Trudno, narażę się, ale nie będzie ze mnie pełnowymiarowego postępowca. Poniżej opis związku partnerskiego, znów większością głosów uwalonego przez Sejm.
”Swoje wzajemne uprawnienia lub zobowiązania o charakterze majątkowym lub osobistym partnerzy określaliby w umowie związku partnerskiego zawartej w formie aktu notarialnego. Projekt przewidywał możliwość zawarcia wspólnoty majątkowej. Partnerzy byliby uprawnieni m.in. do wspólnego rozliczania się z podatku PIT, dziedziczenia po sobie jak małżonkowie, uzyskania zabezpieczenia społecznego po zmarłym partnerze (np. ubiegania się o rentę rodzinną w razie śmierci partnera) i do wstąpienia po nim w stosunek najmu lokalu mieszkalnego.
Projekt dawał ponadto prawo do pochowania zmarłego partnera i odmowy składania zeznań w postępowaniu cywilnym, karnym, administracyjnym i podatkowym.”
Wycofuję się na z góry upatrzone pozycje i gotów jestem zaakceptować takie związki dla osób homoseksualnych. Gejów i lesbijek. Jeśli nie mogą inaczej, to niech tak mają. Lecz po cholerę coś takiego parom heteroseksualnym? Czyli mężczyźnie z kobietą. Przecież taki związek już jest! Małżeństwo cywilne. Czym ono różni się od przedstawionego powyżej związku partnerskiego? Tym, że zawierałoby się to u notariusza, a nie w USC. Rozumie się, że zawierający musieliby być zdolni do czynności prawnych i być stanu wolnego. To znaczy, że nie mogliby pozostawać w związkach małżeńskich i partnerskich. Bo przecież poligamii i poliandrii akceptować nie zamierzamy.
Po co więc wprowadzać nowy byt, który dubluje już istniejący? Ślub cywilny nie staje się sakramentem przez element obrzędowości: urzędnika z łańcuchem i guzika pod stołem, którym włącza się magnetofon z marszem weselnym Mendelssohna. To tylko specyficzny akt prawny, łączący w sobie wiele elementów i zapewniający określone przywileje. Pomagają one żyć i służą rodzinnej polityce państwa. A cała ta obrzędowość to namiastka, konkurencja i dublowanie ślubów religijnych.
Rozumiem ludzi, którzy nie chcą się wiązać, pozostać wolnymi, którzy uważają że do ich miłości nie pasuje urzędowe zabezpieczenie. A do tego może ich razić ów obrządek. Takie mają zasady? W porządku! Ich wybór. Ich wolna wola w wolnym państwie. Państwo stwarza im jakąś instytucję, ale nie stwarza przymusu korzystania z niej. W takim razie jednak – wydaje mi się – nie godzi się wyciągać łapę po związane z tym beneficja. Takie zasady, które nic nie kosztują, to może mieć każdy pętak.
Wycofałem się – powtarzam – na z góry upatrzone pozycje, które są jednoczenie z góry utraconymi pozycjami. Wiem, że prędzej czy później będą związki partnerskie dla homo i hetero. Że związki homo – po jakimś czasie – będą mogły być małżeństwami. Jeszcze trochę i będą mogli adaptować dzieci, co mi się bardzo nie podoba. Być może nie dożyję tego wszystkiego, lecz to nie powód bym się śpieszył z wyprowadzką z tego świata.
Powiem więcej; to nie powód bym odmówił swego głosu partii, która to wszystko przeprowadzi, jeśli jej politykę w najważniejszych dla kraju sprawach będą uważał za słuszną. Bo cały ten pakiet obyczajowy to sprawy ważne, ale nie najważniejsze.
Oczywiście ludzie i grupy ludzi mogą mieć różne gradacje ważności. Pars pro toto – istnieje i takie podejście, kiedy jeden aspekt przesłania komuś wszystkie inne – całość. Powiedzmy: nie będę głosował na Komorowskiego tylko dlatego bo strzelał do zwierzątek. I w demokracji wolno tym się kierować w głosowaniu. Na większą skalę jednak takie podejście jednostek stanowi problem ogółu. Może utrudniać rozwiązywanie węzłowych problemów. Takich od których zależy wiele innych. Tych najważniejszych. Może emerytur, może sojuszów międzynarodowych.
Tu bym rozróżniał podejście osobiste od systemowego. Z tym, że łatwiej akceptuję… to pierwsze.
Sytuacje: dwoje związanych ze sobą ludzi tej samej płci… ciąża, która jest katastrofą…kosztowne in vitro, które jest już ostatnią szansą… Dla ludzi niezamożnych, niezaradnych, bez dojść i koneksji – są to sytuacje ekstremalne. Nie do przeskoczenia. Zwłaszcza gdy mają pecha i stają się obiektem terroru ze strony osób i instytucji, owszem, miłujących bliźniego, lecz programowo. Tacy zagubieni na pewno potrzebują określonych rozwiązań prawnych, lecz zanim do tego dojdzie – jeśli dojdzie – przede wszystkim potrzebują pomocy w ich konkretnych sytuacjach. Pomoc ta, finansowa i organizacyjna, może i powinna być udzielana przez innych ludzi, przez fundacje i inne struktury, w dawnym nazewnictwie – społeczne.
Natomiast podejście systemowe z tego zbioru problemów tworzy pakiet, wspólną ideę, kierunek polityczny. Składają się nań takie różnorodne elementy jak związki partnerskie i małżeństwa homo, in vitro, prawo aborcyjne, kwoty i parytety dla kobiet, przemoc w rodzinie, oświata seksualna, ubój rytualny, ”prawa” zwierząt, ochrona przyrody. Pewnie jeszcze coś by można dodać do tej litanii.
Wszystko to są realne problemy. Z wszystkimi trzeba sobie jakoś poradzić. A optujących za wszystkimi charakteryzuje światopogląd uznawany za postępowy, lewicowy, choć pojęcie lewicy jest historycznie inne. Przejawia się w tym wszakże niekiedy – podkreślam: niekiedy – lewicowa metodologia, polegająca na tym, by nie rozdrabniać się na załatwianie konkretnych spraw, w miarę ich pojawiania się i możliwości załatwienia. Wszystko ma być załatwione systemowo, hurtem. Jest to postawa rewolucyjna, zmierzająca do rewolucji, a niekiedy prowadząca do rewolucji.
Uogólniam. U nas taka skrajną postawę reprezentują krzykliwe jednostki. Umiarkowani postępowcy próbują rozwiązywać poszczególne problemy. Do czego – stwierdzam – mają niezaprzeczalne prawo. Tylko czy zawsze warto z niego korzystać?
Wracam do tych związków partnerskich i do ustawy o in vitro, które rozstrzygają się równolegle. In vitro ma szerokie poparcie społeczne. Siły blokujące zagalopowały się w oporze. Kościół musi w tym trwać, a prawicowi politycy kręcą, jak nowo wybrany pan prezydent. Natomiast związki partnerskie są kontrowersyjne, co znaczy – wywołują poważny opór. Do rozłamu doszło nawet wśród posłów Platformy, którzy pomogli opozycji i PSL w uwaleniu rządowego projektu.
Platforma znajduje się miedzy klęską już poniesioną i klęską, którą może ponieść już za kilka miesięcy. Czy antagonizowanie dużej części społeczeństwa i naruszanie jedności własnych szeregów jest naprawdę tym czego w tej chwili chwiejąca się władza potrzebuje najbardziej?
Ernest Skalski



kontr- uwagi postępowego wstecznika/wstecznego postępowca:
uwaga pierwsza – demokracja nie jest, a w każdym razie być nie powinna, dyktaturą większości. różni się ona tym od systemów autorytarnych, że szanuje prawa mniejszości. pod warunkiem, że nie zagrażają one innym obywatelom. związki partnerskie nie zagrażają nikomu, bo ich zwolennicy nie nakłaniają swych antagonistów do pójścia ich śladem.
uwaga druga: państwo (demokratyczne) nie powinno uprawiać inżynierii społecznej i dyktować jakie formy obyczajowe winny obowiązywać obywateli.
uwaga trzecia: ustawowodawcy nie powinni okazywać przesady gdy chodzi o wsłuchiwanie się w nastroje społeczne. powinni mieć odwagę występowania z inicjatywą nawet w sytuacji, kiedy większość obywateli nie akceptuje niektórych zmian ustawowodawczych. gdyby tak nie nie było, kara śmierci obowiązywalaby nadal we wszystkich krajach.
uwaga czwarta – wynikająca z trzeciej: uchwalanie ustaw nie powinno być uzależnione od wpatrywania się w przedwyborcze sondaże. partia, sprawująca rządy od ośmiu lat więcej by zyskała, gdyby od początku, jeszcze za czasów opozycji, mniej wpatrywała się w słupki i nie popierała z czytstej bojaźni o notowania pomysłów, którym od początku winna była być przeciwna (utworzenie CBA, wyposażenie IPN w nadmierne kompetencje, uleganie presji kościoła we wszystkich niemal sprawach, przesadny konserwatyzm w kwestiach obyczajowych, uchwalanie regulacji pod presją medialnej wrzawy, jak n.p. „ustawa o bestach”).
jeżeli partia ta polegnie w jeiennym pojedynku wyborczym, nie będzie to śmierć na polu chwały
@gurnatko
Uwaga do uwagi pierwszej. Jeżeli nazwiemy rządy większości dyktaturą, to stwierdzamy, że demokracja jest dyktaturą, co jest oczywiście dziwolągiem umysłowym i absurdem. Demokracja z definicji jest systemem, w którym decydują kształtowane demokratycznie większości w odróżnieniu od dyktatur, gdzie mniejszość przejmuje władzę nad mniejszością łamiąc reguły demokratyczne.
.
Zatem teza z uwagi pierwszej jest dziwolągiem, nowomową, przekręcaniem podstawowych pojęć. Co do szanowania mniejszości, to oczywiście jest dobra sprawa świadcząca o wysokim poziomie kultury danej społeczności. W demokracji nawet większość nie może pozbawiać mniejszości wyrażania swojego zdania i korzystania z pełni praw obywatelskich. Ale to nie może oznaczać, że mniejszość narzuca swoje poglądy większości i decyduje ponad większością o wspólnych sprawach. Decyzje w demokracji zawsze należą do większości, która może lecz nie musi uwzględniać postulatów mniejszości.
A to takie proste: decyduje większość, ale nie wolno jej w najmniejszym stopniu naruszyć ani ograniczyć żadnych praw, już przysługujących mniejszości, przysługujących niekoniecznie mocą ustaw krajowych, ale np. ustawodawstwa europejskiego…
Przecież mówię to samo. Większość nie może ograniczać praw podstawowych nikogo. Również mniejszości. Myślę, że ewentualne spory mogą dotyczyć tego, co należy do praw podstawowych, chociaż kanon w tej kwestii jest chyba dawno już ustalony. Są nawet dokumenty na ten temat jak Międzynarodowa Deklaracja Praw Człowieka.
Większość decyduje tak, jak jej zadamy pytanie. Jak zadamy pytanie: „Czy można dyskryminować mniejszości?”, to większość odpowie: „nie można”. Jak zadamy pytanie: „Czy godzisz się na małżeństwa jednopłciowe”, to większość w Polsce pewnie odpowie jeszcze „Nie godzę się”, co się kłóci z odpowiedzią pierwszą.
W tym przypadku nie widzę żadnej sprzeczności. Analogicznym przykładem byłby: Gdy zadamy pytanie „Czy można dyskryminować niewidomych” większość odpowie z oburzeniem „Oczywiście nie można”. Ale na pytanie „Czy niewidomi mają być równouprawnieni w prawie do prowadzenia pojazdów mechanicznych na drogach publicznych”, to większość powie pukając się w czoło „Oczywiście, że jestem przeciw”.
.
Ten konkretny przykład podany przez Pana, to jest klasyczny przykład sporu o istotę praw elementarnych wynikający różnych i nieprzystawalnych światopoglądów. A więc jest to spór nierozstrzygalny w sposób racjonalny i musi w warunkach pokojowych podlegać rozstrzygnięciu według zasady większości.
Twierdzenie, że nie można ograniczać mniejszościom praw już przyznanych jest moim zdaniem błędne, chociaż podchodzi pod parszywą koncepcję wieczności praw nabytych. Ja uważam, że odebranie przywilejów emerytalnych mniejszości byłych SB-ków z komuny było jak najbardziej słuszne. Nie każdy przywilej nabyty jest słuszny i sprawiedliwy.
Jeśli o mnie idzie, to zakazałbym tej filozofii praw nabytych w konstytucji. Szczególne przywileje zawsze muszą być wiązane ze szczególnymi obowiązkami. Gdy szczególne obowiązki nie są wypełniane lub wygaszają z natury również przywileje powinny być likwidowane.
Oczywiście, że związki partnerskie par heteroseksualnych nie mają sensu. Od dawna powtarzam, że nie potrzebuję ani legalizacji, ani kosztów notarialnych. Dokładnie tak, jak napisał Pan w artykule – Urząd Stanu Cywilnego załatwia wszystko. Wprowadzanie jeszcze większego bałaganu do systemu prawnego, ot co.
Natomiast parom homoseksualnym należy się małżeństwo bez niczyjej łaski. Albo uznajemy geje i lesbijki za normalnych ludzi i równoprawnych obywateli (nie wyobrażam sobie, jak można myśleć inaczej), albo tuszujemy własną nietolerancję obłudnym półśrodkiem (w postaci związku partnerskiego) dla ludzi, których w głębi ciemnego umysłu uważamy za gorszych.
Mając na uwadze, jak bardzo konserwatywne jest polskie społeczeństwo, przypuszczam, że związki partnerskie posłużą za prowizoryczne rozwiązanie, które uczyni życie polskich homoseksualistów choć trochę znośniejszym. Szkoda, że nie można mądrzej i bardziej zdecydowanie. Nie można…?
Oczywiście, że związki partnerskie osób hetero mają sens. Ten mianowicie, że można je w ciągu sekundy rozwiązać bez formalności czy z formalnościami minimalnymi (wykreślenie ze spisu), a nawet jednostronnie.
Nie chce mi się śledzić wszystkich szczegółów prawnych dotyczących różnic między związkiem partnerskim, a ślubem cywilnym, ale może być ich sporo. Na przykład, ktoś może nie chcieć wspólnoty majątkowej, a chcieć mieć zagwarantowany dostęp do dokumentacji medycznej partnera w szpitalu. Jakoś w innych krajach mają te związki i dobrze się mają…
Gorąco bym przestrzegał przed przed traktowaniem zbioru wymienionych przez Pana problemów systemowo jako swoistego pakietu ideowego świadczącego o postępowości. Są to bardzo różne problemy, z których każdy należy rozpatrywać indywidualnie. Przyjęcie takiego pakietu bez oddzielnego zgłębienia poszczególnych tematów od strony naukowej oraz etyczno-religijnej świadczy właśnie o wstecznictwie i prymitywizmie.
Ja np. jako fanatyk antyaborcyjny, bowiem będąc lekarzem, naukowcem i agnostykiem oczywiście innej postawy przyjąć nie mogę, jestem gorącym zwolennikiem dobrze usytuowanego w inteligentnym prawie zapłodnienia in vitro oraz wszelkich praw dla par homoseksualnych, poza na dzień dzisiejszy jak na mój gust absolutnymi absurdami jak np. ślub kościelny, choć tu dałbym się pewnie przekonać, jeśliby ktoś był wstanie przeprowadzić logiczną argumentacje biblijną. Walka z pro-aborcyjnym ciemnogrodem świadczy o postępowości … nie wstecznictwie, natomiast ostatnia wypowiedz Watykanu na temat referendum w Irlandii na temat związków homoseksualnych, jakoby była to „porażka dla ludzkości“ jest kolejnym przykładem na zapaść intelektualną i wstecznictwo tej organizacji. I właśnie dlatego nijak nie można wrzucić tych problemów do jednego pakietu.
Zgadzam się z panem, przyjacielu Moniki. Wydaje mi się, że w tekście, akurat skrytykowałem robienie ideologii z całego tego pakietu postulatów. Ale może mi się tylko wydaje.
@ Ernest Skalski
Skrytykował pan, a ja podchwyciłem wątek, ponieważ mi się spodobał:)
PS
jako ciekawostkę dodam, że w mojej dzielnicy w Berlinie Friedrichshain /Kreuzberg w jako pierwszej powstały toalety dla kobiet, mężczyzn i dla „innych”, mamy największy antykapitalistyczno/komunistyczny festyn na 1-ego maja, który odbywa się dzięki uprzejmości kościoła ewangielickiego przed jego kościołem, jednocześnie około 30% muzułmanów i w sumie 184 narodowości na kilku kilometrach kwadratowych. Poza tym upodobała sobie to miejsce do mieszkania cała plejada gwiazd niemieckiej telewizji i filmu oraz ludzi kapitalistycznego sukcesu. Kiedyś była to bardzo niebezpieczna dzielnica, dzis nie ma drugiej tak zgodnej, szczęśliwej i roześmianej dzielnicy w Niemczech:)