2015-06-28. Członek męski staje się jedynym dopuszczalnym religijnie instrumentem w walce z in vitro. Boskość członka męskiego wyklucza użycie go inaczej. Chyba, że samotnie.
1 min czytania
28.06.2015
11

Naprotechnologia jest alternatywą dla in vitro, faktem niezaprzeczalnym jest że są tacy którzy myślą męskim członkiem,”w walce o postęp”.
Naprotechnologia nie jest żadną alternatywą, do niczego. Ta metoda, mówiąc w skrócie, polega na regularnych obserwacjach cyklu, np. na podstawie gęstości śluzu, w celu ustalenia dni płodnych. Tyle.
W przypadku niedrożności jajowodów lub słabej jakości nasienia nic nie pomoże. Jeżeli jakaś para bardzo chce mieć dziecko, a mimo wieloletnich starań nie udaje się, pozostaje zapłodnienie pozaustrojowe metodą in-vitro. I nie ma co filozofować.
Drogi Aleksy: naprotechnologia nie jest alternatywą dla in vitro. Celem naprotechnologii jest przywrócenie możliwości naturalnego poczęcia, w związku z tym nie pomoże ona parom, u których przyczyny niepłodności są niemożliwe do wyleczenia i wykluczają możliwość naturalnego zapłodnienia. W tym przypadku ratunkiem jest tylko metoda in vitro. Nie zastanawiałeś się – drogi Aleksy, że możliwości współczesnego człowieka z zakresie in vitro, transplantologii, stosowania komórek macierzystych wynikają z Bożej woli?
Nie ma co filozofować:
-skuteczność in vitro 27%
-skutecznośc naprotechnologii 52%
„Skuteczność in vitro = 27%” (no, właśnie, 27% czego). Naprotechnologia (czyli mówiąc dosadnie, kopulacja w dni płodne, które trzeba umieć ustalić) pomaga w zwykłych, tzn. błahych przypadkach zaburzeń. Tam, gdzie nie pomaga, pozostaje in-vitro.
Bądź łaskaw Aleksy i podaj źródło. Czekam z niecierpliwością.
Sam zapewne nie skorzystam z tej wiedzy ale wnukom się przyda.
Pozdrawiam.
Jeszcze jedno Aleksy: w jaki sposób nie mając pojęcia o in vitro oraz „metodzie” naprotechnologii, spłodziłem trójkę dzieci? Marginalizowany ówcześnie Kościół i jedynie słuszna partia nie miały na to wpływu. Zgadnij Aleksy dlaczego?
Dane na ten temat zostały opublikowane w czasopiśmie „Journal of American Board Family Medicine” z września ubiegłego roku. Artykuł był recenzowany, czyli analizowany pod względem naukowym jeszcze przed publikacją. Jednym z jego czterech autorów był dr Phil Boyle, najbardziej znany europejski lekarz, stosujący naprotechnologię. Tekst przedstawia efekty leczenia niepłodności metodą naprotechnologii w jego ośrodku w irlandzkim Galway. W ciągu 5 lat zgłosiło się tam 1239 par małżeńskich, cierpiących z powodu niepłodności. Średni wiek kobiet wynosił 35,8 lat, średnia długość trwania niepłodności 5,6 roku. 33 proc. korzystało wcześniej z in vitro. Wskaźnik ciąż uzyskanych dzięki pomocy irlandzkich specjalistów wyniósł aż 52 proc. (Dla przypomnienia: skuteczność in vitro to około 27 proc.). Ale jeszcze ciekawsza jest informacja, że lekarze zajmujący się naprotechnologią skutecznie pomogli aż 30 proc. par, które wcześniej bezskutecznie korzystały z in vitro.
We wszystkich kościołkowych gazetach powtarza się wciąż reklama tego periodyku. Nie sądzę aby wyrażane tam opinie były konkurencją dla m.in. opinii prof. Szamatowicza, który wprost zarzuca kłamstwo piewcom rzekomo wysokiej skuteczności naprotechnologi.
W dyskusji z prof. Thomasem Hilgersem Szamatowicz ujawnił brak wiedzy na temat przyczyn bezpłodności i metod jej leczenia oraz zabiegi wykonywane na pacjentce, przed wprowadzeniem do jej ciała zarodka, szkodliwe dla zdrowia.
Wszystko co powyżej nie ma ani trochę humoru starej literówki z Warszawskiego życia, co Go określiło jako Czcionek Męski, który powinien być – moim zdaniem – patronem dziennikarzy.