Szwajcarskie witraże Józefa Mehoffera nie są dziełem jednolitym. Dech zapierają przede wszystkim te secesyjne
Mehoffer pracował nad witrażami dla katedry w szwajcarskim Fryburgu od 1895 do 1936 roku. Czterdzieści jeden lat!
Zaczął, gdy Polska była pod zaborami. Skończył, gdy nad Rzeczpospolitą wisiała już groźba II wojny światowej. Przetoczyła się w tym czasie przez Europę I wojna światowa, umarł cesarz Franciszek Józef, upadła monarchia austro-węgierska. Rewolucja w Rosji zmiotła dynastię Romanowów, bolszewicy doszli do władzy. Józef Piłsudski przybył pociągiem z Magdeburga do Warszawy. Polska odzyskała niepodległość. Wynaleziono kinematograf, radio, telewizję, czołg, lodówkę elektryczną, penicylinę i mikroskop elektronowy.
I przez cały ten czas, rok za rokiem, Józef Mehoffer, jeden z najwybitniejszych artystów Młodej Polski, w swojej krakowskiej pracowni albo we dworze w Jankówce rysował setki szkiców. Pracowicie pokrywał farbą, jeden za drugim, ogromne kartony z apostołami, świętymi i bohaterami Helwecji. Potem wysyłał je do Fryburga, gdzie realizowano projekty w tamtejszym zakładzie witrażowniczym Kirch i Fleckner. Z wielką starannością.
Sam malarz (urodzony w roku 1869 w Ropczycach w rodzinie spolonizowanych Austriaków, zmarł w 1946 w Wadowicach) z kawalera z rudym wąsem zamienił się w siwego starszego pana. Z narzeczonego w małżonka. Jadwigę z Janakowskich poślubił w 1899, rok później urodził im się jedyny syn Zbigniew. Pani Mehofferowa przez wszystkie te lata niezmiennie pozostawała muzą i modelką malarza. Uwiecznił ją na słynnym obrazach „Dziwny ogród” i „Słońce majowe”, a także na niezliczonych portretach. Zawsze wyprostowaną, godną i elegancką. Z dumnie podniesioną głową, we wspaniałych kapeluszach.
W katedrze św. Mikołaja
Kartony do witraży fryburskich oglądałam wiosną 2000 roku w Muzeum Narodowym w Krakowie na wystawie „Opus magnum – Józef Mehoffer”. Podświetlone ciepłym sztucznym światłem, zachwycały niespokojną secesyjną kreską, soczystością barw. Jednak były to tylko kartony. W sztucznym, muzealnym otoczeniu. Jak mienią się kolorami witraże w gotyckiej katedrze, miałam się przekonać dopiero kilkanaście lat później.
Fryburg, sierpień 2014. Uśmiech losu: zwiedzanie katedry z międzynarodową grupą dziennikarzy. Niektórzy, niezbyt zainteresowani oglądaniem kościelnego wnętrza, od razu biegną z aparatami fotograficznymi na 75-metrowej wysokości wieżę, z której roztacza się wspaniała panorama. Mnie żadna siła nie wpędziłaby w tym momencie na schody: w surowym wnętrzu katedry już połyskują kolorowe szkła.
Kilka osób zostaje jednak na dole. Oglądamy zespół trzynastu witraży w kaplicach i w prezbiterium. Są ogromne, wysokie na osiem i dwanaście metrów. Olśniewające!
– Bractwo Najświętszego Sakramentu – opowiada przewodniczka – pod koniec XIX wieku postanowiło ozdobić wnętrze ówczesnej kolegiaty św. Mikołaja – było smutne, jednolicie szare. Rozpisano międzynarodowy konkurs, na który wpłynęło 47 prac. Zwyciężył nieznany nikomu Polak, Józef Mehoffer z Krakowa. Przebił artystów z Francji, Austrii, Szwajcarii, Niemiec, Danii i Belgii. A miał wówczas tylko 26 lat…
Świeżość przeciwko rutynie
Nawet nie podejrzewał, że zaczyna pracę nad dziełem życia. W jednym z listów dość lekko napisał, że to nic specjalnego – „projekt zrobiony z rutyny, robota pewna, świadoma efektu”. Jednak jury oceniło jego karton „Apostołowie” znacznie wyżej, wyrażając przy tym radość, że oto w mury gotyckiej kolegiaty wtargnie „moderna jasna i twórcza”.
Max de Diesbach, przedstawiciel starego patrycjuszowskiego rodu z Fryburga stwierdził: „Jedyny pan Mehoffer wprowadził na tę wystawę delikatną nutę, nie mającą nic wspólnego z całą tą gamą rutyniarstwa, którą upodobał sobie artystyczny przemysł religijny naszej epoki”.
Ta delikatna nuta wiąże się z secesją, stylem, który właśnie rozkwitał jednocześnie w wielu miejscach na świecie: w Paryżu, Londynie, Wiedniu, w Chicago i Barcelonie. W sztuce wiały nowe wiatry, historyzm i akademizm odchodziły w przeszłość. Także w Krakowie. Rok 1893 okazał się przełomowy.
„Umiera Matejko – pisze Tadeusz Boy-Żeleński w swoich wspomnieniach „Znasz li ten kraj…”. – Matejko był genialnym malarzem, ale szkoła jego, w ostatnich latach zwłaszcza, była martwa. Już szły ze świata nowe prądy, nowe hasła, światło, kolor, plama, pleinair, impresjonizm; nie przenikały tylko do gmachu, gdzie władał Matejko, sam jeden, wielki, w otoczeniu miernych nauczycieli. Najpowolniejsi uczniowie w zaduchu pracowni podlewali brudnym sosem swoje zimne wypracowania figuralne”.
O secesji, czyli Art Nouveau, nie wspomina Boy chyba tylko przez roztargnienie.
Mehoffer należał do pilnych uczniów Jana Matejki, ale malarstwa uczył się także w Monachium i w Paryżu. Nad Sekwaną zetknął się z pracami takich artystów jak Pierre Bonnard, Henri Toulouse-Lautrec czy słynny Czech Alfons Mucha.
Niedługo po śmierci Matejki zaczął tworzyć w nowym stylu. Najpierw nieśmiało, później z imponującym rozmachem.
Znamienny rys polskości
O jego fryburskim witrażu ze św. Katarzyną i Barbarą prof. Mieczysław Wallis, autor znanej książki „Secesja”, po latach napisze, że „w swych falistych i płomienistych liniach, w wysokim i wąskim formacie obu swych części, w asymetrycznej kompozycji (…), w swej obfitości motywów kwiatowych i w swych spadających głową w dół nagich postaciach kobiecych o bujnych włosach jest na wskroś secesyjny”.
Rzecz jasna, witraże tworzone ponad czterdzieści lat nie mogą być dziełem jednolitym. Ewolucję stylu malarza widać wyraźnie: od schyłku historyzmu, poprzez secesję, aż po elementy art deco w okresie międzywojennym. Jednak dech zapierają przede wszystkim witraże secesyjne.
Krytycy szwajcarscy nie szczędzili Mehofferowi pochwał. Fryburskie witraże uznali nie tylko za „najwybitniejszy twór sztuki współczesnej na terytorium Szwajcarii, lecz także za jedno ze szczytowych osiągnięć modernizmu w skali światowej”. Ferdinand Hodler, znany szwajcarski malarz tego czasu stwierdził: „To pierwsze witraże nowoczesne, które mi się podobają”.
Dziennikarz i krytyk William Ritter chyba jako pierwszy dostrzegł, że tym, co wyróżnia całe dzieło Mehoffera, jest „pewien znamienny rys polskości wyrażający się w obecności polskich motywów, w inspiracjach polską sztuką ludową”.
Jeruzalem z krakowskim Barbakanem
Odkrywanie tych polskich motywów w szwajcarskiej katedrze jest przyjemną zabawą. Niektóre szybko rzucają się w oczy, o innych – ukrytych lub mniej oczywistych – trzeba wiedzieć. Krakowianie mają łatwiej.
Na witrażu z apostołem Jakubem Starszym przedstawił Mehoffer w tle Jeruzalem. Podobno. Bo to przecież panorama Krakowa z Barbakanem i Wieżą Mariacką. Przy świętej Barbarze męczennicy widnieje z kolei pękata Baszta Pasamoników, inaczej Baszta Szmuklerzy – rzemieślników, którzy wyrabiali pasy, galony i frędzle. Ciekawe, jak te krakowskie widoki podobały się fryburskim rajcom.
Jest i drewniany kołowrotek. Czy Szwajcarki przędły na podobnych, nie wiem. Na Podhalu używano takich na pewno.
Coś swojskiego można też dostrzec w witrażu „Wiara” (1900 ) z ogromną monstrancją, choć dziś wyrazilibyśmy to pewnie innym językiem niż lwowski profesor Władysław Kozicki: „Z gorącą modlitwą na ustach zbliża się ku niej Wiara: czysta dzieweczka polska, z rozpuszczonym jasnymi włosami, z welonem i wianeczkiem margerytek na głowie”.
Że Matka Boska Zwycięska – z dzieciątkiem Jezus na lewej ręce – jest słowiańska, wyczuł od razu fryburski dominikanin, ojciec Joachim Berthier: „Trzeba zauważyć, że pojawia się tu nie sama Maria, lecz jest to Maria z jakiegoś sławnego obrazu. (…) w witrażu naszym Maria ma coś rzeźbiarskiego, archaicznego i nieruchomego jak posąg”.
Tego jednak, że do witrażu ze św. Marią Magdaleną pozowała sama pani Mehofferowa, dominikanin raczej by się nie domyślił.
Ciało obrońcy uciśnionych
Gdyby nie uczone rozprawy historyków, nie rozpoznalibyśmy na witrażu „Personifikacja Ojczyzny (Helwecja)” Heleny Modrzejewskiej, wielkiej aktorki, będącej w oczach współczesnych uosobieniem dostojeństwa, wytworności i wdzięku.
Podobnie jak w świętym Michale Archaniele nie poznamy ucznia Mehoffera, Wojciecha Jastrzębowskiego, a w świętym Jerzym wybitnego malarza Tadeusza Makowskiego. Uduchowione oblicze i koścista sylwetka tego ostatniego nie wszystkich zachwycały. „Św. Jerzy jest przeraźliwie chudy – sarkał Marc de Munnynck, profesor kosmologii i psychologii na uniwersytecie we Fryburgu. – Jego idealizm wydaje się być snem neurotyka, takie ciało nie nadaje się do roli zwycięzcy potworów, obrońcy uciśnionych, rycerskiego obrońcy ciemiężonych dziewic. Bardziej mu pasuje pisanie dekadenckiej poezji niż pchnięcie pałaszem w chaosie nieuporządkowanego świata”.
***Tymczasem łowcy pięknych widoków zeszli już z wieży, z tysiącem zdjęć. Czeski dziennikarz czujnie rozejrzał się wokół, po czym puścił się pędem wzdłuż witrażowych okien. Wychodząc z katedry jęknął: – Mehoffer? Ježíši… V životě jsem o něm neslyšel. Je lepší než Mucha!
Czego tłumaczyć chyba nie musimy. Oczywiście, że lepszy niż Mucha.
Elżbieta Sawicka
Tekst ukazał się w portalu Instytutu Obywatelskiego.
Galeria. Kliknięci zdjęcia powiększa obraz.
[print_gllr id=115352 display=short]


Dzięki Pani artykułowi wybiorę się do Fryburga. Z Mehofferem zetknąłem się kiedy pracowałem w Krakowie 1992-1993. Miałem mieszkanie służbowe w Domu pod Globusem. A urodziłem się w Turku, gdzie również projektował witraże i ma swoja ławeczkę. Wspaniały i trochę zapomniany twórca.