06.06.2026
Jest coś niebywale brytyjskiego w sposobie, w jaki Wielka Brytania próbuje wrócić do rozmowy o Unii Europejskiej.
To trochę tak, jakby człowiek dziesięć lat temu w przypływie emocji trzasnął drzwiami, spakował walizki, wygłosił płomienne przemówienie o wolności, suwerenności i nowym życiu, po czym zamieszkał samotnie w przyczepie kempingowej na końcu ogrodu. Przez pierwsze miesiące opowiadał wszystkim, że nigdy nie był szczęśliwszy. Potem zaczął narzekać na pogodę. Następnie na rachunki. Potem na hydraulikę. A dziś coraz częściej spaceruje pod dawnym domem i niby przypadkiem zagląda przez okno.
Nie po to, żeby wrócić. Skądże znowu. On tylko sprawdza, czy ktoś jeszcze pamięta jego ulubiony kubek.
Minęło dziesięć lat od referendum brexitowego i historia zrobiła coś wyjątkowo nieuprzejmego wobec jego autorów. Wzięła ich obietnice i skonfrontowała je z rzeczywistością. A rzeczywistość, jak wiadomo, jest stworzeniem pozbawionym poczucia humoru. Nie czyta manifestów politycznych, nie ogląda kampanii wyborczych i nie przejmuje się patriotycznymi sloganami.
Po prostu wystawia rachunki.
Brexit miał być wielkim odzyskaniem kontroli. Miał być triumfalnym powrotem Albionu na oceaniczne szlaki. Miał być nowym początkiem, gospodarczą eksplozją, narodowym przebudzeniem i politycznym odpowiednikiem sceny z filmu, w której bohater odrzuca kajdany i rusza ku wolności przy akompaniamencie orkiestry symfonicznej.
Tymczasem orkiestra trochę fałszowała.
W ciągu ostatniej dekady brytyjska gospodarka rosła wolniej od wielu porównywalnych krajów. Handel z Europą stał się bardziej skomplikowany. Eksporterzy odkryli, że biurokracja, którą obiecywano zlikwidować, nie zniknęła. Zmieniła tylko adres. Firmy transportowe zaczęły tonąć w papierach. Rolnicy zaczęli narzekać. Przedsiębiorcy zaczęli liczyć straty. Nawet część dawnych entuzjastów brexitu zaczęła przypominać kibiców, którzy po przegranym meczu tłumaczą, że sędzia był przeciwko nim od początku.
Przez lata zwolennicy wyjścia z Unii opowiadali, że Bruksela jest biurokratycznym potworem pożerającym narodową suwerenność. Dziś ci sami Brytyjczycy coraz częściej odkrywają starą prawdę, którą zna każdy mieszkaniec bloku.
Można nie lubić wspólnoty mieszkaniowej. Można przeklinać zebrania. Można śmiać się z regulaminów. Ale kiedy dach przecieka, jednak wygodniej jest mieć sąsiadów.
Świat od 2016 roku zmienił się bardziej, niż wielu ludzi chciałoby przyznać. Rosja rozpoczęła pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie. Chiny i Stany Zjednoczone weszły w epokę strategicznej rywalizacji. Handel stał się bronią polityczną. Surowce stały się narzędziem nacisku. Bezpieczeństwo wróciło do centrum polityki.
I nagle okazało się, że samotna wyspa nie jest już tak komfortowym miejscem, jak wydawało się dekadę temu.
Nawet Brytyjczycy zaczęli dostrzegać, że XXI wiek nie przypomina czasów królowej Wiktorii. Nie wystarczy już wysłać kilku okrętów, postawić flagi na mapie i wygłosić przemówienia o potędze imperium. Świat stał się zbyt skomplikowany, zbyt drogi i zbyt niebezpieczny. Dlatego coraz więcej ludzi na Wyspach zaczyna zadawać pytanie, które jeszcze kilka lat temu było politycznym tabu.
A może jednak wyjście było błędem?
To pytanie działa na Nigela Farage’a mniej więcej tak, jak czosnek działał na wampiry w dawnych filmach grozy. Farage jest zresztą jedną z najbardziej niezwykłych postaci współczesnej polityki. To człowiek, który przez trzydzieści lat walczył o brexit, doprowadził do brexitu, a następnie przez kolejne lata tłumaczył, że problemy po brexicie nie mają nic wspólnego z brexitem. To talent porównywalny z podpalaczem straży pożarnej, który po ugaszeniu budynku wygłasza wykład o przyczynach pożaru.
Ale nawet Farage nie zatrzyma czasu.
Sondaże pokazują od dawna, że większość Brytyjczyków uważa dziś wyjście z Unii za pomyłkę. Młodsze pokolenie patrzy na brexit mniej więcej tak, jak Polacy patrzą na pomysły z czasów późnego PRL-u — z mieszaniną zdumienia, rozbawienia i pytania: „Naprawdę ktoś uważał, że to dobry pomysł?”.
I tutaj zaczyna się najciekawsza część całej opowieści. Wielu Europejczyków wyobraża sobie powrót Wielkiej Brytanii jako wzruszającą scenę rodzinnego pojednania. Oto syn marnotrawny wraca do domu. Matka Europa otwiera ramiona. Wszyscy płaczą ze szczęścia. Francuzi przestają się obrażać. Niemcy otwierają szampana. Belgijscy urzędnicy piszą wzruszone komunikaty prasowe.
Problem polega na tym, że życie rzadko przypomina reklamy rodzinnych banków.
W Brukseli pamiętają doskonale, jak wyglądało brytyjskie członkostwo. Londyn przez dekady był mistrzem blokowania, negocjowania, wetowania i targowania się o każdy przecinek. Brytyjczycy uczestniczyli w europejskim projekcie mniej więcej tak, jak kot uczestniczy w kąpieli. Formalnie obecni. Mentalnie nieobecni.
Unia Europejska po brexicie zaczęła się zmieniać. Pojawiły się wspólne pożyczki. Wzmocniono współpracę obronną. Coraz częściej mówi się o federalizacji niektórych obszarów polityki. Wiele z tych projektów prawdopodobnie zostałoby zablokowanych, gdyby przy stole nadal siedzieli brytyjscy premierzy.
Dlatego w europejskich stolicach obok sentymentu pojawia się również ostrożność. Nikt nie chce organizować drugiego ślubu z partnerem, który już raz uciekł przez okno.
Wyobraźmy sobie ten moment za kilkanaście lat. Wielka Brytania wraca. Przyjmuje nowe zasady. Godzi się na większą integrację. Przestaje opowiadać o wyjątkowości swojej sytuacji. Przestaje negocjować specjalne rabaty. Przestaje zachowywać się jak klient restauracji, który zamawia najdroższe danie, a potem przez godzinę dyskutuje z kelnerem o wysokości rachunku.
Brzmi pięknie. Brzmi również kompletnie niebrytyjsko i właśnie dlatego ta historia jest tak fascynująca.
Brexit miał udowodnić, że można opuścić Unię i prosperować równie dobrze albo lepiej. Dziś coraz częściej staje się argumentem odwrotnym. Żywym pomnikiem politycznej pychy. Wielkim eksperymentem, który miał pokazać siłę samotności, a pokazał wartość współpracy.
Nie oznacza to, że Wielka Brytania jutro wróci do Unii. Nie wróci. Nie oznacza nawet, że wróci za pięć lat, ale pierwszy raz od dekady pytanie przestało brzmieć: „Czy warto było wychodzić?”. Coraz częściej brzmi: „Jak wrócić, żeby nie wyglądało, że od początku wszyscy wiedzieli, jak to się skończy?”.
A to, jak wie każdy człowiek po nieudanym rozwodzie, jest najtrudniejszą częścią całej operacji.
Krzysztof Bielejewski
