05.06.2026
Za nami 4 czerwca. Ale ja myślę o tamtym 4 czerwca, a nie o tym w którym wypadło kościelne święto.
Pisząc tamten, mam na myśli 4 czerwca sprzed 37 już lat, dzień w którym Polacy powiedzieli co myślą o tamtej władzy.
Wybory jakie odbyły się 4 czerwca pamiętnego roku były częściowo wolne, rządząca partia zagwarantowała sobie 65 % mandatów tworząc dwie listy, zgodziła się też na wolne wybory do nowoutworzonego Senatu i stało się. Wszystkie mandaty senatorów – z wyjątkiem jednego, otrzymali kandydaci Solidarności, a wiele mandatów z listy partyjnej nie zostało obsadzonych ponieważ za mało otrzymali oni głosów. Było to możliwe ponieważ władza była absolutnie przekonana, że Polacy, jak zawsze, zagłosują karnie na partyjne listy
Wybory 4 czerwca 89 to była rzeczywista rewolucja, to był początek końca rządów PZPR w Polsce.
Pamiętam tamte dni, dni wielkiej mobilizacji i wielkiej nadziei, ale i wielkich obaw. Baliśmy się, że partia władzy nie odda, że zastosuje wariant siłowy i wszystko pozostanie po staremu.
Stało się inaczej, zgodziliśmy się na kompromis i drugą turę wyborów tak, aby lista krajowa przeszła – to było niezgodne z ustaleniami, ale i tak wygraliśmy. Pamiętam szok i zdenerwowanie aparatu partyjnego, który był święcie przekonany, że wyborcy, jak zawsze zagłosują zgodnie z wolą partii. Stało się inaczej i to był początek końca tamtej władzy.
Obrady okrągłego stołu, porozumienie ponad podziałami i pierwszy premier spoza rządzącego Polską układu.
Tadeusz Mazowiecki nie był politykiem, był chrześcijańskim publicystą, ale zgodził się być twarzą nowego rządu. Pamiętamy jak w trakcie expose musiał prosić o przerwę, bo zmęczenie nie pozwalało na dłuższe przemawianie, nastąpiła krótka przerwa, po której nowy premier powiedział, że jego stan jest taki jak polskiej gospodarki.
Polską gospodarkę zreformował Leszek Balcerowicz, trzeci który zgodził się objąć stanowisko ministra ds. reformy ekonomicznej, dwaj pierwsi kandydaci do których premier Mazowiecki zwrócił się z tą propozycją odmówili widząc skalę problemu.
Leszek Balcerowicz nie odmówił i zrobił swoją reformę, po której Polska stała się krajem drapieżnego kapitalizmu mając za nic potrzeby tych ludzi, którzy dokonali solidarnościowej rewolucji.
Nie ma w rządzie Leszka Balcerowicza, ale to co zrobił pod dyktando Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego jest nadal obecne.
Polski paradoks – wszyscy chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

BALCEROWICZ, MAZOWIECKI I POLSKA SZTUKA NARZEKANIA
Czytałem felieton Zbigniewa Szczypińskiego o 4 czerwca i przez większą część lektury kiwałem głową ze zrozumieniem. Trudno zresztą nie kiwać głową, kiedy ktoś przypomina tamte dni. Czerwiec 1989 roku był jednym z tych rzadkich momentów, kiedy historia nie tylko przyspiesza, ale wręcz zrywa się do biegu. Naród, który przez dziesięciolecia przyzwyczajano do politycznej bezradności, nagle odkrył, że karta wyborcza potrafi być skuteczniejsza od pałki, a urna wyborcza groźniejsza dla systemu niż niejedna barykada.
To jest ciekawy punkt wyjścia, bo Pan Szczypiński trafnie opisuje atmosferę czerwca 1989 roku i wielkość samego przełomu, ale moim zdaniem wpada później w bardzo popularną polską pułapkę: opowiada historię transformacji tak, jakby sukces demokracji i porażki gospodarcze były dziełem tych samych ludzi, podczas gdy rzeczywistość była znacznie bardziej skomplikowana.
Zbigniew Szczypiński ma rację, kiedy pisze o atmosferze nadziei, o szoku aparatu partyjnego i o niezwykłym znaczeniu tamtych wyborów. Ma rację również wtedy, gdy przypomina postać Tadeusza Mazowieckiego. Był to człowiek szczególny. Nie dlatego, że był politycznym geniuszem. Nie dlatego, że posiadał charyzmę Wałęsy czy temperament Kuronia. Był szczególny dlatego, że w czasie historycznej gorączki zachował chłodną głowę.
A to jest talent znacznie rzadszy.
Polska roku 1989 nie potrzebowała kolejnego trybuna ludowego. Potrzebowała człowieka, który będzie potrafił przeprowadzić kraj przez pole minowe, nie detonując wszystkich ładunków jednocześnie. Mazowiecki rozumiał, że zwycięstwo Solidarności nie oznacza jeszcze zwycięstwa wolności. Między jednym a drugim rozciągała się długa, niebezpieczna droga.
Tam jednak kończy się moja pełna zgoda ze Szczypińskim.
Bo kiedy dochodzimy do Leszka Balcerowicza, zaczyna się opowieść bardzo polska. Opowieść o człowieku, któremu najpierw kazano ugasić pożar, a potem przez trzydzieści lat wypominano, że użył za dużo wody.
Dzisiaj łatwo zapomnieć, jak wyglądała Polska jesienią 1989 roku. Inflacja przekraczała 600 procent rocznie. Państwowe przedsiębiorstwa funkcjonowały często wyłącznie dlatego, że drukowano kolejne pieniądze. Sklepy były puste. Budżet państwa przypominał tonący statek. Gospodarka nie znajdowała się w kryzysie. Ona znajdowała się w stanie rozkładu.
W takich warunkach nie było dobrych rozwiązań.
Były tylko rozwiązania mniej złe.
Plan Balcerowicza nie był projektem stworzenia idealnego społeczeństwa. Był planem ratunkowym. Chirurg nie pyta pacjenta o samopoczucie podczas amputacji nogi ratowanej przed gangreną. Najpierw próbuje uratować życie. Dopiero później można dyskutować o jakości rehabilitacji.
Najbardziej fascynujące jest jednak to, że krytycy Balcerowicza często opowiadają historię alternatywną, która nigdy nie istniała. W tej historii Polska mogła przeprowadzić reformy szybciej, taniej, łagodniej i bez społecznych kosztów. Problem polega na tym, że żaden kraj postkomunistyczny takiej drogi nie znalazł.
Transformacja zawsze kosztowała. Wszędzie. Od Pragi po Tallin.mOd Budapesztu po Wilno.
Można dyskutować o tempie reform. Można dyskutować o konkretnych decyzjach. Można wskazywać błędy prywatyzacji. Można krytykować zaniedbania społeczne. To wszystko jest uczciwa debata.
Nieuczciwe jest natomiast udawanie, że Balcerowicz otrzymał wolną rękę i z pełną swobodą realizował swoje pomysły.
Nie otrzymał. Jednym z największych paradoksów III Rzeczypospolitej jest fakt, że najostrzejszy opór wobec wielu reform gospodarczych nie pochodził od postkomunistów, lecz od części obozu solidarnościowego.
To właśnie związki zawodowe, w tym sama Solidarność, wielokrotnie hamowały restrukturyzację nierentownych przedsiębiorstw, opóźniały reformy górnictwa, blokowały zmiany w przemyśle ciężkim i wymuszały kolejne polityczne kompromisy. Trudno się temu zresztą dziwić. Związki zawodowe istnieją po to, by bronić swoich członków. Nie są od projektowania gospodarki.
Problem zaczyna się wtedy, gdy po trzydziestu latach ci sami ludzie narzekają na koszty transformacji, zapominając, że przez lata skutecznie blokowali część działań, które mogłyby te procesy przyspieszyć.
Polska przypomina czasem człowieka, który przez pół drogi wciskał hamulec, a po przyjeździe na miejsce narzekał, że podróż trwała zbyt długo.
Oczywiście Pan Szczypiński dotyka rzeczy ważnej. Transformacja pozostawiła po sobie ludzi przegranych. Pozostawiła miasta, które straciły przemysł. Pozostawiła społeczności, które przez lata czuły się opuszczone. To prawda.
Ale prawdą jest również coś innego.
Polska wyszła z komunizmu jako kraj zbankrutowany, a weszła do Unii Europejskiej jako największa gospodarka Europy Środkowej. Przeszła drogę od kartek na mięso do jednego z najszybciej rozwijających się państw kontynentu. Nie stało się to samo.
Stało się między innymi dlatego, że znalazł się premier o nazwisku Mazowiecki i minister finansów o nazwisku Balcerowicz.
Jeden miał odwagę polityczną. Drugi miał odwagę ekonomiczną. Obaj zapłacili za to ogromną cenę.
Dzisiaj łatwo jest ich osądzać. Trudniej przypomnieć sobie warunki, w których działali. Jeszcze trudniej uczciwie odpowiedzieć na pytanie, co samemu zrobiłoby się jesienią 1989 roku, siedząc przy biurku premiera albo ministra finansów i patrząc na gospodarkę przypominającą płonący budynek.
Polacy uwielbiają bohaterów. Jeszcze bardziej uwielbiają bohaterów rozczarowanych. A najbardziej lubią bohaterów, których można po latach obwinić za wszystkie własne rozczarowania.
Mazowiecki miał szczęście. Pozostał symbolem. Balcerowicz miał mniej szczęścia. Pozostał ekonomistą. W Polsce znacznie łatwiej wybacza się symbole niż rachunki.
Moja ocena , ostra ale prawdziwa, wyraża taką prostą prawdę – reformy Balcerowicza ratujące gospodarkę ratowały ją kosztem przede wszystkim robotników – tych którzy stworzyli Solidarność.. Tego nie zmieni nikt i nic, taka jest ta bolesna prawda o naszej transformacji.
Panie Zbigniewie,
właśnie w tym miejscu się różnimy. Umówmy się, dyskusje o Balcerowiczu po 37 latach przypominają trochę coroczne kłótnie o to, czy strażak powinien był najpierw ugasić pożar, czy zapytać płomienie o ich potrzeby emocjonalne.
Pisze Pan, że reformy Balcerowicza ratowały gospodarkę kosztem robotników, którzy stworzyli Solidarność. Problem polega na tym, że nie odpowiada Pan na pytanie: jaka była alternatywa?
W 1989 roku Polska nie była krajem rozwijającym się wolniej niż oczekiwano. Polska była krajem stojącym na krawędzi gospodarczego załamania. Inflacja przekraczała 600%, państwo nie miało pieniędzy, przedsiębiorstwa funkcjonowały dzięki dodrukowi pieniądza, a produkcja wielu zakładów była ekonomicznie nieracjonalna.
Nie było możliwości uratowania wszystkich miejsc pracy, ponieważ znaczna część tych miejsc pracy istniała wyłącznie dzięki systemowi, który właśnie zbankrutował.
To nie Balcerowicz zniszczył socjalistyczną gospodarkę. Ona była zniszczona wcześniej. Balcerowicz dostał rachunek do zapłacenia.
Oczywiście, że koszty transformacji ponieśli w dużej mierze robotnicy. To fakt. Ale równie prawdziwe jest stwierdzenie, że bez reform koszty ponieśliby wszyscy — i byłyby one wielokrotnie większe.
Warto też pamiętać, że Solidarność walczyła nie tylko o bezpieczeństwo socjalne. Walczyła również o wolność gospodarczą, własność prywatną i odejście od centralnego planowania. Nie można dziś uznawać połowy postulatów Solidarności za słuszne, a drugiej połowy za historyczną pomyłkę.
Historia transformacji nie jest opowieścią o idealnych decyzjach. Jest opowieścią o wyborze między rozwiązaniami złymi i jeszcze gorszymi. Krytyka konkretnych błędów jest uzasadniona. Twierdzenie, że można było przeprowadzić transformację bez głębokich kosztów społecznych, pozostaje natomiast tezą, której nikt dotąd nie potrafił poprzeć przekonującym przykładem z żadnego kraju postkomunistycznego.
To wszystko prawda ale Leszek Balcerowicz wybrał najbardziej radykalny wariant z tych jakie proponował MWF i Bank Światowy bo to byli prawdziwi reformatorzy polskiej gospodarki. Znam wypowiedzi dużych ekonomistów z tamtej strony, którzy dziwili się bardzo „szokowej terapii” Balcerowicza.
Mnie chodzi o to rozłożenie celów i tempo i to jakie były i są tego skutki, tylko tyle i aż tyle
Lepper powtarzał „Balcerowicz musi odejść”. Odszedł z polityki ale pozostał w głowach wielu polityków i nie tylko polityków.
Panie Krzysztofie, chirurg przed amputacją musie mieć zgodę pacjenta a sama amputacja odbywa się pod znieczuleniem. Balcerowicz nie pytał i co najgorsze nie znieczulił.
Zwykły, przeciętny człowiek był dla Balcerowicza środkiem produkcji a kiedy przestawał być zdolny do pracy nawet nie był złomem bo na złomie można zarobić a do człowieka trzeba dopłacać. To za jego czasów ukuł się zwrot „nieudacznik”. Rodzice z 5-6 dzieci nie dający sobie rady w nowej rzeczywistości to dziecioroby, do których państwo musi dokładać. Synonimem sukcesu jednostki stały się posiadane przez nią pieniądze. Ludzie sukcesu… prawie w każdej gazecie. Kto? bogacze, nie sportowcy mistrzowie olimpijscy, nie naukowcy, wynalazcy, nie lekarze stosujący jakąś nowoczesną procedurę itp itd. Efekty są do dzisiaj. Nie ma pieniędzy na naukę bo nauka nie prowadzi do sukcesu=kasy, nie ma kasy na procedury medyczne bo to nie sukces a młodzi nie chcą dzieci bo to przeszkadza w osiągnięciu sukcesu (oczywiście to nie jedyna przyczyna ale istotna).
To wszystko wykorzystał Lepper bazując na ludziach, delikatnie mówiąc, zawiedzionych na reformach a potem Kaczyński i jego PIS i do tej pory bazuje na nowych pokoleniach takich ludziach. I to jest długofalowa spuścizna Balcerowicza jego ideologia, filozofia wszczepiona w umysły wielu ludzi.
Na szczęście w dorosłe życie wchodzi pokolenie Z a oni całkiem inaczej podchodzą do życia.
Panie Darku,
Pańska metafora z chirurgiem jest efektowna, ale niestety nie opisuje sytuacji Polski z 1989 roku.
Pacjent, o którym Pan pisze, nie przyszedł do szpitala na planowy zabieg. Leżał już na oddziale intensywnej terapii po ciężkim wypadku. Gospodarka PRL była niewydolna, zadłużona, objęta hiperinflacją i niezdolna do dalszego funkcjonowania w dotychczasowej formie.
Pisze Pan, że Balcerowicz nie miał zgody pacjenta. Tymczasem zgodę na zmianę ustroju Polacy wyrazili 4 czerwca 1989 roku, odrzucając system, którego gospodarka była źródłem całego kryzysu.
Jeszcze bardziej problematyczne jest przypisywanie Balcerowiczowi zmian kulturowych, które zachodziły w całym świecie zachodnim. Kult sukcesu finansowego nie narodził się w gabinecie ministra finansów przy ulicy Świętokrzyskiej. Występował od Stanów Zjednoczonych po Francję, Wielką Brytanię i Niemcy. Polska po prostu weszła do świata gospodarki rynkowej wraz ze wszystkimi jej zaletami i wadami.
Nie zgadzam się również z tezą, że brak pieniędzy na naukę, problemy służby zdrowia czy niska dzietność są spuścizną Balcerowicza. Minęło od tego czasu niemal czterdzieści lat. Przez ten okres rządziły ugrupowania lewicowe, prawicowe, liberalne, konserwatywne i socjalne. Trudno twierdzić, że wszystkie współczesne problemy Polski są skutkiem decyzji jednego ministra z przełomu lat 1989–1990.
Paradoksalnie sukces polityczny Leppera i później PiS-u nie wynikał z samego istnienia reform, lecz często z faktu, że wiele koniecznych reform przez kolejne dekady odkładano lub przeprowadzano tylko częściowo.
Łatwo jest wskazać człowieka, którego można obarczyć odpowiedzialnością za wszystkie niedoskonałości III RP. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, jak konkretnie należało zatrzymać hiperinflację, zrównoważyć finanse państwa i stworzyć gospodarkę rynkową bez upadku nierentownych przedsiębiorstw i bez społecznych kosztów.
Takiej odpowiedzi krytycy Balcerowicza nie przedstawili do dziś.
Ten ostatni akapit jest zresztą sednem całego sporu. Krytycy Balcerowicza od trzydziestu kilku lat bardzo dokładnie opisują koszty transformacji. Znacznie gorzej idzie im opisanie realistycznej alternatywy. A ekonomia jest niestety dziedziną wyjątkowo nieuprzejmą: nie porównuje rzeczywistości z marzeniami, tylko z innymi dostępnymi możliwościami. To strasznie psuje dobre historie.
Panie Zbigniewie. Obawiam się, że ulega Pan pewnej iluzji. Plan Balcerowicza był koniecznym antidotum na hiperinflację i rozpad mechanizmów gospodarki komunistycznej, a Polska wchodziła w transformację w stanie jednego z najgłębszych kryzysów w całym obozie postkomunistycznym. Zarzut, że reformy przeprowadzono „kosztem robotników”, jest uproszczeniem — koszt poniosło całe społeczeństwo, bo alternatywą była jeszcze głębsza zapaść i utrata oszczędności ludzi niemal w całości. Wreszcie, określanie planu jako zbyt radykalnego pomija fakt, że jego rozciąganie w czasie mogło podważyć wiarygodność reform i zatrzymać proces naprawy zanim zdążył się rozpocząć. MFW oraz Bank Światowy, a także polscy ekonomiści proponowali warianty łagodniejsze, tyle że nie mieli ani wiedzy, ani doświadczeń, ani tym bardziej nie byli w stanie przyjąć odpowiedzialności za skutki takich „łagodniejszych” wariantów. To nie był przypadek, że dwóch kandydatów przed Balcerowiczem nie było skłonnych podjąć wyzwania.
*
Gdyby nie Balcerowicz Polska gopsodarka mogłaby się tak rozwijać jak gospodarka Ukrainy po 1991 r, z tym zastrzeżeniem, że Ukraina startowała ze znacznie wyższego poziomu.
Tak, to prawda na poziomie faktów. Mnie chodzi o wymiar globalny i tu prawdą pozostaje to, że po reformie Balcerowicza Polska stała się krajem, w którym największą cenę zapłacili ci co zrobili rewolucję solidarności a więc robotnicy.
To taki paradoks historii, nie pierwszy i chyba nie ostatni
Rozumiem Pański rodzaj wrażliwości. W okresie 1980-1990 zajmowałem się samorządami pracowniczymi, także z poziomu zarządu regionu Solidarności. Spotykałem bardzo wielu robotników w fabrykach. Wielokrotnie w okresie 1980-1981 byłem „strażakiem” do gaszenia pożarów strajkowych. Rozmawiałem z setkami ludzi w okresie realizacji planu Balcerowicza. Wielu z nich miało świadomość konieczności reform stabilizacyjnych. NIektórych z nich spotykam czasami do dzisiaj przy różnych okazjach. Oni nie widzieli wyłącznie czubka własnego nosa. Myśleli o swojej przyszłości, oraz przyszłości swoich rodzin, dzieci, wnuków. Nie wszyscy są rozżaleni i roszczeniowi. Tylko część z tych ludzi zasiliła szeregi prawicy kwestionującej przemiany po 1989 r. Tylko niewielka część z autentycznych rewolucjonistów należy dzisiaj do związku NSZZ Solidarność, który z tamtą „S” nie ma nic wspólnego, poza zawłaszczoną nazwą i płynącymi z tego profitami.
*
Rewolucję 16 miesięcy wolności 1980-1981 zrobili nie tylko robotnicy. Zrobiła ją Solidarność będąca ruchem i sojuszem ludzi wszystkich klas i warstw społecznych. Oni wszyscy, a właściwie my wszyscy zapłaciliśmy cenę tego, że kumunizm nie umiał i nie chciał się reformować. Balcerowicz w istocie ratował resztki tego czego nie zdążyli zepsuć komuniści, oraz ich nieudolne i uporczywe trzymanie sie u władzy co najmniej 10 lat za długo. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby zamiast Balcerowicza był ktoś, kto zniweczyłby wysiłki planu stabilizacyjnego. Jaką wówczas cenę zapłacilibyśmy wszyscy, w tej liczbie także robotnicy ?
*
Rewolucja „pożera własne dzieci” to fakt a może bardziej slogan znany z historii. Na szczęście nasza po pierwsze była bezkrwawa (prawie) a po drugie udana. Koszty wspomnianego „paradoksu historii” były bolesne, ale krótkotrwałe i zakończone stabilizacją.