25.12.2021
1. Ho, ho, ho, drogie dzieci!
Byłyście grzeczne?
Był u was święty M.?
D.O. mory pogryzają na myśl, że ten tłuściutki, po gejowsku ubrany staruszek, najwięcej fantów przyniósł członkom szajki. Jednak D.O. ma dla szajki radę; dobrą, bo to są takie święta, w które wszyscy powinni być dobrzy, poza ludźmi w polskich mundurach, którzy mają być źli, ale oni przecież „tylko wykonują rozkazy” szajki (czego im prawo expressis verbis zabrania).
Dobra rada brzmi: nie przywiązujcie się do tych fantów od świętego M., vulgo Świrek Żoliborski, bo niedługo będziecie musieli je oddać. Byliście niegrzeczni, na prezenty nie zasłużyliście, a Świrek pozwolił je wam ukraść. Więc niech was kradzione nie utuczy, bo im bardziej was fanty Polaków utuczą, tym dłużej trzeba będzie odsiedzieć. A jak zwrócicie, to sądy zmniejszą wam karę za okazaną skruchę.
2. D.O. też się musi przyznać do kradzieży i nie wie, czy ta kradzież w zbożnym celu zostanie mu odpuszczona, ale zaryzykuje, jak Robin Hood. Ukradł wyjątkowy wywiad Paolo Rodariego z papieżem i ukradkiem go przetłumaczył na polski. Nie mówcie nikomu. Zrobił tak, żeby Polacy nie znający włoskiego i nie mających dostępu do treści zarezerwowanych dla subskrybentów dziennika ‘la Repubblica’, mogli się czegoś dowiedzieć o człowieku, którego 1 miliard 200 milionów katolików uważa za następcę piotrowego i namiestnika Chrystusa na ziemi.
No, może 1,199 miliarda, bo milion członków różnych bardzo religijnych szajek go za takiego nie ma. I jeszcze minus trochę tych, którzy w zaciekłości swojej nie chcą, wbrew oczywistości, dostrzec niczego pozytywnego w działalności synów Kościoła. I niechcący przyłączają się w krytyce tego papieża do najbardziej odjechanych prawicowych fanatyków.
Ale, co tam, niech im wszystkim na zdrowie wyjdzie. Z pozdrowieniami od Rabina Hooda formerly knew as D.O.
3. Nb. D.O. serdecznie kibicuje unijnej inicjatywie „Robin Food” (https://www.eitfood.eu/projects/robin–food). Oto ich manifest: „Pandemia ujawniła ogromne ilości resztek, takich jak warzywa i świeże owoce, co przysparza rolnikom trudności. Jednocześnie coraz więcej osób nie ma wystarczających środków na wyżywienie siebie i swoich rodzin z powodu szoku ekonomicznego i rosnącego bezrobocia spowodowanego kryzysem COVID–19. Robin Food tchnie nowe życie w te resztki, przekształcając je w nowe produkty spożywcze, np. zupę pomidorową. Produkty spożywcze zostaną wprowadzone na rynek w Hiszpanii, Holandii i Belgii, koncentrując się na udostępnieniu ich szczególnie słabszym grupom społecznym”.
Ojoj, chyba D.O. się komunizuje troszeczkę… Pewnie to atmosfera Świąt.
https://www.repubblica.it/…/papa_francesco_quel…/…

4. Paolo Rodari
Wywiad z papieżem: „Moje Boże Narodzenie i cappelletti babci Marii”.
Jorge Mario Bergoglio przyjmuje mnie na rozmowę przedświąteczną w Casa Santa Marta. Opowiada o znaczeniu dzisiejszych Świąt Bożego Narodzenia, o ubogich, zepchniętych na margines i o tym, jak wyglądały święta, kiedy był dzieckiem.
– Co Wasza Świątobliwość pamięta z Bożego Narodzenia w Argentynie?
– Czasami szliśmy wieczorem do ciotki, bo w Buenos Aires i w naszej rodzinie nie było wtedy zwyczaju, żeby obchodzić Wigilię tak jak dzisiaj. Świętowało się 25 rano, zawsze u dziadków. Pamiętam kiedyś ciekawą rzecz: przyjechaliśmy i moja babcia wciąż robiła cappelletti [to samo, co tortellini], robiła je ręcznie. Robiła ich 400! Byliśmy zdumieni! Była tam cała nasza rodzina: przyjechali też wujkowie i kuzyni. Dopiero jako nastolatek zacząłem trochę świętować nawet w Wigilię, w domu siostry mojej matki, która mieszkała niedaleko.
– A jak dziś Wasza świątobliwość spędza Święta Bożego Narodzenia?
– Dobrze się przygotowuję, bo Boże Narodzenie to zawsze niespodzianka. To Pan przychodzi do nas, a ja przeżywam to przybycie z mistyką Adwentu: trochę poczekać i przygotować się na spotkanie z Bogiem, który wszystko odnawia na dobro. A poza tym bardzo lubię kolędy, są tak pełne poezji. „Cicha Noc”, „Tu scendi dalle stelle” [włoska kolęda z XVIII wieku]… przekazują pokój, nadzieję, tworzą atmosferę radości dla Syna Bożego, który narodził się na ziemi tak jak my, dla nas.
– O kim szczególnie Wasza Świątobliwość myśli w te święta?
– Zawsze o biednych. Jak Jezus, który urodził się biedny: Maryja była w tym dniu kobietą na drodze, nie miała odpowiedniego miejsca na poród. A potem myślę o wszystkich zapomnianych, opuszczonych, ostatnich, a w szczególności maltretowanych i zniewolonych dzieciach. Płaczę i gniewam, gdy słyszę historie o wykorzystywanych dorosłych i dzieciach. A potem myślę o chorych dzieciach, które spędzą Święta Bożego Narodzenia w szpitalu, nie ma słów, możemy tylko czepiać się wiary, Boga i pytać: „Dlaczego?”. A rodzice, którzy mają dzieci poza szpitalem, niech nie zapominają, jakie mają szczęście, przytulcie je mocno i poświęćcie im więcej czasu. Chciałbym też wyrazić kilka słów podziwu dla pracy, jaką personel medyczny każdego szpitala i oddziału pediatrycznego wykonuje w łagodzeniu cierpienia tych najmłodszych. W Bambin Gesù [rzymski, katolicki szpital dziecięcy] jest lekarz, który jest szefem: zna nazwisko każdego z tych bardzo małych pacjentów. To jest niezwykłe. Często nie zdajemy sobie sprawy z wielkości codziennej pracy tych lekarzy, pielęgniarek i pracowników służby zdrowia, a wszyscy musimy być wdzięczni każdemu z nich.
– Kilka dni temu Wasza Świątobliwość skończył 85 lat…
– Myli się pan, skończyłem 75! (śmiech).
– A jak obchodził Wasza Świątobliwość urodziny jako dziecko?
– Miałem w domu pięcioro rodzeństwa. Oprócz mnie Marta Regina, Alberto Horacio, Oscar Adrian i Maria Elena. Urodziny zawsze były świętem dla całej rodziny. Przyjeżdżali dziadkowie i wujkowie… Mama zrobiła do picia czekoladę, bardzo gęstą.
– Jakie były zabawy w dzieciństwie Waszej Świątobliwości?
– W pobliżu naszego domu był mały placyk. Schodziły się trzy drogi i utworzyły rodzaj trójkąta. To było nasze boisko do piłki nożnej. Bawili się tam wszyscy chłopcy z sąsiedztwa, czasem nawet przychodziły dziewczyny. Nie zawsze był ktoś, kto miał skórzaną piłkę, więc bawiliśmy się kłębkiem szmat, czyli „pelota de trapo”. W Argentynie szmacianka stała się kulturowym symbolem tamtej epoki, do tego stopnia, że popularny poeta napisał wiersz zwany „Szmacianka”, a jest też film tak zatytułowany, który pokazuje tę kulturę.
– Dobrze Wasza Świątobliwość grał w piłkę nożną?
– Nazywali mnie „pata dura”, dosłownie „twardą nogą”: dali mi ten przydomek, ponieważ nie byłem zbyt dobry. Potem znalazłem się na bramce, gdzie dawałem sobie radę. Bycie bramkarzem było dla mnie świetną szkołą życia. Bramkarz musi być gotowy do reagowania na niebezpieczeństwa, które mogą nadejść ze wszystkich stron.
– Czy były jakieś inne sporty?
– Grałem też w koszykówkę, podobało mi się to, ponieważ mój tata był kolumną drużyny koszykarskiej San Lorenzo.
– Czy Wasza Świątobliwość czytał jako dziecko? Jakie książki?
– Moi rodzice zadbali, byśmy czytali. Pamiętam, jak ukazała się seria dwudziestu tomów „Skarby młodości”. Przeczytaliśmy to razem po południu. W domu nadal nie mieliśmy telewizora. Kilka razy po obiedzie tata czytał nam na głos. Bardzo dobrze pamiętam, że przeczytał nam wszystkie opowiadania z „Serca” Edmondo De Amicisa i do dziś pamiętam historię „Krew romańska”, która tak bardzo mnie wtedy uderzyła.
– Jaki ślad pozostawiły Waszej Świątobliwości te i inne lektury z dzieciństwa i młodości?
– Wśród pierwszych książek, które przeczytałem jako młody człowiek, był „Don Segundo Sombra” Ricarda Güiraldesa; następnie powieści Jorge Luisa Borgesa i Fiodora Dostojewskiego oraz wiersze Friedricha Hölderlina. Te ostatnie mnie uwiodły. A potem, w młodości, przeczytałem „Zielone lata” Archibalda Josepha Cronina: w końcu podjąłem je ponownie w wersji włoskiej i pomogło mi to, gdy byłem w seminarium, aby odświeżyć pański język. Te lektury były skarbem mojego dzieciństwa i młodości, ponieważ przekazywały mi silne, niezatarte emocje, podobnie jak te, które czytał nam mój ojciec, począwszy od książki „Serce”: pamiętam, że ja i moi bracia często płakaliśmy, gdy jej słuchaliśmy … „Serce” było częścią naszego kształcenia i pozostaje dla mnie niezapomnianą książką. Babcia przeczytała nam kilka rozdziałów „Narzeczonych” [Alessandro Manzoniego], a także pomogła nam uczyć się ich na pamięć. Niedawno wróciłem do nich, ponieważ za każdym razem, gdy je otwierasz, znajdujesz w nich coś nowego. Mój ojciec często recytował z pamięci „Narzeczonych”, a potem nam to wyjaśniał.
– Ojciec Waszej Świątobliwości był namiętnym czytelnikiem?
– Tak, dużo czytał. Miał dużą bibliotekę i stał się człowiekiem wykształconym. Dantego również recytował z pamięci. Od niego usłyszałem po raz pierwszy te wersety: „Dziewico Matko, córko Twojego syna, pokorna i wzniosła ponad stworzenie, krynico wiecznej rady, jesteś tą, która naturę ludzką uszlachetniła tak, że twój twórca nie zawahał się zrobić z siebie twój twór”. A potem trzecia pieśń piekła: „Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie”. Ciężko pracował, aby dać nam jedzenie, a także stał się pełen wiedzy. W soboty radio transmitowało opery, a mama, słuchając, opowiadała nam o nich. Zabierała nas też do teatru, pamiętam, że widzieliśmy tenora Tito Schipę [słynny włoski tenor] w Teatro Colón.
– Jaką dzisiaj książkę poleciłaby Wasza Świątobliwość dzieciom?
– Nie polecałbym konkretnych tekstów. Każdy musi mieć własne zainteresowania. Bardziej niż książkę, polecam lekturę. Bo istnieje niebezpieczeństwo, że telewizja napełni cię przekazami, które potem w tobie nie pozostaną, a czytanie to coś innego, to dialog z samą książką, to chwila intymności, której ani telewizor, ani tablet nie mogą dać.
– Jak wyglądał posiłek w domu Bergoglio?
– Było nas przy stole pięcioro rodzeństwa. Rozmawialiśmy o wszystkim. Często czerpiąc inspirację z [gazety] „La Nación”, która była obecna na co dzień w naszym domu.
– Jako papież ma Wasza Świątobliwość tysiące codziennych zadań. Ale co jakiś czas zdarzają jej się chwile, w których czuje lekką melancholię, nostalgię za młodością?
– Kiedy wspominam dobre rzeczy. Konkretne i wyjątkowe chwile. Na przykład konkretne urodziny: kiedy skończyłem 16 lat. W Argentynie szorty były noszone ze skarpetami do kolan. Ale w wieku 16 lat obrzędem było rozpoczęcie noszenia męskich, długich spodni. W tamtym czasie było to jak wejście do społeczeństwa. „Ma yarda!” (po piemoncku oznacza to „No popatrz”!) ludzie mówili, zdumieni i zadowoleni, gdy zobaczyli mnie w długich spodniach po tym, jak poszedłem je kupić z mamą i tatą. Pamiętam, że w te urodziny moja babcia ze strony matki, Maria… pokażę ją na zdjęciu, bo ta babcia była matroną (uśmiecha się, wstaje i idzie pokazać zdjęcie dziadków). Babcia przyszła do mojego domu, odwołała mnie na bok i dała mi trochę pieniędzy jako prezent urodzinowy. Potem popatrzyła na długie spodnie i zaczęła płakać wzruszona.
– A babcia Rosa?
– Była bardziej powściągliwa. Babcia Maria została migrantką z rodziną, kiedy miała 13 lat: od razu rozpoczęła pracę w domu francuskim, gdzie opiekowała się dziećmi i tam nauczyła się języka. A potem śpiewała nam, wnukom, wiele francuskich piosenek. A babcia Rosa niewiele mówiła, dużo się wycierpiała, ale wszystko rozumiała. Pierwszym dziadkiem, którego straciłem, był tata mojej matki, Francisco, kiedy miałam 16 lat. Dziadek Giovanni Angelo odszedł, gdy miałem lat 25. A potem babcie, kiedy byłem już przełożonym prowincjalnym jezuitów argentyńskich (w latach 1973–1978). Tęsknię za moimi dziadkami i wspomnieniami z nimi. Ale melancholia mnie nie bierze.
– Dlaczego, jak Wasza Świątobliwość myśli?
– Być może ze względu na moje osobiste ukształtowanie, nie pozwalam sobie na nią. A może trochę dlatego, że odziedziczyłam charakter mojej mamy, która zawsze patrzyła w przyszłość.
– Czy Wasza Świątobliwość tęskni za jakąś inną osobą, której już nie ma?
– Myślę przede wszystkim o moich trojgu zmarłych braciach i siostrach. Mam jeszcze tylko jedną siostrę, Marię Elenę. Ale ich i wszystkich moich przyjaciół pamiętam pogodnie, bo wyobrażam ich sobie w pokoju.
– Jak się Wasza Świątobliwość czuje pięć miesięcy po operacji w Poliklinice Gemelli?
– Dzięki Bogu, wszystko w porządku. Tylko trochę utykam, bo blizna po operacji się goi, już nie jestem dzieckiem, ale nic mi nie jest. Po operacji w lipcu odbyłem już dwie międzynarodowe podróże apostolskie: we wrześniu do Budapesztu i na Słowację oraz na Cypr i do Grecji w grudniu, wracając do obozu dla uchodźców na Lesbos, gdzie dotknęliśmy plagi ludzkości; a potem pojechałem do Asyżu. I będę nadal podróżował, jeśli Pan zechce, w 2022 roku.
– Czy Wasza Świątobliwość zmieniła swoje nawyki?
– Nic się nie zmieniło w moich zwyczajach: zawsze wstaję o 4 rano i od razu zaczynam się modlić. A potem naprzód z różnymi zobowiązaniami i spotkaniami. Pozwalam sobie tylko na krótką sjestę po obiedzie.
– Świat powoli próbuje wydostać się z pandemii, ale konflikty i podziały wciąż trwają w kolejnych miejscach. Jak Wasza świątobliwość widzi przyszłość ludzkości?
– Przyszłość świata będzie jasna, jeśli będzie budowana wspólnie i, tam, gdzie to konieczne, odbudowywana. Tylko prawdziwe i konkretne powszechne braterstwo zbawi nas i pozwoli nam żyć lepiej. Oznacza to jednak, że społeczność międzynarodowa, Kościół, poczynając od Papieża, instytucje, ci, którzy mają obowiązki polityczne i społeczne, a także każdy obywatel, zwłaszcza w krajach najbogatszych, nie mogą i nie powinni zapominać o najsłabszych, o najbardziej niestabilnych i bezbronnych regionach o ofiarach obojętności i egoizmu.
Tutaj modlę się do Boga, aby te Święta Bożego Narodzenia przeniosły na Ziemię więcej hojności i solidarności. Ale prawdziwych, praktycznych i stałych, nie tylko w słowach. Mam nadzieję, że Święta Bożego Narodzenia rozgrzeją serca cierpiących, a nasze otworzą i wzmocnią, aby zapłonęły pragnieniem niesienia większej pomocy potrzebującym.
5. No to jeszcze słowa, które papież Franciszek wypowiedział podczas przedświątecznego spotkania z członkami Kurii Rzymskiej: że tajemnicę Bożego Narodzenia najlepiej oddaje słowo „pokora”. … „Nasz czas, zdaje się, zapomniał o pokorze i, zdaje się, po prostu zredukował ją do formy moralizmu, wypróżniając ją z przemożnej siły, która ją cechuje”.

Pokora? W polskim Kościele?
6. Podczas Pasterki, jak w ub. r. odprawianej w Watykanie o 19.30, w obecności ok. 1500 osób – wszystkie z pełnymi paszportami covidowymi, papież mówi: „Uznajcie, że orędzie Bożego Narodzenia »nie jeździ na wielkości, ale zstępuje w małość« Boskiego Dzieciątka, które przychodzi na świat. I dlatego „obejmijcie Jezusa w dzisiejszych maluczkich”, najmniejszych, ubogich, odkładając na bok pogardę i obojętność”.
„Bóg się objawia, ale ludzie Go nie rozumieją. Staje się mały w oczach świata, a my nadal szukamy wielkości, może nawet w Jego imieniu. Bóg się pomniejsza, a my chcemy wstąpić na piedestał. Najwyższy wskazuje pokorę, a my stawiamy na pozory. Bóg szuka pasterzy, niewidzialnych; my szukamy widzialności. Jezus rodzi się, by służyć, my spędzamy lata w pogoni za sukcesem”. „Bóg nie szuka siły i mocy – ostrzega Franciszek – prosi o czułość i małość wewnętrzną”. „O to trzeba »prosić Jezusa na Boże Narodzenie: łaskę małości«. „Zostawmy za sobą żal z powodu wielkości, której nie mamy. Wyrzeknijmy się narzekań i ponurych min, chciwości, która pozostawia w nas niezadowolenie!” „Jezus »przychodzi uszlachetnić wykluczonych i objawia się przede wszystkim im: nie ludziom wykształconym i ważnym, ale ubogim, którzy pracowali«. „Dziś wieczorem Bóg przychodzi, aby wypełnić godnością trud pracy”. „W dniu życia powtarzamy: dość śmierci w pracy! Zobowiążmy się do tego”. „Boże daj nam być Kościołem ubogim i braterskim! To jest istota rzeczy. Wróćmy do Betlejem”.
Czy ktoś z P.T. Czytelników mógłby podrzucić tekst wigilijnej homilii pasterskiej papieża abpowi Jędraszewskiemu?

7. Posłuchajcie, proszę, tego, co na temat tych wyjątkowych pod wieloma względami świąt mówi ksiądz Kazimierz Sowa. Rozmowa z nim w „Allegro ma non troppo” w portalu „natemat.pl”. (https://natemat.pl/389755,podcast–jacka–palasinskiego–ks…). D.O. lubi z nim gadać, chociaż, mimo wyjaśnień księdza, nadal nie rozumie, dlaczego nie przechodzi do protestantów. Mówi, że nie jest listkiem figowym dla kościelnych złoczyńców. Brzmi nawet przekonująco…

Jacek Pałasiński
