Piotr Kuczyński: Sytuacja międzywyborcza

piotr kuczynski2015-06-12.

Wynik wyborów prezydenckich otwiera dla Polski nowe, nieznane perspektywy. I nie mówię tutaj o kwestiach politycznych. W sferze gospodarczej pojawia się mnóstwo pytań, na których odpowiedzi są niejasne i obciążone duży marginesem błędu.   

Nie wiemy bowiem po pierwsze kto wygra wybory parlamentarne i jakie ugrupowania będą tworzyły rząd. Nie należy poważnie traktować pojawiających się (bardzo rozbieżnych) sondaży, bo one prawdy nie pokazują. Kto na przykład uwierzy w to, że w nowym Sejmie nie będzie PSL? Ja w to nie uwierzę.

Po drugie nie wiemy też, czy prezydent elekt, Andrzej Duda, będzie chciał wypełnić złożone przed wyborami obietnice. Pierwsze, powyborcze wypowiedzi zdawały się rozmywać obietnicę cofnięcia wieku emerytalnego do poprzednio obowiązujących 60/65 lat. Prezydent elekt mówił o powiązaniu wieku z latami stażu pracy. Wszystko zależy jednak od logiki, od tego jak interpretować wypowiedzi prezydenta elekta.

Powstaje pytanie, czy do tej propozycji powrotu do starego wieku emerytalnego należy dodać „ i 40 lat składkowych” czy też „lub 40 lat składkowych”, bo to są dwa różne warianty. Jeśli będzie to „i 40 lat składkowych” (to jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne, mimo że zostanie potraktowane jako złamane obietnicy wyborczej), to z takiej opcji bardzo niewiele obecnie młodszych osób skorzysta. Skorzystałyby osoby starsze, a jeśli zostaną nałożone ograniczenia podobne do tych, jakie widniały w propozycji prezydenta Komorowskiego (podjęcie pracy przed 20. rokiem życia i wypracowanie emerytury wyższej o 30 procent od minimalnej, zakaz pracy do wieku emerytalnego) to i tych emerytów będzie niewielu.

Jeśli prezydentowi elektowi chodziłoby o „lub 40 lat stażu pracy” i to bez innych warunków, to mielibyśmy katastrofę. W takiej sytuacji na emeryturę mogłyby przechodzić nawet osoby w wieku 57 lat, o ile pracowały od 17 roku życia. Oczywiście katastrofę znacznie przesuniętą w czasie. Być może nawet po dwóch kadencjach prezydenta…

Najważniejsze jest na dzisiaj to, że nie wiemy, jakie ograniczenia dopiszą do projektu prezydenccy prawnicy – czy będzie to coś, co zawali polskie finanse, czy będzie też czymś skierowanym wyłącznie do garstki osób i nie będzie miało większego znaczenia. Musimy poczekać na szczegóły prezydenckiej propozycji, wtedy dopiero będzie można ją ocenić.

W mediach pojawił się też jeszcze jeden pomysł. Podobno nad tym pracują eksperci PiS. Chodziłoby o powrót z systemu zdefiniowanej składki do systemu zdefiniowanej emerytury, który obowiązywał do 1999 roku. W projekcie tym mówi się o zwiększeniu minimalnej emerytury z obecnych 880 złotych do 1.400 złotych. Środki na to pochodziłyby z „ozusowania” umów cywilno-prawnych (zwanych śmieciowymi) oraz na likwidację ograniczenia płacenia składek po przekroczeniu 30. krotności miesięcznego, prognozowanego wynagrodzenia w gospodarce.

I tutaj trudno propozycję ocenić bez poznania szczegółów. Czy na przykład za zniesieniem ograniczenia w płaceniu składek pójdzie zniesienie ograniczenia wysokości emerytury? Teraz można zarabiać krocie, a i tak ograniczenie płaconych składek powoduje ograniczenie wysokości emerytury, która nie ma od pewnego poziomu związku z wynagrodzeniem. Jeśli ograniczenia nie będzie to system będzie dopłacał mnóstwo pieniędzy ludziom zamożnym.

Bez względu na to, czy proponowany system na początku jego wprowadzenia zbilansuje się czy nie, to oczywiste jest, że w dłuższym terminie będzie bardzo kosztowny. Obecny system zachęca do późnego przechodzenia na emeryturę. Nowy będzie zachęcał do wczesnego zejścia z rynku pracy. To skutkować będzie (właśnie w dłuższym terminie) albo wyższymi składkami ZUS albo wyższymi podatkami. Bardzo ryzykowny pomysł. Szczególnie uderzający w ludzi młodych.

Najgorzej jest z innym postulatem prezydenta elekta – w krótkim terminie, bo w długim najważniejszy jest wiek emerytalny. Nie wiadomo jak na inicjatywę ustawodawczą, czyli na ustawę pozwalającym na przewalutowania kredytów walutowych po kursie ich wzięcia, zareaguje parlament. Politycy obecnej koalicji mogą nie oprzeć się przed wyborami pokusie przegłosowania tej szkodliwej inicjatywy. 30-40 miliardów strat banków doprowadziłoby do drastycznych spadków cen akcji banków i co za tym idzie indeksów giełdowych oraz do ograniczenia akcji kredytowej, co z kolei uderzyłoby w gospodarkę.

Opisałem wyżej tylko dwie sprawy ważne dla gospodarki i dla rynków finansowych, ale oczywiście jest ich dużo więcej. Dlatego też dla gospodarki i rynków finansowych ważny jest przede wszystkim wynik wyborów parlamentarnych, bo to tam zdecydują się losy zapowiedzi Andrzeja Dudy i PiS. Pierwsze reakcje rynków po wyborach były negatywne, ale utonęły w ogólnym pogorszeniu nastrojów na rynkach globalnych.

Potem wypowiedzi elekta na temat warunków powrotu do starego wieku emerytalnego dały rynkom nadzieję, że inne propozycje też zostaną rozwodnione. To z kolei dawało szansę na przezwyciężenie słabości GPW, ale nie należy zapominać o tym, że na razie w świat idą negatywne opinie. Bloomberg mówi o możliwej przeceni złotego i akcji, JP Morgan pisze o negatywnym wpływie polityki na wyceny akcji. Nie ma znaczenia, czy w takich raportach o Polsce mają rację czy nie – ważne jest, że to dociera do zagranicznych inwestorów i szkodzi GPW.

Nie znaczy to, że polskie indeksy nie będą rosły. Jeśli pretekst w postaci problemu z Grecją (bo według mnie to jest tylko pretekst) zniknie to korekta na rynkach akcji się skończy i przejdzie w letnią hossę, która często na rynkach obserwujemy. To zaś pozwoli na wyciągnięcie indeksów na GPW i pozbycie się akcji przez fundusze zagraniczne, które będą uciekały z rynku przed wyborami.   Od końca sierpnia będziemy się już tylko kierowali sondażami (mimo, że nie mają one wielkich właściwości prognostycznych) i zapowiedziami polityków mówiących, co zrobią jak dojdą do władzy, To nie będzie sytuacja sprzyjająca rynkowi akcji. Pieniądze lubią spokój.

Jest też jeszcze jeden element – sytuacja na Ukrainie. Przestaliśmy się tym zajmować, ale problem w każdej chwili może powrócić. Porozumienie mińskie mówi o oddaniu do końca roku granic Ukrainy we władanie rządowi w Kijowie. Wydaje mi się nieprawdopodobne, żeby separatyści dobrowolnie oddali granice z Rosją. Musi się wydarzyć coś, co pozwoli im powiedzieć, że tego zrobić nie mogą.

Warto jednak zauważyć, że ostra faza kryzysu ukraińskiego będzie rodziła (wydumane) zagrożenie dla Polski, a to pomagałoby rządzącym podczas wyborów. To z kolei spodobałoby się rynkom finansowym… Reasumując – czekamy na letnią hossę z akacjami i po niej bez akcji czekamy na wynik wyborów i powyborcze decyzje nowego rządu.

Piotr Kuczyński

www.blogbank.pl

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. bisnetus 2015-06-12
  2. MaSZ 2015-06-12
  3. wejszyc 2015-06-12
    • bisnetus 2015-06-12
      • wejszyc 2015-06-12
        • bisnetus 2015-06-12
  4. j.Luk 2015-06-12
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com