Wydanie specjalne, karnawałowe
12.01.2022
1. Tegoroczny karnawał będzie szczególnie długi; skończy się dopiero 3 marca. O karnawale przeciętny Polak wie tyle, że wcina się faworki, zwane też „chrustem” i że organizuje się prywatki, na których się tańczy i pije, a jak się dobrze ułoży to i inne rzeczy po alkowach się robi.
A to nie jest takie proste, z tym karnawałem!
Po pierwsze to okres zabaw różnych, związany z katolicyzmem; jeśli się je respektuje w krajach niekatolickich, to tylko z zazdrości wobec katolików. A katolicyzm ma swoje korzenie w pogaństwie, w każdym razie równie silne, co w Biblii Judajczyków.
Zgodnie z najbardziej uznaną interpretacją, słowo „karnawał” wywodzi się od łacińskiego carnem levare („zabrać mięso”), jako że odnosi się do obżarstwa w ostatni dzień karnawału, czyli wtorek ostatkowy, tuż przed okresem wstrzemięźliwości i postu, poprzedzającego żydowskie święto Paschy, zwane u nas „Wielkanocą”.
Dlatego dawniej na określenie tego wtorkowej kulminacji karnawału, używano w Polsce znacznie bardziej wiernego łacińskiemu oryginałowi określenia „mięsopust”.
Są też inne teorie na pochodzenie słowa „karnawał”; niektórzy twierdzą, że pochodzi od „carnualia”, czyli zabawy wiejskie, lub polne, kończące się wyżerką na bazie mięsa, a jeszcze inni, że od „carrus navalis”, czyli „statek na kołach”, rodzaju karnawałowego wozu, do dziś używanego w mięsopust w niektórych krajach, np. we Włoszech i w Niemczech (gdzie od kilku lat chętnie na takich wozach umieszcza się podobizny polskiego Świrka i węgierskiego mafioza w formie trzody chlewnej, foto).
To „carrus navalis” to pozostałość starożytnego święta egipskiego, przejętego przez świat hellenistyczny „Navigium Isidis” („statek Izydy”), podczas którego rzeźbę Izydy przynoszono na brzeg morza, by bogini pobłogosławiła początek sezonu żeglarskiego. „Podczas Navigum Isidis” noszono maski i wleczono ozdobny wóz, zwany po łacinie właśnie „carrus navalis”.
Ale być może źródło tkwi w rozpowszechnionymi w świecie hellenistycznym, wiosennym świętem Antesteria (gr. ánthos – ‘kwiat’), ku czci Dionizosa, obchodzonym 11–13 dnia miesiąca Antesterion (luty–marzec), podczas którego otwierano beczki z winem z jesiennego tłoczenia i urządzano konkurs picia, również dla malutkich dzieci. Prowadzono też procesję do świątyni Dionizosa, gdzie 14 czcigodnych kobiet odprawiło tajne obrzędy poprzedzające ceremonię świętych zaślubin żony króla archonta z Dionizosem (no elgebety zwyczajnie!). Był to jakiś obrządek płodności, ale na czym on polegał pozostaje niejasne: być może królowa leżała z hermą (pilastrem, zakończonym figurą Hermesa), udając spółkowanie, być może to król pojawił się w masce Hermesa i też do spółkowania dochodziło?
Jak zwał, tak zwał, ważne jest to, że pierwszy raz słowa „karnawał” użyli poeta i błazen Matazone da Caligano w końcu XIII wieku, a potem kronikarz z Lukki Giovanni Sercambi około 1400 roku, obaj świetni poeci, mocno goliardyczni.
W każdym razie między starożytnymi obrządkami a pierwszymi wzmiankami o carnevale minęło 1000 lat, a to oznacza, że przywiązanie ludności chrześcijańskiej do starożytnych pogańskich tradycji było wciąż żywe.
Nb. ten XIV wiek w Europie był przełomowy. D.O. przypomina, że rodziło SI właśnie Odrodzenie, działali tacy poeci i pisarze, jak Dante Alighieri, Francesco Petrarca i Giovanni Boccaccio, a Odrodzenie to okres, w którym kończy się niemal nieprzerwane, niemal tysiącletnie absolutne panowanie Kościoła. A ponieważ panowanie Kościoła nie kończy się z woli Kościoła, tylko ludu, więc Kościół, być może (takie jest przynajmniej jedno z tłumaczeń) zaakceptował carnevale jako rodzaj wentyla bezpieczeństwa.
Zasadniczo, mięsopust jest rytuałem odwrócenia, to jest takim, w którym role społeczne zostają odwrócone (panowie i kasta kapłańska byli wyśmiewani poprzez przebrania i pieśni ludu), a normy pożądanego zachowania zawieszone. Innymi słowy władzę przejmował lud, możni i księża się chowali, a lud dawał upust represjonowanej przez Kościół sprośności.
Ten wentyl działał, bo po krótkim okresie orgiastycznym następował ascetyczny Wielki Post, w którym wszystkie rygory wracały ze wzmożona siłą. W średniowieczu karnawał trwał od Bożego Narodzenia do Wielkiego Postu i te dwa miesiące ludność chrześcijańska wykorzystała jako ujście dla codziennych frustracji wszelakiej natury, w tym seksualnej. Fundamentalistyczny „Synod z Leptines” w 742 r. potępił Spurcalibus en februario, „lutowe brudy”, sprośności, ale poległ, ponieważ domagał się, by wszelkie dobra przeszły na własność Kościoła, a to się nie podobało tym, którzy cokolwiek mieli. D.O. uprzejmie informuje, że ów synod znany jest pod nazwą „Concillium Germanicum” i odbył się na zlecenie Karlomana, syna Karola Młota, w nieznanej miejscowości. Jedna z wersji mówi, że w niegdysiejszej Estiennes, która jest dziś akwitańską dziurą o 200 mieszkańcach i nazywa się Escalans, druga – że gdzie w pobliżu Binche w Belgii, a jeszcze inna – że gdzieś w Niemczech.
Należy jeszcze pamiętać, że prawie wszystkie nowinki – teologiczne, literackie, artystyczne obyczajowe, architektoniczne i – last but not least – polityczne rodziły się wówczas w Italii i były „importowane” do reszty Europy ze sporym opóźnieniem; w wypadku Polski – niemal 200 lat.
Jakie to ma znaczenie? Ano takie, że pod koniec lutego w większej części Półwyspu Apenińskiego pojawiają się już pierwsze oznaki wiosny. D.O. zawsze z utęsknieniem czekał 20 lutego, bo tego dnia, niemal co roku, drzewa migdałowe pokrywały się fioletowymi kwiatami i choć bywało jeszcze chłodno, to jednak już zupełnie inaczej patrzyło się w przyszłość: optymistycznie i radośnie.
I tu trzeba wspomnieć, że zima była uważana (słusznie, D.O. podziela ten pogląd!) za okres panowania, złych, zimowych duchów; trzeba było je wygnać, aby lato mogło powrócić. No i carnevale był takim wyganianiem złych duchów zimy w pierwsze dni przedwiośnia. Karnawał, obok innych znaczeń, można zatem uznać też za rytuał przejścia z ciemności do światła, z zimy do lata i za pierwsze wiosenne święto – święto płodności.
Był jeszcze i wzgląd praktyczny: wraz z pierwszymi cieplejszymi dniami, wszystkie zapasy z ostatniego, listopadowego uboju, a więc mięsa, smalcu itp., trzeba było naprędce zjeść, bo inaczej by się szybko zepsuły! Wielki Post – religia czy nie religia, kościelne nakazy czy nie – i tak by nastąpił, ponieważ do czasu pojawienia się nowych, wiosennych plonów, ludzie i tak byli skazani na chudziutkie jedzenie, głównie przetworów zbożowych oraz – w wypadku zamożniejszych domostw – specyficznych wędlin, do dzisiaj jakże odmiennych w Italii niż w Polsce!
Włoski „carnevale” był głównie świętem miejskim: włoskie osady, choćby najmniejsze, miały zwartą, typowo miejską zabudowę, a „wieś” w rozumieniu środkowoeuropejskim prawie w ogóle nie istniała. Były samotne domostwa rolnicze, ale w wielu regionach miały one charakter warowni, z powodu częstych najazdów Saracenów (Arabów), jak np. sycylijskie „baglio”.
A wracając na północnoeuropejskie równiny, to okres karnawału Kościół nazywał tam bogobojnie „przepościem”. Nie mamy też jasności, kiedy elementy włoskiego carnevale i w jakim stopniu dotarły do Polski.
Ale, najprawdopodobniej przedostały się – jak większość osiągnięć cywilizacyjnych – z Niemiec, gdzie plemiona germańskie, już od dawna świętowały powrót światła (dziennego): dni się wydłużały i coraz częściej niebo było nieco jaśniejsze niż w okresie ciężkiej zimy. Ciekawe były te niemieckie obrzędy: tak, jak w Italii przepędzano zimę by wiosną powróciła płodność, ale w tradycji germańskiej centralną postacią tego rytuału była bogini płodności Nerthus. Istnieją również przekazy mówiące, że kukłę Nerthus lub Freyra (Frajera!) umieszczono na statku z kołami, czyli na wozie karnawałowym, powyżej wspomnianym. Za wozem szła procesja ludzi w przebraniach zwierzęcych i mężczyzn w ubraniach kobiecych. I uwaga: elementem obrządku było skonsumowanie małżeństwa na owym wozie, jako rytuał płodności. To zasługa Frajera, w mitologii nordyckiej boga płodności, pokoju, dobrobytu i męskości, słońca, pięknej pogody oraz dobrych zbiorów.
D.O. wydaje się, że nie taki z tego Freyera frajer!
Kościelne „przedpoście” – znacznie bardziej ascetyczna forma karnawału – jest głęboko związane ze świętami żydowskimi: chrześcijanie – sekta judaizmu, czyli „prawdziwy Kościół jezusowy”, a nie paoliński, wywodzący się od odszczepieńca – świętego Szawła/Pawła, zaczynała przedpoście w szabat septuagesimowy, czyli 70 dni przez Paschą, na pamiątkę 70 lat babilońskiej niewoli narodu żydowskiego. Z szabatu wyszły w IV wieku niedziele: „Dominica Septuagesimae”. I o tym mamy już znacznie wcześniejsze wzmianki: pierwsze pochodzą z sakramentarza papieża św. Gelazego z V w. W VI w. formalnie zatwierdził przedpoście papież Grzegorz Wielki, nakazując, by w tym czasie obowiązywał post złagodzony. Ale i ten łagodny post został zniesiony przez papieża Innocentego IV ok. r. 1250.
Przedpoście jako rytuał kościelny zniknął z kalendarza liturgicznego dopiero w 1969 r. z woli Pawła VI.
Tradycyjnie święto to było również okresem ulegania żądzom seksualnym, co nabrało szczególnego znaczenia np. w Wenecji, gdzie damy z najlepszych domów, na równi z plebsem, wkładały kolorowe maski i płaszcze, uniemożliwiające rozpoznanie i – jak się powszechnie uważa – oddawały się wyrafinowanym uciechom cielesnym, gioie della carne – a carne to nie tylko „mięso”, to także „ciało” w języku św. Pawła, przyjętym przez cały Kościół pogańsko-chrześcijański, tj. nieżydowski.
2. Ponieważ wydanie jest specjalne, karnawałowe, to w D.O. nie znajdą się następujące informacje:
- Papież Franciszek napisał list do abpa Jędraszewskiego. Wzywa go do okazywania szacunku każdemu człowiekowi. No, D.O. nie wie, czy Kościół polski jest gotów na taką rewolucyjną zmianę, jak okazywanie szacunku drugiemu człowiekowi. Przyzwyczajony wyłącznie do okazywania pogardy, może tak radykalnej zmiany nie przeżyć. W rzeczywistości papież napisał do Jędraszewskiego posłanie na rocznicę Wydziału Teologicznego UJ, w którym pisze: „Niech [Uczelnia] będzie wspólnotą, w której zdobywanie wiedzy łączy się z promocją szacunku dla każdego człowieka ze względu na Boga, który go stworzył”. To zgodnie z włoskim przysłowiem „uderz teściową, żeby żona zrozumiała”. W każdym razie należy się wdzięczność papieżowi Franciszkowi, że zechciał przyjąć do wiadomości nieustanne nawoływanie do linczu ze strony tego buca w pozłacanych sukienkach.
- Kolejne trzęsienie ziemi koło Cypru, odczuwalne wyraźnie również w Izraelu (magnituda 6,4)
- Trzęsienie ziemi na Alasce – (6,8)
- Chińczycy w Shenzhen płacą gotówką 300 juanów renminbi (1 juan = 53 grosze) za donos na osobę nieprzestrzegającą rygorów antycovidowych
- Chiny popierają reakcyjną interwencję zbrojną w Kazachstanie: „Jako strategiczny partner Kazachstanu, Chiny są gotowe mocno wspierać kraj w utrzymaniu stabilności i powstrzymaniu przemocy w tym krytycznym momencie. Po burzy nadchodzi tęcza” – powiedział znany miłośnik poezji Wang Yi, potężny szef dyplomacji Pekinu.
- Kärcher wdarł się do kampanii wyborczej we Francji. Pierwszym, który użył nazwy tej pompy wysokociśnieniowej w sloganie, był Nicolas Sarkozy w 2005 roku. Teraz również kandydatka Republikanów (centroprawica, neogaulliści) Valérie Pécresse powiedziała, że należy „wyciągnąć kärchera z piwnicy” przeciwko chronicznemu zagrożeniu bezpieczeństwa w niektórych dzielnicach. Niemiecka firma Kärcher, która urządzenie produkuje, wezwała jednak, by nie wykorzystywać jej w debatach politycznych. W Polsce, na początek, przydałaby się miotła.
- Janusz Szymik, molestowany przez księdza pedofila z Międzybrodzia Bialskiego, otrzymał od kurii zapytanie o swoją orientację seksualną, żeby sprawdzić, czy kiedy był przez księdza gwałcony „czerpał z tego przyjemność”. Kiedy p. Szymik miał 12 lat.
- W kościele w eleganckiej rzymskiej dzielnicy Prati odbyło się nabożeństwo żałobne za faszystkę, działaczkę nazistowskiego ugrupowania „Forza Nuova”, które od lat hańbi swoją obecnością święto Niepodległości Polski. Trumna z ciałem 44-letniej Alessi Augello przykryta była flagą ze swastyką (foto)

- Nowe badania opublikowane w czasopiśmie Praehistorische Zeitschrift stwierdzają, że dwa słynne nakrycia głowy znalezione w Veksø w Danii, pochodzą prawdopodobnie z epoki brązu i zostały wykonane na Sardynii.

- Pewien programator komputerowy z „indyjskiej Doliny Krzemowej”, czyli z Bengalore, postanowił formalnie zmienić w lokalnym USC imię. Dotychczasowe brzmiało „Kovid”, co w sanskryckim oznacza „mądry”.

3. Będzie natomiast przytoczone mgliście związane z karnawałem wspomnienie niejakiego J.P. sprzed roku:
Knajpo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Z knajpami nawiązałem późny romans. Bieda kazała obchodzić je z daleka. Z poprzedniego życia w Polsce wspominam zaledwie kilka knajpianych biesiad; przeważnie po jakichś premierach. Fajnie było, ale i mnie i współbiesiadnikom zależało chyba tylko żeby się nachlać, więc mam zero wspomnień kulinarnych. Jakieś szkolenie dla managerów w „Złotym Linie” w Serocku – to chyba jedyne doznanie barbarzyńcy w kulinarnym ogrodzie: odkryłem, że szkolno- i uczelnianostołówkowe ryby to jednak świństwo i że może być o wiele lepiej.
Potem nastały Włochy. Dziesięć pierwszych lat bezknajpianych, bo nędza. Ale wystarczył włączony telewizor czy radio, żeby głowa spuchła od jedzeniowych celebracji. Dekada pasibrzucha-teoretyka. To tak, jak gdyby człeka od dzieciństwa przetrzymywanego w niewielkiej celi, nagle posadzić przed teleskopem, by odkrywał nieskończoność wszechświata.
No, ale kiedy wreszcie mogłem… Hulaj dusza, drżyj wago! Oczywiście w większości też „a scrocco”, czyli za cudze. Komitywy dziennikarskie były tam i sam zapraszane, a zaproszenie, niezależnie od oficjalnego celu, oznaczało wyżerkę. A, że wyżerka figę warta bez wypitki, to i przy okazji załapałem się na przyspieszone, intensywne studia enologiczne.
Potem jakoś tak się porobiło, że znalazłem się w „Grupie Smaku” – stowarzyszeniu dziennikarzy piszących o jedzeniu i piciu (no dobrze, niech będzie elegancko: „food & wine sector”) i jeszcze do tego wśród jurorów Slow Foodu – i wsiąkłem. Już było po mnie.
Kto czytał moje „Najpiękniejsze słowa”, może pamiętać dudnienie, niosące się od mojego – grzesznika – bicia się w piersi. Bo ta, ja, człowiek bez charakteru, śmiałem narzekać na nadmiar!

Zapraszano nas często i w jednym tylko celu: popisać się. Niech ci, którzy potrafią zrozumieć i docenić – docenią i zrozumieją wykwintność kunsztu kucharza!
Zasiadałem ci ja o 13.00, o Świętej Porze Obiadu, w przezacnym gronie do wielkiego stołu, nim zdążyłem uporać się z powitalnym prosecco, już wnoszono pierwszą z sześciu przystaweczek, potem – na spróbowanie – trzy pierwsze, rzecz jasna do każdego inne białe, bo małżeństw się nie rozdziela, dwa drugie – i nie trzeba dodawać, że również czerwone dają z siebie najwięcej tylko w parze z właściwym daniem; kilka deserów, do których, a to zibibbo, a to vinsanto, a to passito, caffe i – cudowny wynalazek Włochów – ammazzacaffe (killer kawy). I to wszystko smakowałoby zapewne gorzej, gdyby nie sąsiedzi: przekrzykujący się przez stół, opowiadający anegdoty, kawały, wspomnienia.
I nikomu nie przychodziło do głowy popatrzeć na zegarek, ale w którymś momencie pojawiał się jakiś gentiluomo, który oznajmiał, że jest amfitrionem kolacji w zupełnie innym lokalu i że mieliśmy tam być o 18.00, a jest już 18.15 i gdybyśmy byli tak uprzejmi i się pofatygowali, bo kucharz już podciął sobie żyły w jednej ręce, że mu wszystko stygnie, a nas nie ma…
No i zrywaliśmy się do biegu, konstatowaliśmy, że nas wszystkich od siedzenia d. boli i właśnie wtedy, w drodze do drugiego lokalu, w którym rękę kucharza zdołano już zabandażować, mnie i Przyjaciołom zza stołu zdarzało się narzekać, mówić, że nie damy rady, że nie mamy miejsca i że musimy iść wcześniej spać…
Zwłaszcza że byliśmy starymi wyjadaczami (!) i wiedzieliśmy, że nad Morzem Śródziemnym głównym posiłkiem jest właśnie kolacja…
I dzisiaj, kiedy spotkałem się z Przyjacielem, który ma skromną warszawską restaurację, poczułem boleśnie, bardzo boleśnie, jak bardzo mi cię knajpo brak!
Knajpie brak też mnie. I ciebie też. Oni, knajpiarze, podobnie, jak hotelarze, są zrozpaczeni, zrujnowani, zdesperowani.
Ja w Warszawie mało chodzę po knajpach, bo jednak moje wymagania w stosunku do potraw są znacznie powyżej przeciętnej. Ilekroć daję się namówić rozentuzjazmowanym Kolegom, polecających jakieś fantastyczne ponoć jedzenie w takim czy innym lokalu, tylekroć nie wiem, co robić z twarzą, kiedy potem pytają mnie „jak było”?
A i we Włoszech (nie byłem już od roku, chcę umrzeć!) [teraz już dwa lata! – przypisek D.O.] też już bardzo starannie dobieram knajpy. W takim Rzymie jest zaledwie kilka, którym oddaję się bez reszty i bez pytania, co mi podadzą. Ale, kiedy plącząc się po Toskanii, Kampanii czy Apulii, po wyczytaniu w portalach podróżniczych dwóch tuzinów recenzji (wybieram tylko recenzje włoskie, cudzoziemcy się nie znają!) nieufnie wchodzę do wypatrzonej knajpki, w dziesięciu przypadkach na dziesięć spotyka mnie przyjemna niespodzianka.
Knajpo! Wróć! Ja tu płaczę po tobie!
4. Będzie też o Davide Sassolim, zmarłym wczoraj przewodniczącym Parlamentu Naszego Europejskiego. Porządny facet. Niegdyś jedna z najbardziej znanych postaci telewizyjnych, spokojny, opanowany, trochę bez charakteru, ale włoska telewizja cierpi na nadmiar prezenterów z charakterem. Zaczynał jako reporter, skończył jako prowadzący główne wydanie dziennika telewizyjnego pierwszego programu TV publicznej RAI.
Zaczynał jako działacz katolicki i to taki całkiem fundamentalistyczny, skończył jako wybrany z list partii postkomunistycznej eurodeputowany frakcji socjalistów w PE.

Cierpiał na szpiczaka mnogiego; w 2011 r. przeszedł przeszczep szpiku i przez prawie 10 lat żył normalnie. We wrześniu ub. r. w związku z nawrotem nowotworu doznał zapalenia płuc, „choroby legionistów”, w wyniku zarażenia bakterią Legionella pneumophila.
26 grudnia trafił znów do szpitala z powodu poważnego powikłania immunologicznego związanego z nawrotem szpiczaka.
Uwielbiał muzykę klasyczną i był (nieszczęśliwym, jak wszyscy) kibicem Fiorentiny, klubu piłkarskiego z jego rodzinnego miasta, który nigdy nie wygrywa niczego. Miał żonę, architekta krajobrazu i dwie córki.
D.O. powtórzy: porządny facet. Do kategorii „porządnych” D.O. zalicza tych polityków, którzy wierzą w pryncypia, a nie w partyjne gierki, zdradzanie przyjaciół, nawiązywanie wstrętnych sojuszy taktycznych. Znał paru takich w Polsce, ale to było 30 lat temu.

Obowiązki zmarłego przewodniczącego przejęła w PE posłanka Roberta Metsola z Malty, dotychczas pierwsza wiceprzewodnicząca P.E. Wybory nowego przewodniczącego zaplanowano na przyszły tydzień, jeszcze przed chorobą Sassolego. Prawie na pewno wybrana zostanie pani Metsola, jako że kadencja Sassolego i tak dobiegała końca. Zgodnie z umową między dwoma największymi klubami w PE, kadencja parlamentu zostaje podzielona i każdą połową kieruje przedstawiciel, a to socjalistów, a to chadeków. Pani Metsola jest kandydatką Europejskiej Partii Ludowej, w skład której wchodzi m.in. niemiecka CDU i polskie, PO i PSL.
Jacek Pałasiński

