Ernest Skalski: Uwagi wstecznika6 min czytania

()

slub2015-05-28.

Trudno, narażę się, ale nie będzie ze mnie pełnowymiarowego postępowca. Poniżej opis związku partnerskiego, znów większością głosów uwalonego przez Sejm.

”Swoje wzajemne uprawnienia lub zobowiązania o charakterze majątkowym lub osobistym partnerzy określaliby w umowie związku partnerskiego zawartej w formie aktu notarialnego. Projekt przewidywał możliwość zawarcia wspólnoty majątkowej. Partnerzy byliby uprawnieni m.in. do wspólnego rozliczania się z podatku PIT, dziedziczenia po sobie jak małżonkowie, uzyskania zabezpieczenia społecznego po zmarłym partnerze (np. ubiegania się o rentę rodzinną w razie śmierci partnera) i do wstąpienia po nim w stosunek najmu lokalu mieszkalnego.

Projekt dawał ponadto prawo do pochowania zmarłego partnera i odmowy składania zeznań w postępowaniu cywilnym, karnym, administracyjnym i podatkowym.”

Wycofuję się na z góry upatrzone pozycje i gotów jestem zaakceptować takie związki dla osób homoseksualnych. Gejów i lesbijek. Jeśli nie mogą inaczej, to niech tak mają. Lecz po cholerę coś takiego parom heteroseksualnym? Czyli mężczyźnie z kobietą. Przecież taki związek już jest! Małżeństwo cywilne. Czym ono różni się od przedstawionego powyżej związku partnerskiego? Tym, że zawierałoby się to u notariusza, a nie w USC. Rozumie się, że zawierający musieliby być zdolni do czynności prawnych i być stanu wolnego. To znaczy, że nie mogliby pozostawać w związkach małżeńskich i partnerskich. Bo przecież poligamii i poliandrii akceptować nie zamierzamy.

Po co więc wprowadzać nowy byt, który dubluje już istniejący? Ślub cywilny nie staje się sakramentem przez element obrzędowości: urzędnika z łańcuchem i guzika pod stołem, którym włącza się magnetofon z marszem weselnym Mendelssohna. To tylko specyficzny akt prawny, łączący w sobie wiele elementów i zapewniający określone przywileje. Pomagają one żyć i służą rodzinnej polityce państwa. A cała ta obrzędowość to namiastka, konkurencja i dublowanie ślubów religijnych.

Rozumiem ludzi, którzy nie chcą się wiązać, pozostać wolnymi, którzy uważają że do ich miłości nie pasuje urzędowe zabezpieczenie. A do tego może ich razić ów obrządek. Takie mają zasady? W porządku! Ich wybór. Ich wolna wola w wolnym państwie. Państwo stwarza im jakąś instytucję, ale nie stwarza przymusu korzystania z niej. W takim razie jednak – wydaje mi się – nie godzi się wyciągać łapę po związane z tym beneficja. Takie zasady, które nic nie kosztują, to może mieć każdy pętak.

Wycofałem się – powtarzam – na z góry upatrzone pozycje, które są jednoczenie z góry utraconymi pozycjami. Wiem, że prędzej czy później będą związki partnerskie dla homo i hetero. Że związki homo – po jakimś czasie – będą mogły być małżeństwami. Jeszcze trochę i będą mogli adaptować dzieci, co mi się bardzo nie podoba. Być może nie dożyję tego wszystkiego, lecz to nie powód bym się śpieszył z wyprowadzką z tego świata.

Powiem więcej; to nie powód bym odmówił swego głosu partii, która to wszystko przeprowadzi, jeśli jej politykę w najważniejszych dla kraju sprawach będą uważał za słuszną. Bo cały ten pakiet obyczajowy to sprawy ważne, ale nie najważniejsze.

Oczywiście ludzie i grupy ludzi mogą mieć różne gradacje ważności. Pars pro toto – istnieje i takie podejście, kiedy jeden aspekt przesłania komuś wszystkie inne – całość. Powiedzmy: nie będę głosował na Komorowskiego tylko dlatego bo strzelał do zwierzątek. I w demokracji wolno tym się kierować w głosowaniu. Na większą skalę jednak takie podejście jednostek stanowi problem ogółu. Może utrudniać rozwiązywanie węzłowych problemów. Takich od których zależy wiele innych. Tych najważniejszych. Może emerytur, może sojuszów międzynarodowych.

Tu bym rozróżniał podejście osobiste od systemowego. Z tym, że łatwiej akceptuję… to pierwsze.

Sytuacje: dwoje związanych ze sobą ludzi tej samej płci… ciąża, która jest katastrofą…kosztowne in vitro, które jest już ostatnią szansą… Dla ludzi niezamożnych, niezaradnych, bez dojść i koneksji – są to sytuacje ekstremalne. Nie do przeskoczenia. Zwłaszcza gdy mają pecha i stają się obiektem terroru ze strony osób i instytucji, owszem, miłujących bliźniego, lecz programowo. Tacy zagubieni na pewno potrzebują określonych rozwiązań prawnych, lecz zanim do tego dojdzie – jeśli dojdzie – przede wszystkim potrzebują pomocy w ich konkretnych sytuacjach. Pomoc ta, finansowa i organizacyjna, może i powinna być udzielana przez innych ludzi, przez fundacje i inne struktury, w dawnym nazewnictwie – społeczne.

Natomiast podejście systemowe z tego zbioru problemów tworzy pakiet, wspólną ideę, kierunek polityczny. Składają się nań takie różnorodne elementy jak związki partnerskie i małżeństwa homo, in vitro, prawo aborcyjne, kwoty i parytety dla kobiet, przemoc w rodzinie, oświata seksualna, ubój rytualny, ”prawa” zwierząt, ochrona przyrody. Pewnie jeszcze coś by można dodać do tej litanii.

Wszystko to są realne problemy. Z wszystkimi trzeba sobie jakoś poradzić. A optujących za wszystkimi charakteryzuje światopogląd uznawany za postępowy, lewicowy, choć pojęcie lewicy jest historycznie inne. Przejawia się w tym wszakże niekiedy – podkreślam: niekiedy – lewicowa metodologia, polegająca na tym, by nie rozdrabniać się na załatwianie konkretnych spraw, w miarę ich pojawiania się i możliwości załatwienia. Wszystko ma być załatwione systemowo, hurtem. Jest to postawa rewolucyjna, zmierzająca do rewolucji, a niekiedy prowadząca do rewolucji.

Uogólniam. U nas taka skrajną postawę reprezentują krzykliwe jednostki. Umiarkowani postępowcy próbują rozwiązywać poszczególne problemy. Do czego – stwierdzam – mają niezaprzeczalne prawo. Tylko czy zawsze warto z niego korzystać?

Wracam do tych związków partnerskich i do ustawy o in vitro, które rozstrzygają się równolegle. In vitro ma szerokie poparcie społeczne. Siły blokujące zagalopowały się w oporze. Kościół musi w tym trwać, a prawicowi politycy kręcą, jak nowo wybrany pan prezydent. Natomiast związki partnerskie są kontrowersyjne, co znaczy – wywołują poważny opór. Do rozłamu doszło nawet wśród posłów Platformy, którzy pomogli opozycji i PSL w uwaleniu rządowego projektu.

Platforma znajduje się miedzy klęską już poniesioną i klęską, którą może ponieść już za kilka miesięcy. Czy antagonizowanie dużej części społeczeństwa i naruszanie jedności własnych szeregów jest naprawdę tym czego w tej chwili chwiejąca się władza potrzebuje najbardziej?

Ernest Skalski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

13 komentarzy

  1. gurnatko 28.05.2015
    • bisnetus 29.05.2015
      • BM 29.05.2015
        • bisnetus 29.05.2015
        • hazelhard 29.05.2015
        • bisnetus 29.05.2015
        • bisnetus 29.05.2015
  2. Marcin Fedoruk 28.05.2015
    • BM 29.05.2015
  3. hazelhard 29.05.2015
  4. przyjaciel Moniki 30.05.2015
  5. Ernest Skalski 30.05.2015
  6. przyjaciel Moniki 30.05.2015