenie na komisji poborowej, po czym otrzymałem najwyższą kategorię zdrowotną oraz jednorazowy bilet do Kielc. W początkach maja zjawiłem się w Kieleckiej Brygadzie Łączności, aby odsłużyć swój przepisowy rok w służbie Ojczyzny. Było gorąco, dosłownie i w przenośni. Lato było piękne i słonce prażyło w czasie przemarszów z kompanijnego hotelowca do stołówki. Festiwal wolności nabierał przyspieszenia. Ze wschodu napływały pomrukiwania. W głowie obracałem pytanie, czy w czasie przysięgi wojskowej mam wymienić sojusz z Armią Czerwoną? Tak, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W czasie przysięgi coś tam wymruczałem. Być może do dziś jestem sojusznikiem Rosji, na podobieństwo Antoniego Macierewicza?

Po trzymiesięcznym maszerowaniu, obsługiwaniu radiolinii, i składaniu kałasznikowa, nadeszło pytanie, w jaki sposób nie dać się wysłać do tak zwanego zielonego garnizonu? Mój ojciec wpadł na pomysł, wsiadł do samochodu, i w biurze przepustek Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Łączności w Zegrzu poprosił o rozmowę z zastępcą dowódcy do spraw kadrowych, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy. Pan major wysłuchał pana profesora, po czym wysłał tak zwane „zapotrzebowanie” do brygady w Kielcach. Tym sposobem moja dalsza służba odbywała się w Zegrzu niedaleko rodzinnej Warszawy. Cała ta operacja nie spowodowała przekazania żadnych środków finansowych, co może się wydawać niepojęte z dzisiejszego punktu widzenia.
Praca jak to praca. Była to pierwsza i ostatnia praca w mojej karierze, do której każdego dnia przychodziłem w krawacie i wyprasowanym garniturze. Pokazywałem przyszłym oficerom wojsk łączności, jak staczają się kulki po równi pochylej, jak się huśta wahadło, i pomagałem im zgłębiać tajniki elektromagnetyzmu. Robiłem dokładnie to, co młody fizyk robić powinien. Wczesnym popołudniem jechałem do Warszawy do domu, ubrany po cywilnemu.
Az w końcu przyszedł ten dzień. Wcześnie rano mama nastawiła radio na pełen regulator i tak się dowiedziałem. Stan wojenny? Co ja mam robić w takiej sytuacji? Od razu pojechałem na ulicę Mokotowską do siedziby regionu Mazowsze, żeby się czegoś dowiedzieć. ZOMO właśnie odjechało. Szyby wybite, w powietrzu gaz łzawiący, na ulicy sporo ludzi. Ktoś przytomny powiedział „chowamy sprzęt poligraficzny”. No, to do roboty. Pomagam wynosić, podjeżdżają samochody, wynosimy powielacze, samochody odjeżdżają w nieznanym kierunku. Po godzinie czy dwu zaczyna mi świtać, że chyba robię coś bardzo głupiego jak na żołnierza w czynnej służbie w czasie stanu wojennego. Jadę na Pragę i po krótkim oczekiwaniu podążam do Zegrza autostopem. Wchodzę do jednostki, idę do budynku kompanii, i słyszę groźny tekst sierżanta „Podchorąży, gdzie dotąd byliście, to jest dezercja, poniesiecie surowe konsekwencje nieobecności!”. Spokojnie odpowiadam: „Nie mogłem dojechać, spałem do południa, potem stałem i machałem na szosie, aż się ktoś zlitował”. (Mam pewność, ze sierżant nie ma pojęcia, co się dzieje za murami). No, dobrze. Tu macie mundur polowy, tu macie karabin, tu jest trzydzieści sztuk ostrej amunicji. Odmaszerować.
Ciemno, mroźno, spokój, nic się nie dzieje. Na dziedzińcu stoi ażurowy maszt radiolinii. Wielki talerz anteny jest skierowany w kierunku Warszawy. Warczy generator prądotwórczy. Studentów Szkoły Oficerskiej gdzieś wywieziono. Na ich miejscach mieszka ROMO, czyli dojrzali mężczyźni, na oko czterdziestoletni, w niebieskawych polowych mundurach. Na ramionach naszywki „Milicja”. My podchorążowie patrzymy na nich w stołówce. Jedzą posiłki przy sąsiednich stolikach. Każdego dnia są wożeni autokarami gdzieś w kierunku Warszawy, gdzie podobno są jakieś strajki. Oficerowie polityczni coś nam o tych strajkach tłumaczą, ale nikt ich nie słucha, nawet oni sami.
W pokojach w naszym hotelowcu tuż obok naszych pokojów skoszarowani są pułkownicy, porucznicy, i zawodowi podoficerowie. Idąc korytarzem słyszę cichy szmer. Tutaj BBC, tam Głos Ameryki, a czasami nawet Wolna Europa. Wieczorami słuchają tego samego, co i ja. Też chcą wiedzieć, co się dzieje w kraju. Nikt nic nie zauważa, nikt nic nie słyszy. Nikt nie zadaje żadnych pytań. Nikt nie wie, co będzie dalej.
Patrole. Trzeba czymś zająć ten cały tłum wojskowych, którzy nie mają nic do robienia. Jest siarczysty mróz. Przemierzamy nasz szlak bojowy od bramy jednostki, na dół przez osiedle, aż nad brzeg jeziora, gdzie stoi garnizonowa kotłownia. Ogrzewa całą jednostkę. Wchodzimy do kotłowni całym patrolem: major, porucznik, sierżant albo plutonowy, podchorąży, czyli ja, oraz ze dwu żołnierzy służby zasadniczej. Z całej grupy oni są najlepiej uzbrojeni. Mają po trzy pełne magazynki, a ja tylko jeden. O zawodowych wojskowych szkoda nawet gadać. Mają tylko pistolety. Wchodzimy do kotłowni i dowódca patrolu pyta „Pali się?” „Ano się pali” – odpowiadają palacze. „A dobrze się pali?” „A dobrze, nie można narzekać”. Chodzi o to, żeby zostać w cieple jak najdłużej. Po kilku minutach wychodzimy. Garnizonowa kotłownia była najczujniej chronionym obiektem militarnym w Zegrzu. Tak było aż do nadejścia odwilży.
Most przez Bugo-Narew. Przy wjeździe na most rozstawiony został namiot albo może dwa. Koło namiotu krzyżaki zbite z desek i oplecione drutem kolczastym. Na wypadek, gdyby przyszło zablokować szosę, żeby nie mogły przejechać samochody. Koksownik, przy nim zmarznięci żołnierze. Skład podobny jak na patrolu. Dość szybko nauczyłem się rozpalać koksownik i do dzisiaj wiem, że wcale nie jest łatwo utrzymać go w stanie rozżarzonym. Zimno jak diabli i prawdę mówiąc — nudno. „Teraz zatrzymujemy czerwone”. – rozkazuje dowódca przyczółka. Zbliża się czerwony samochód. Macham lizakiem, samochód się zatrzymuje, opuszcza się szyba. Nie muszę nawet prosić o dowód. Otwieram na stronie ze zdjęciem. Oddaję bez czytania nazwiska. Na pewno nie „Bujak”, a nawet jeśli tak, to na pewno nie ten. „Bagażnik poproszę”. Kierowca otwiera, w środku jakieś części. Może to części do powielacza? Ale skąd mam wiedzieć, jak jest zbudowany powielacz? Części do kałasznikowa poznałbym od razu, ale te wyglądają jakoś inaczej. Nie będę studiował konstrukcji tego urządzenia. A może w bagażniku jest bibuła? Na odprawie kazali szukać bibuły w bagażnikach. Rzeczywiście, leżą jakieś gazety. Ale skąd mam wiedzieć, czy to bibuła, jeżeli bibuły nam nie pokazano? Gdyby pokazano, to pewnie bym sobie przypomniał, że w moim pokoju w Warszawie mam tego ze dwadzieścia kilogramów. Mógłbym nawet trochę przywieźć dla podratowania statystyki. Jak tu szukać czegoś, co to nawet nie wiadomo, jak wygląda? „Proszę zamknąć bagażnik” – instruuję kierowcę. „Nie ma niczego w bagażniku” – rzucam w stronę majora. „W porządku, niech jedzie” – mówi major, nie oddalając się od koksownika. Jest stanowczo za zimno na osobiste kontrolowanie.
Zbliża się wieczór wigilijny. Karpie przywieziono. Czekają w wiadrach i w miskach w koszarowym sklepiku. (W socjalizmie każdy większy zakład miał taki sklepik i koszary też go miały). Mało kto kupuje, bo żołnierze zawodowi nie idą na noc do domów. Cywilni pracownicy dydaktyczni są na przymusowym urlopie. Jest wczesne popołudnie. Mijam sklepik. Przed sklepikiem karpie. W środku nikogo poza sprzedawczynią. Przystojna, więc się do niej uśmiecham. Ona pyta z nadzieją: „Może pan coś kupi?”. Kupię, czemu nie. Ten i ten, i może jeszcze ten. Przekładam karabin na drugie ramię, płacę, i wychodzę z dwiema plastikowymi torbami. W torbach karpie. Ruszają się, bo są jeszcze żywe.
W tył zwrot. Idę na mój wydział, pukam do biura dziekana. Proszę wejść. Obywatelu pułkowniku, mam problem. Problem się rusza, więc nie muszę więcej wyjaśniać. „Chciałbym zawieźć rodzinie”. Pułkownik blednie. „Podchorąży, nie macie przepustki”. Spokojnie mówię: „Mam. Nikt nam nie unieważnił. Widocznie zapomnieli”. „Ale nie macie ubrania cywilnego”. „Mam ubranie cywilne, bo przyjechałem po cywilnemu”. Cisza. „A co zrobicie z karabinem?” Na to ja, bez chwili namysłu i najzupełniej poważnie: „Zostawię pod łóżkiem w hotelowcu”.
To go przekonało. „Dajcie mi ten karabin, magazynek, i ładownicę”. Podałem, on wziął, i schował do szafy pancernej w tyle gabinetu. Zasalutowałem, odwróciłem się energicznie, i zza pleców usłyszałem cichy głos: „Nie dajcie się złapać, podchorąży”.
Po pół godziny, po cywilnemu, z karpiami w torbach mknąłem autostopem w kierunku Warszawy. Saska Kępa, puk, puk. Rodzina w komplecie. Radość. Karpie poszły na patelnię. Kolacja wigilijna, jakby nie było stanu wojennego. Wcześnie rano znowu do Zegrza, znowu autostopem. Przepustka jakby nigdy nic. Barani wzrok moich kolegów podchorążych w biurze przepustek przy bramie. Pół godziny później, w mundurze polowym, melduję się u pułkownika. „Obywatelu pułkowniku. Rodzina pozdrawia i dziękuje. Ja też bardzo panu dziękuję”. Spokojna odpowiedz pułkownika: „Tu macie karabin”.
Gdyby mnie złapano, to pułkownik mógł mieć nieprzyjemności. Nie mógłby się wyprzeć karabinu w swojej szafie. A jednak zaryzykował. Nie miał z tego nic, poza dobrym uczynkiem, który niech mu będzie zapisany w niebie. Chciałbym mu podziękować, ale po tylu latach nie pamiętam jego nazwiska.
Wszystkie opisane tu wydarzenia są prawdziwe. Nic nie zmyśliłem. Moja rodzina do dziś pamięta tę Wigilię stanu wojennego. A ja do dziś pamiętam, jak stałem przy koksowniku. Stałem, marzłem ja i koledzy, marzli także żołnierze służby zawodowej od majora do podoficera. Staliśmy tak solidarnie, choć nie można powiedzieć, że staliśmy z własnej woli. Nie zadawałem pytań ani im, ani sobie, po co było to stanie. Widocznie w wojsku tak musi być. Jedni każą stać, a drudzy stoją na mrozie. Może czekaliśmy na robotników z Żerania, którzy mieli przyjść piechotą i zdobyć przyczółek? A może zaatakować kotłownię kilofami? A może ukraść trochę wody z jeziora zamarzniętego na kość? Staliśmy tak i czekaliśmy przy moście nie wiadomo na co, a razem z nami czekało kilkaset tysięcy żołnierzy na innych mostach, stacjach kolejowych, lotniskach, tunelach, skrzyżowaniach, stacjach telewizyjnych, i zakładach pracy. Czekaliśmy na kogoś, kto nigdy nie przyszedł. Nikt nam nie powiedział, na kogo czekamy.
Wiele lat później zacząłem podejrzewać, że ten ktoś wtedy nie przyszedł właśnie dlatego, że myśmy na niego czekali.
Wojtek Skulski

Teraz, kiedy minęło tyle lat, mogę się przyznać co do roli jaką odegrałem w zaistnieniu stanu wojennego.
W latach 70. i 80. mieszkaliśmy na osiedlu na obrzeżach Warszawy. Ulica, przy której stał nasz blok, była szeroka, a jej środek zajmowało wzgórze usypane z ziemi którą wydobyto przy kopaniu fundamentów pod bloki – dzięki temu nie trzeba było płacić za jej wywiezienie. Górka służyła zimą do zjazdu na sankach, a w lecie właściwie do niczego.
Mieszkaliśmy już tam kilka lat, ale ani razu nie weszliśmy na górkę, jakoś nas tam nie ciągnęło. Jak byśmy mieli niejasne przeczucie, że taki postępek może wywołać nieprzewidziane skutki. Po raz pierwszy zrobiliśmy to zimą, w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Następnego dnia rano obudziliśmy się w stanie wojennym.
I jeszcze o skutkach.
Kto z nas nie cierpiał w stanie wojennym?
W naszym bloku mąż dozorczyni był hydraulikiem. Nie pracował, bo trudno było mu pogodzić picie i pracę, ale nieźle dorabiał na fuchach. Dzięki niemu w czasie zimy stulecia, kiedy Polska marzła, mieliśmy tak ciepło że otwieraliśmy okna, bo zdjął kryzy w kaloryferach, które ograniczały przepływ ciepłej wody.
Kiedy nastał stan wojenny, spotkaliśmy się przed blokiem i powiedział mi:
– No i co to się porobiło panie PIRS, pan nie ma benzyny a ja muszę chodzić do roboty.
Młodszym przybliżę te dolegliwości: władze wtedy nakazały wszystkim luzakom iść do pracy, a z benzyną były prawdziwe kłopoty.
Właściwie należą mi się chyba jakieś odszkodowania za te krzywdy?
Bardzo dobre!
Mała uwaga płynąca ze zboczenia zawodowego. W 1981 roku nie było już Armii Czerwonej 🙂
Michał Leszczyński popełnił ongiś książeczkę „Przygody dobrego wojaka fizyka”, świetnie się ją czyta.
Powoli zbiera się ciekawe archiwum 🙂 Jeszcze paru takich autorów jak Wy i będzie można mówić o źródłach 🙂
Wspaniałe opowiadanie – budzi tyle ciepłych wspomnień, choć grudzień był mroźny.
To historia o tym, że wszędzie są ludzie i jeżeli nie trafimy na prawdziwe kanalie, to można się dogadać. Wyobrażam sobie te Pańską wigilię rodzinną, bo i swoją ówczesną pamiętam, choć żyje już tylko jeden uczestnik – mój syn. To on obudził mnie rano 13 grudnia, bo nie było Teleranka…
*
Stan wojenny – jeden z najsmutnieszych epizodów historii po 1945 roku, ale celowo i świadomie przeprowadzony tak aby straty i krzywdy były jak najmniejsze. A tyle opowiadano o zbrodniczości Jaruzelskiego i Kiszczaka….
To koresponduje z artykułem Pana Łukaszewskiego, który słusznie obawia się ryzyka powtórki z historii.
A to dlatego Pan pytał o tego fizyka czy doświadczalny, PHOBOS, LUX, HSD ? skomplikowane, fizyka doświadczalna HTSC wydawała mi się kiedyś prostsza.
Sądzę, że ma Pan rację, mniej więcej wtedy na sąsiedniej ulicy parkował tzw. gazik, kiedy profesor fizyki teoretycznej tj. mój ojciec pracował w tzw. partii. Był kłopot, podobno sąsiadka mówiła wychodzącym gościom: towarzysz profesor teraz przodem a towarzysze przez ogród. Ja się bawiłem drukując na wałku, ojciec zostawiał na stole tzw. biuletyn SB, format pamiętam podobny. Potem on był przy Okrągłym Stole a ja kończyłem studia. Z dawnych rozmów pamiętam obawy – chyba nie staliście przy koksownikach żeby nie przyszli ci z fabryk.
Do Autora z innej beczki.
Wspomniał Pan w innym miejscu zasłużonego Autora takimi m.in. słowami „…ma w zasadzie jedną myśl do przekazania. Robi to bardzo sprawnie, i tym budzi moje uznanie.”
Zaintrygował mnie Pan tą jedna myślą. Chętnie bym poznał jak Pan definiuje tę „jedną myśl” ?
Jedna główna myśl, ze tzw. wszyscy szczują na Izrael. To może być prawda i Autor to wyczerpująco uzasadnia. Ale w jego artykułach jest pewna monotonia. Zadnych innych tematów? Zadnych wspomnień z długiego i pracowitego życia i z krajów, które odwiedzał? Ciekawych ludzi, których spotkał? Ciągle na jedno kopyto.
Dziękuję – faktycznie, otworzył mi pan oczy na temat, który jest najcześciej obecny w publikacjach tego autora. Do mnie to bardzo przemawia, bo ja jestem zaciekłym wrogiem wszelkiego antysemityzmu. Co do pozostałych rzeczy, to chyba świadomy wybór samego Pana K.
Ja tez cenie jego artykuły. Dlatego napisałem, ze budzi moje uznanie. Ale jeden raz wdałem się w polemikę, i było to doświadczenie dość traumatyczne. Więcej już tego nie zrobię.
Właśnie sztuka rozmowy jest dośc trudna. Część autorów wszelka polemikę czy dyskusje traktuje jako coś czemu musza dac odpór. Wtedy najłatwiej o anse. A przecież to samo mozna powiedzieć na różne sposoby.
Zamiast – jesteś głupi, wystarczy powiedzieć – mam inną opinię na ten temat. I nie obrazamy rozmówcy i sami nie wychodzimy na durniów!
13 grudnia 1981, popołudnie, Warszawa, przystanek autobusu, smutni ludzie, ogłoszenia o stanie wojennym czcionką znaną z drukowanych w ZSRR słowników, itd
Starsza pani: I co teraz będzie? wojna będzie?
Ja: Wojny to nie będzie, kto by się z kim bił?
Pani: No rzeczywiście, chyba że wojsko z milicją.
I opowieść radiowa. Wyłączono chyba wszystkie stacje radiowe z wyjątkiem Warszawy 1. I dzięki temu po raz pierwszy od lat można było w centralnej Polsce odbierać Wolną Europę na falach średnich (720 kHz?). Bowiem radiostacja, która WE zagłuszała nadając program drugi, też została wyłączona. Trwało to kilka dni.
W poniedziałek, 14 grudnia, z duszą na ramieniu idę jednak do pracy. W zakładzie wrze jak w ulu. 90% załogi zebrało się na hali fabrycznej nie wiedząc co robić. Przechodzę do przodu – z racji pełnionej funkcji, sekretarza zakładowej komisji NSZZ – i zaczynam zebranie. Dużo jest głosów optujących za strajkiem okupacyjnym jak rok temu w czerwcu. Uspakajam ludzi, wyjaśniam, że jest zima. Wystarczy, że ktoś odetnie prąd – i sami po dwóch dniach wyjdziemy. Na dodatek nie przyniesie to spodziewanego efektu – zakład bowiem leży na peryferiach Gdańska, dosłownie na przysłowiowym „zadupiu”. Kończy się na podjęciu decyzji o strajku „włoskim”. Wszyscy przychodzą do pracy, ale nic nie robią. Duża grupa ochotników kieruje się do „Stoczni Lenina” (taka przecież była jej nazwa) by wesprzeć stoczniowców.
We wtorek rano otrzymuję cynk, że jacyś ludzie pytają się o mnie. Wracam do domu pełen niepokoju. W nocy z wtorku na środę dzwonek do furtki. Wszyscy w domu struchleli. Nagle słychać tubalny głos dobrze mi znany – to nasz dzielnicowy – woła on – pani Kowalikowska, czy mąż już wrócił z Bydgoszczy? Szybko wskakuję w buty, kurtka na grzbiet i do ogrodu. Dzielnicowy prosi by go wpuścić do toalety. Oczywiście nie był sam. Towarzyszącym mu dwóm smutnym panom wyjaśnia – „mówiłem wam ku..a, że on ma rodzinę w Bydgoszczy i pojechał na święta!”. Wychodząc z ubikacji szepcze do żony – „niech mąż pod żadnym pozorem nie idzie do pracy”.
Nie pokazuję się w moim miejscu pracy ale zaraz z rana pędzę do lekarza zakładowego. Miła pani doktor (też nie pamiętam nazwiska) kieruje mnie do przychodni specjalistycznej, do kardiologa. Do skierowania dołączona jest karteczka. Kardiolog obejrzawszy papiery każe mi biegać po schodach – czuję się jak na filmie o więźniach ubecji – po czym robi mi EKG. Dostaję trzy miesiące zwolnienia.
Po powrocie od lekarz w domu czeka przyjaciółka z sąsiedniej ulicy i proponuje nocleg. Bojąc się, że mogą po mnie przyjechać godzę się. Dzień wygląda tak – rano moja żona wychodzi z domu na spotkanie z przyjaciółką. Lustracja ulicy i cynk, że mogę wracać do domu. Wieczorem podobnie, tylko w drugą stronę. Mieszkam w domku jednorodzinnym otoczonym z trzech stron przyjaznymi sąsiadami. Na te grudniowe dni oświadczyli, że w ciągu dnia nie zamykają furtek – jak z płotem sobie poradzisz, to potem już furtka i ulica.
Bywam więc w ciągu dnia w domu, wieczory i noc spędzam u przyjaciół. Nadchodzi Wigilia. Co czułem, tego nie da się opowiedzieć. Przy stole z żoną i trójką dzieci (najmłodszy nie miał jeszcze roczku), buty na nogach, kurtka na oparciu krzesła, uszy na baczność – jedzie coś ulicą, czy nie jedzie.
Nic nie przyjechało. Widocznie nie byłem zbyt ważnym wrogiem ustroju, może nie zależało władzy by mnie koniecznie zamknąć. Może wystarczyło im, że mnie przestraszyli i dzięki temu nie miał kto w zakładzie organizować oporu?
Może? Ale jedno jest pewne – dobrzy ludzie są wokół nas. Począwszy od lekarzy, sąsiadów, którzy ułatwiali ewentualną ucieczkę, poprzez przyjaciół oferujących nocleg, sekretarza zakładowego POP-u, który zapewnił mnie, że zebranie zakładowe on firmuje jako otwarte zebranie partyjne (PZPR-u przecież nie zdelegalizowano) – aż po zwykłego milicjanta, naszego dzielnicowego.
Skoro tak kombatancko sie zrobiło – a niech tam. W okresie karnawału wolności 1980 -1981 – byłem doradcą zarządu regionu Solidarności ds. samorządu pracowniczego. To była moja specjalizacja naukowa na uniwerasytecie ale i przedmiot zainteresowań. Wtedy jescze wierzyłem w tzw. trzecia drogę samorzadową, nie dlatego ze byłem naiwny. Wierzyłem, że ZSRR nie pozwoli na nic więcej niż w Jugosławii. W regionie w zespole d/s samorządu pracowniczego było nas kilka osób – nikogo nie internowano. Widocznie uznano, że jestesmy nieszkodliwymi maniakami samorządu. Ponadto olbrzymia ilość pracy z protestami pracowniczymi była tak duża, iż nie było czasu na inne działania np. polityczne. Ale tego, ze nie beda chcieli nas zamykać nie wiedzieliśmy wtedy. Dobrych kilka miesięcy nasłuchiwałem odgłosu kroków w echu mojej klatki schodowej i psychicznie byłem gotów do interny.
*
Inni koledzy z „S”, których internowano siedzieli w róznych więzieniach i celowo mieszano ich z więźniami kryminalnymi. To był zreszta błąd wladzy bo ci polityczni natychmiast prowadzili odczyty, wykłady i agitację polityczną. A siedzieli z zabójcami, gwałcicielami, złodziejami, malwersantami, oszustami, itp. ludźmi. Wszyscy ci więźniowie kryminalni pytani za co siedzą odpowiadali zgodnie – za komunę!.
Moja wiedza na temat granatów pochodzi z Czterech Pancernych i Psa. Stad wiem, ze granat ma zawleczkę. Wiem, ze jeśli zawleczkę wyciągnąć, to granat wybucha. Wydaje mi się, ze osoba bawiąca się granatem powinna wiedzieć, gdzie jest zawleczka, bo inaczej marnie skończy. A dalej, mi się wydaje, ze „S” bawiła się granatem, mówiąc w przenośni. To znaczy, „S” nie brała poważnie pod uwagę groźby interwencji. A przynajmniej zachowywała się tak, jakby miała jakieś gwarancje, ze interwencja nie była możliwa.
Minęło czterdzieści lat. Byl czas pomyśleć. Dlatego pytam, gdzie była ta zawleczka? Jak daleko „S” była od jej wyciągnięcia? Jakich działań „S” nie powinna była wtedy podejmować pod groźbą natychmiastowego wkroczu? I dlaczego? Jak daleko można się było wtedy posunąć, a jak daleko było już za daleko? Jaki był mechanizm, którego nie wolno było dotykać, i dlaczego? Gdzie przebiegały granice tolerancji Rosjan?
Pytam poważnie. Wtedy tak nie myśleliśmy, ale teraz już możemy. Czy czterdzieści lat wystarczyło dla postawienia tego pytania i dla sformułowania odpowiedzi?
Wie Pan to wszystko było chyba bardziej skomplikowane. W kierownictwie „S” scierały sie różne pomysły dalszego działania. Janusz Onyszkiewicz był członkiem tylko pewnej frakcji w Komisji Krajowej „S”. Być może stąd takie myslenie o przejmowaniu władzy. Inna rzecz, że ówczesne władze cechowała jakby świadoma niewporadność i bałaganiarstwo .i nie tylko Onyszkiewicz ale większość Polaków obawiała sie jak przetrwamy zime jak bedzi mroźna i śnieżna.
*
Ostatecznie związek jako całość podjął pewne kroki nie tyle wojenne co obronne przed władza. Ukryto cześc pieniedzy i dokumentów.
*
Dodatkowo władze przygotowując stan wojenny celowo robiły bałagan i propagande, ze 'S” zamierza przejmowac władzę. Ostatecznie nigdy nie przedstawikono na to dowódów. Nie było list proskrypcyjnych, nie znaleziono broni.
*
Nie wiem czy już czy jeszcze nie historycy zbadali tę sprawę. NIe interesowałem się tym po 1989 r.
To samo dotyczy pozostałych pytań, które Pan (słusznie) zadaje. ZAnim zaczniemy dyskutować o tym warto byłoby poznać stan wiedzy i oceny historyków.
Historia uczy, ze niczego nie uczy. Morawiecki jest podobno historykiem. Ja bym na niego nie czekał.
Zamiast historii trzeba się pytać zdrowego rozsądku. Ja to postuluję dlatego, ze decyzje trzeba podejmować w czasie rzeczywistym, a nie po czterdziestu latach. Jeśli będziemy czekać na ocenę historyków, to Rosjanie zdążą trzy razy wejść i wyjść, a my ciągle nie będziemy wiedzieć, dlaczego.
Jeśli 40 lat nie wystarczy do wyrobienia sobie jasnej opinii, to jakim cudem chcemy się pozbyć PiSu i zreperować kraj tu i teraz?
Morawiecki podobno skończył historię ale czy jest historykiem – bardzo watpię! Ja jestem z zawodu bankierem i jako zawodowiec stwierdzam także, iż jego kwalifikacje bankierskie sa mocno wątpliwe.
*
Czytam, że Pan postuluje dokoanie takiej oceny – to rozumiem. Nie rozumiem jednak co ma ta ocena racjonalności granic decyzji „S” w ówczesnej sytuacji geopolitycznej do sytuacji dzisiejszej. Przecież odmienność uwarunkowań jest zupełna!.
*
Cóż zatem ma jasna opinia o tamtej decyzji ma do odsuniecia PiSu i zreperowania kraju tu i teraz, jak Pan to ładnie ujął.
Umiejętność sformułowania jasnej opinii świadczy o kwalifikacja do jasnego myślenia i analizowania sytuacji. Kiedy się pytam o ten granat i zawleczkę, to chodzi mi o ocenę kwalifikacji analitycznych na przykładzie, który powinien być przemyślany już dawno temu. Jak dotąd chyba nigdy nie usłyszałem jasnej odpowiedzi.
Tutaj jest następne pytanie. Czy spotkanie „wielkiej trojki” Glemp-Jaruzelski-Walesa mogło zatrzymać bieg wypadków i nie dopuścić do stanu wojennego. Jeśli tak, to w jaki sposób? Jeśli nie, to dlaczego nie?
Pytanie chyba jasne. Jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by na nie odpowiedział w sposób jasny i przekonujący. A moim zdaniem można.
Żeby udzielić jasnej odpowiedzi i wydac opinie zgodną ze stanem faktycznym trzeba ten stan faktyczny znać. Moim zdaniem nie znamy stanu faktycznrego do końca. Dzisiaj, chyba na onecie był artykuł o badaniach rosyjskiego historyka, który twierdzi że na podstawie protokołów Biura POlitycznego KPZR oni nie chcieli interweniować w POlsce a Jaruzelski ich namawiał na interwencję. Sęk w tym, ze dostęp do tych archiwaliów nie jest powszechny. Rosjanie graja tymi informacjami bo im to potrzebne politycznie. Historycy IPN takze kantują.
*
Z moich wspomnień wynika, ze gdyby 13 grudnia 1981 roku nie było stanuwojennego postępowałaby anarchizachja zycia w kraju i mogłoby dojść do samoistniej wojny domowej bądź czegoś w rodzaju rewolty robotniczej przeciw władzy ale i innym grupom zawodowym.
*
Nadal jednak n ie odważyłbym się wydać opinii nie mając wszystkich danych i to wiarygodnych.
*
Spotkanie JAruzelski- WAłęsa-Glemp nie miało szans wpłynąć na ostateczną decyzję. KOściół podobnie jak JAruzelski chciał przywrócenia spokoju – rewolta była dla niego zbyt ryzykowna. Wałęsa nie miał sam mocy sprawczej w zwiazku choć rządził jednoosobowo.
*
Ale PAnie Wojtku – własnie podjął pan ciekawy i odrębny temat. Moze niech Pan spróbuje się zmierzyc z tym zagadnieniem?
Z tym stanem faktycznym i archiwami to Pan jest optymistą. Archiwa Rosjan i archiwa Kościoła mają wspólną cechę z redaktorem Gmyzem: co trzeba, to albo się cudownie znajdzie, albo zostanie wyprodukowane. A co nie trzeba, to się zgubi nie do odnalezienia. W tej sytuacji ja bym wierzył rozmaitym radzieckim generałom nie bardziej, niż Gmyzowi i Mędrcom Syjonu. Raczej bym liczył na zdrowy rozsadek.
Poza tym moje pytanie nie dotyczyło stanu faktycznego w sprawie interwencji, którego nigdy nie poznamy z powodów fundamentalnych. Alternatywny scenariusz się nie zrealizował. Wiec tego stanu faktycznego nie było i nie będzie. Ja się pytam nie o to, co myśleli Rosjanie, tylko o to, co myśleliśmy my. Jak myśmy wtedy oceniali i analizowali sytuacje? Jak ocenialiśmy ryzyko? Ile w nas było ostrożności i kalkulacji, a ile braku wyobraźni i zaślepienia? Onyszkiewicz pokazał to drugie, choć można go zrozumieć. „S” nie chciała przejmować władzy siłą i bronią, której nie miała. „S” chciała wziąć w swoje ręce organizację gospodarki i transportu. To było pełne dobrej woli. Ale ja się pytam o możliwe konsekwencje tej dobrej woli. Jak blisko było (albo jak daleko) do sprowokowania katastrofy działaniami skądinąd bardzo godnymi pochwały? Jaka jest ocena dzisiaj, oparta nie na archiwach, które są po prostu niewiarygodne, tylko oparta na takiej analizie, którą wtedy trzeba było na bieżąco przeprowadzać.
Jeżeli się nie nauczymy analizy w czasie rzeczywistym, opartej nie na pełnej wiedzy, tylko na rozsądnych założeniach, to się nie nauczymy wygrywać konfliktów i nie nauczymy się wykorzystywać okazji. Bo robić straceńcze powstania to potrafimy, ze ho, ho.
„Jak myśmy wtedy oceniali i analizowali sytuacje? Jak ocenialiśmy ryzyko? Ile w nas było ostrożności i kalkulacji, a ile braku wyobraźni i zaślepienia? Onyszkiewicz pokazał to drugie, choć można go zrozumieć. „S” nie chciała przejmować władzy siłą i bronią, której nie miała. „S” chciała wziąć w swoje ręce organizację gospodarki i transportu. To było pełne dobrej woli.”
*
To „my” to była wówczas „Solidarnośc” do której deklaratywnie nalezało ok. 10 mln ludzi i która była tak róznorodna jak przekrój naszego społeczeństwa. W imieniu tego ruchu wystepowała Komisja Krajowa, która była odzwierciedleniem Solidarności. W niej także ścierały sie wszelkie, możliwe nurty, poglądy, koncepcje. Od Jana Rulewskiego do Zbigniewa Bujaka. Od Władysława Frasyniuka do Andrzeja Słowika, od Andrzeja Celińskiego do Andrzeja Gwiazdy, od Tadeusza Jedynaka do KArola Modzelewskiego i osobno do LEcha Wałęsy. A to było tylko prezydium KK.
MOim zdaniem nie ma niczego takiego jak „my” i jak zbiorowa świadomośc. Prezydium KK było moim zdaniem przeciwne przemocy. Solidarnośc nie przekroczyła w 1981 roku Rubikonu dzięki czemu sojusznicy, nie zostali zmuszeni do interwencji.
A co myśleli pozostali członkowie KK i członkowie Ruchu można łatwo odpowiedzieć – byli tak róznorodni jak społeczeńśtwo. Z moich wspomnień wynika a spotkałem w tym czasie kilka tysiecy ludzi, że nikt nie chciał powtórki z jakigokolwiek powstania polskiego, w tym szczergólnie z Powstania Warszawskiego. Ale czy te kilka tysięcy było reprezentatywne dla 10 mln? NIe mam pojecia.
Panie Sławku: miałem nadzieję na szerszą dyskusję i dlatego postawiłem pytania zamiast przedstawić swoje przemyślenia. Ale niech będzie. Najpierw moja opinia na temat „spotkania trzech”. Jak Pan napisał, „Wałęsa nie miał sam mocy sprawczej.” To jest kluczowe zdanie. Sytuacja robiła się dramatyczna. Przy okrągłym stoliku spotkali się dwaj ludzie z mocą sprawczą, i jeden bez. Glemp i Jaruzelski mogli poczynić ustalenia, podjąć decyzje, i potem je wyegzekwować. A Wałęsa nie, bo on był wodzem pospolitego ruszenia, które go mogło w każdej chwili wyrzucić, gdyby jego obietnice się nie spodobały. Na pewno tak by się stało, i wszyscy to wiedzieli. Wiec to spotkanie nie mogło nic wiążąco zadecydować. W tej sytuacji trzeba było tego niesterowalnego partnera zneutralizować, co tez niedługo później zostało wykonane. Od tego momentu ustalenia były czynione pomiędzy dwoma pozostałymi partnerami, którzy mieli moc sprawczą w swoich decyzjach. W tym rozważaniu istotne jest nie tylko „nie”, ale także odpowiedz na pytanie „dlaczego nie”. To nie była niczyja zła wola. To był mechanizm.
Można także opisać dalsze szczegóły tego mechanizmu. Dlaczego pospolite ruszenie działało w taki sposób? „S” można porównać do firmy, która dostarczała towar klientom. Tym towarem były rewindykacje, zdobywane na przeciwniku w drodze wymuszania ustępstw. Przeciwnikiem byli „czerwoni”, czyli władza, której znaczna część społeczeństwa miała dość, i którą by chętnie zmieniła. (To samo w sobie nic nadzwyczajnego w dowolnym kraju, a już zwłaszcza wtedy w Polsce, gdzie zasadnicza zmiana władzy należała się od dawna.) Rewindykacje były rozmaite, materialne i nie tylko. Wolność słowa i druku to tez była rewindykacja. Firma wywierała na przeciwnika rozmaite naciski, groźby, i szantaże, a przeciwnik ustępował. Wynikiem ustępstw były coraz to nowe rewindykacje, dostarczane spragnionym klientom w miarę ich potrzeb wyrażanych w masowych protestach.
Zwracam uwagę, ze w tym ujęciu firma to nie była bynajmniej cala „S”, ale raczej jej aktyw (gremia kierownicze i czynni działacze). Natomiast 10 milionów członków to byli klienci spragnieni towaru. Towarem były kolejne zwycięstwa prowadzące do następnych zwycięstw. I tu chce powiedzieć ważną rzecz: w ten mechanizm była wpisana auto-eskalacja prowadząca do auto-destrukcji. Ta auto-destrukcja to nie była niczyja zła wola. To był całkiem naturalny, ale jednak dość piekielny mechanizm.
Wyobraźmy sobie lidera związkowego, który właśnie doprowadził do kolejnego zwycięstwa i do kolejnego ustępstwa czerwonej władzy. Czyli wyprodukował kolejną porcję towaru i dostarczył klientowi. Sukces! Jest naturalne, ze w nagrodę on awansuje, formalnie albo nieformalnie. Staje się doceniony i ważniejszy. Co robią jego koledzy i konkurenci w firmie? Tez chcą sukcesu i tez chcą awansować. W tym celu biorą się za produkcję kolejnej porcji towaru, stosując dostępne narzędzia produkcyjne. Czyli organizują kolejne strajki i protesty. Jeśli osiągają sukces, to cykl się powtarza. Ten mechanizm nie miał żadnego hamulca. W zasadzie, hamulcem powinien być zdrowy rozsadek mówiący, ze każda krowa ma ograniczoną pojemność i nie można wydoić krowy do sucha. Ale na to był argument, ze „oni ukrywają”. To była wiara, na którą nie było lekarstwa. Braki towarów na rynku były traktowane jako niezbite dowody, ze władza ukrywa. Inne punkty widzenia były przyjmowane jako dowody zdrady, a zdrajcy won. Chcesz być z nami, musisz rewindykować coraz mocniej i coraz skuteczniej.
Ja nie twierdze, ze wszyscy tak myśleli. Ale tak myślała na tyle znacząca większość klientów i działaczy, aby ten mechanizm się kręcił. A ponieważ kręcił się coraz bardziej jałowo, to powstała potrzeba jakiegoś nowego towaru. Jak to w firmie – brak innowacji prowadzi do zastoju. Innowacja polegała na nowym produkcie, którym miała się stać Wielka Rewindykacja planowana na grudzień 1981. Wielki strajk, marsze gwiaździste, itp. Ten nowy produkt miał rozwiązać dwa problemy. Po pierwsze, miały się pojawić towary ukryte przez władzę, a po drugie, sama władza miała zniknąć, czy tez być zastąpiona przez „S” i jej działaczy. W zasadzie logiczne. Tak działa demokracja. Jedna władza jest zastępowana przez inną, aby rozwiązać nierozwiązane problemy. Czy problemy da się rzeczywiście rozwiązać, to już inna sprawa. Nadzieja jest taka, ze jak najbardziej.
Problem oczywiście polegał na tym, ze oprócz lokalnej polskiej władzy byli jeszcze Rosjanie. W suwerennym kraju nie ma takich problemów. Myśmy wszyscy chcieli ten problem zignorować. To będzie osnowa następnego komentarza, na temat granatu i zawleczki. Ten komentarz chciałem zakończyć stwierdzeniem, ze w zasadzie nie było zlej woli. Były za to mechanizmy. To mechanizmy doprowadziły do katastrofy. Oczywiście byli agenci SB, byli idioci, byli zajadli patrioci, i tak dalej. Ale nie oni doprowadzili do zapaści „S” i kraju. Do tej zapaści doprowadził mechanizm popytu i podaży towaru, którym była rewindykacja, oraz normalna ludzka skłonność do awansu i kariery.
Uzupełniając, możliwy mechanizm to także szukanie dróg do zapewnienia rozwoju zdając sobie sprawę, że jego podstawą powinny stać się systemowe przemiany gospodarcze. Pomijam pozycję im gorzej tym lepiej jako co najmniej społecznie nieetyczną, chyba także obecną. Czy można było w 1981-1982 konstruować rządy maksymalizujące efektywność zmian, być może, lecz nie sposób założyć, że rozważamy społeczny układ zupełny czyli nie sposób tylko w nim opisać termodynamiki zmian jakimś równaniem stanu. Po 1983 roku minęło bowiem aż pięć lat, a w zasadzie sześć kiedy zmiany dopiero zaczęły nabierać tempa: w 1989 w czasie rządów Rakowskiego, i oczywiście rządów Mazowieckiego i Bieleckiego w postaci planu Balcerowicza.
Jednocześnie, w końcu 1989 wschodni Niemcy przekroczyli swoją zachodnią granicę i padł mur berliński.
Zgodność czasowa ze zmianami wyznaczanymi polityką zagraniczną Gorbaczowa jest więc widoczna i wydaje się oczywista. Nazwijmy to doświadczalnym punktem widzenia, który wyznaczy naiwność hipotezy zerowej tj. założenia pozytywnej konsekwencji marszów gwiaździstych etc. roku 1981. Być może można by nawet próbować konstruować jakiś wskaźnik dla korelacji pochodnej, tj. szybkości zmian w regionie Europy środkowej i wschodniej w latach 1980 – 1990.
Panie Wojtku. Komentarz interesujący i ciekawa analiza. Chętnie przeczytam ciąg dalszy i wnioski jakie Pan wyciągnął z analizy tamtej sytuacji.
*
Tytułem uzupełnienia do Pańskiej logiki rozumowania dodam dwa drobne elementy, nie zmieniające wymowy Pańskiej analizy.
Pierwszy – przed powstaneim „S” w 1980 roku system był zamkniety i „S” była pierwszym, niezależnym od władzy elementem systemu, który go „rozsadzał”,
Drugi – wprowadzenie stanu wojennego było, owszem porażką „S”, ale także znacznie przyspieszyło rozkład i upadek systemu komunistycznego. Kiedy Jaruzelski zdecydował sie na Okragły Stół „S” była za słaba nawet na drobną rewoltę. Z kolei władza, bez Okrągłego Stołu, zostałaby zmieciona przez kryzys gospodarczy, który sama wywołała, w efekcie skumulowanych dzialań i nawarstwienia się skutków nieefektywności systemu 1970-1988.Schyłkowa reforma Rakowskiego i Wilczka, która miała uratowac system została przeprowadzona w dobrej wierze przez amatorów i otworzyła puszkę pandory. Uwolniono takie demony, które potem musiały byc do puszki z powrotem wpychane przez nowy układ polityczny….
Panie Sławku: to będzie druga część mojej analizy. Stawiam tezę, ze strajk zapowiedziany na grudzień (bodaj 17-go) byłby zapalnikiem interwencji, która nastąpiłaby po około tygodniu po rozpoczęciu takowego. Ten tydzień byłby potrzebny Rosjanom dla zorientowania się, czy strajk upadł, czy jednak się rozwija. Po czym nastąpiłby wkrocz i brutalna masakra na wzór Budapesztu 1956. Bezpośrednią przyczyną byłyby wydarzenia w Polsce, ofiarą byłoby polskie społeczeństwo, ale adresatem interwencji nie byłaby Polska, tylko Niemcy i inne kraje bloku. Interwencja byłaby sygnałem wysłanym do społeczeństw bloku, ze samostanowienie nie będzie tolerowane. Bo gdyby Rosjanie tego nie zrobili, to inne społeczeństwa by odczytały brak rosyjskiej reakcji jako sygnał, ze im tez wolno zrobić to, co zrobili Polacy. To by spowodowało taką samą kaskadę, jaka nastąpiła osiem lat później. No, bo nie czarujmy się: blok wschodni był pozszywany bagnetami Armii Czerwonej. Nie było to spoiwo ani trwale, ani mile widziane przez społeczeństwa bloku, i wszyscy o tym świetnie wiedzieli, łącznie z Rosjanami.
Zaślepienie „S” polegało na tym, ze „S” uznawała scenariusz interwencji za wykluczony. Ja ten nastrój pamiętam a także go rozumiem. Tak właśnie zaczyna się typowa katastrofa i duża, i mała. Tak właśnie przebiegała katastrofa w Smoleńsku, gdzie piloci uznali, ze złe się na pewno nie wydarzy, wiec pozostaje skupić się na szczegółach. W 1981 tez tak było. Kierownictwo „S” skupiało się na technicznych szczegółach walki z czerwonymi. Zupełnie im do głowy nie przyszło, ze właśnie publicznie stawiają Rosjanom zasadnicze pytania: „Ile są dla was warte zdobycze II Wojny Światowej? Czy są warte kilka, albo kilkadziesiąt tysięcy rozstrzelanych Polaków? Tak czy nie?” Gdyby takie pytanie padło wprost, to „S” by się zastanowiła. Ale ono zostało postawione w domyśle. Na tym właśnie polegał brak wyobraźni. Kierownictwo uznało, ze Związek jest tak potężny (10 milionów!), ze nic złego się nie wydarzy. Ani w kraju, ani międzynarodowo. Czołgi? Jakie czołgi? (Tu się włącza cały typowy polski repertuar: karabiny na sznurkach, kolos na glinianych nogach, i tak dalej w tym stylu. Co jak co, ale pogardzać Rosjanami to my potrafimy.)
Społeczeństwo się bało. Tzw. zwykli ludzie chyba lepiej rozumieli, co się może wydarzyć. Miedzy innymi dlatego wprowadzenie stanu wojennego zostało przyjęte z pewną ulga i nie było jednak bardzo masowych protestów. (Inną przyczyną była oczywiście znakomicie przygotowana oprawa i demonstracja siły.) We wspomnieniach spotkałem zdania aresztowanych, którzy z ulga przyjmowali, ze aresztujący jednak mówili po polsku. Wiec ludzie spoza kierownictwa „S” mieli świadomość grozy ewentualnej interwencji. Natomiast kierownictwo było skupione na prowadzeniu samolotu, ze tak powiem, nie bardzo sobie zadając pytanie, czy na kursie nie stoją czołgi Rosjan. Bo w swoje jakoś nikt za bardzo nie wierzył. Takie skupienie się na szczegółach przy stracie całości z pola widzenia jest podobno świetnie znane psychologom. To był istotny element wyjaśnienia katastrofy w Smoleńsku.
Zaprzeczanie możliwości interwencji jest obecne w dalszym ciągu. Zeby nie być gołosłownym, w ciągu ostatnich paru dni wdałem się w dyskusje z Adamem Szostkiewiczem na jego blogu. On od lat utrzymuje, ze żadnej interwencji być nie mogło, zaś mówienie o interwencji było tylko i wyłącznie elementem szeptanej propagandy czerwonych. (Jego słowa.) Nie chce streszczać całej wymiany, bo można przeczytać samemu. Natomiast chce powiedzieć, ze pan A.S mnie zdumiewa, bo to jest niezwykle miły, inteligentny, i prawy człowiek. Ale w tej jednej sprawie nie dopuszcza nawet cienia wątpliwości. Skoro on nie dopuszcza, to chyba nie jest odosobniony. W ten właśnie sposób rodzą się katastrofy.
Panie Wojtku. Zgadzam się z Panem, bo opisuje Pan dwie cechy naszych indywidualnych a i zborowych zachowań – bylejakość oraz towarzyszącą jej niefrasobliwość w stylu „jakoś to będzie”. To zdaje się przyczyna wielu klęsk i katastrof w historii Polski, z katastrofą smoleńską włącznie. (NIektóre z tych cech dzielimy z inymi nacjami: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.” Jaroslav Haśek Przygody dobrego wojaka szwejka.)
*
Cieszmy się, że bylejakość i niefrasobliwość nie zwycięzyły wtedy nad zdrowym rozsądkiejm Jaruzelskiego.
*
Ja też lubię red. Szostkiewicza, ale to nie znaczy iźbym miał we wszystkim się z nim zgadzać.
Nikt poza Kornelem, najbardziej niechlubną postacią lat 80. Podburzał nastroje w stanie wojennym we Wrocławiu do granic wytrzymałości. Na szczęście NSZZ Solidarność udało się nastroje wytonować.
Mój ojciec był profesorem na Wydziale Farmacji Akademii Medycznej w Warszawie. Opowiadał, ze w piątek 11-go grudnia uczelniana „S” zorganizowała spotkanie z Januszem Onyszkiewiczem. JO przyszedł i oświadczył, ze Komisja Krajowa musi przejąć władzę w kraju, bo nic nie działa, idzie zima, i ktoś musi rządzić. Ojciec zapytał, czy to nie jest niedocenianie przeciwnika. Na to JO: panie profesorze, komuna się rozsypała, władza leży na ulicy, teraz trzeba to zrobić, bo to jest okazja i już. Ojciec zapytał, co będzie, jeśli władza użyje siły. Ależ panie profesorze, jesteśmy przygotowani i zorganizowani, mamy zapasy żywności w zakładach pracy, jeśli władza użyje siły, to się zamkniemy i będziemy strajkować, aż władza upadnie. (Potem zrobimy wolne wybory, itd, itp.) Pożegnał się i pojechał. Dzień później był w internacie.
Za przejmowanie władzy całkiem serio wzięli się ludzie nie mający ani jednego przedstawicielstwa dyplomatycznego w Moskwie ani żadnej innej stolicy na świecie. Żadnych kontaktów dyplomatycznych z nikim liczącym się w polityce światowej. Zadnych sil zbrojnych ani paramilitarnych w kraju, w którym oprócz LWP stacjonowało 200 tysięcy radzieckich żołnierzy. Żadnego rozeznania ani poza kulisami Układu Warszawskiego, ani NATO. To się nazywa „mierzymy siły na zamiary”. Koniec tej inicjatywy był szybki i widowiskowy. A jaki miał być? Gremium kierownicze dało się złapać w komplecie. Nie było nikogo, kto by wezwał do boju i zdobył zaufanie jako wódz po tym, gdy wszyscy wodzowie dali się złapać. Cale szczęście, ze osoby myślące tak, jak Onyszkiewicz, dostały czas na zastanowienie się w spokoju przez kilka miesięcy. Późniejsze wydarzenia pokazały, ze czas na ochłonięcie był potrzebny i przyniósł dobre wyniki.