Małgorzata Bonikowska: Czy wy o takich rzeczach wiecie?8 min czytania

()

zapiski2015-08-27. (od naszych przyjaciół z kanadyjskiej „Gazety)

Zaczęło się od tego, że obejrzałam film o niezwykłym spotkaniu uczniów jednej klasy po wielu dziesięcioleciach, które odbyło się we Wrocławiu. Oglądałam go poruszona do głębi. Takie spotkania zdarzają się nieczęsto. Kiedy po wielu wielu latach spotkałam się z kolegami ze Żmichowskiej na szkolnym zjeździe, było dużo emocji, ale tutaj… To nie był tylko zlot kolegów z ławy szkolnej, ale powrót do…? No właśnie – do czego? Nie do domu, nie do ojczyzny. Do młodości i czasów przyćmionych przez długie lata życia w innych rzeczywistościach. Do miejsca, które było domem, ale nagle brutalnie odebrano mu to imię. „Wiele czasu minęło, zanim nazywaliśmy tak jakiekolwiek miejsce na ziemi”, napisała organizatorka tego zjazdu.

W 2010 roku prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz gościł w swoim mieście wygnańców marca 1968 roku – ofiary chorego systemu i jego ludzi, którzy bez litości wyrwali z korzeniami tysiące Polaków żydowskiego pochodzenia, nie bacząc na niezabliźnione rany niedawnego Holocaustu, i z kraju, który kiedyś był dla ich przodków gościnnym schronieniem, wypędził ich przerywając nić odbudowywanego mozolnie życia.

Absolwenci VII LO im. Szolema Alejchema we Wrocławiu w 45. rocznicę ich matury postanowili spotkać się właśnie tam. Otrzymawszy list z taką sugestią prezydent Dutkiewcz zgodził się natychmiast. Przyjechali tam z całego świata, bo trafili w różne strony – USA, Kanada, Izrael, Szwecja, Anglia… Z 36 wyjechało 35. Wielu po raz pierwszy, wielu przełamując niechęć, żal i złość. Dali szansę sobie i miastu swojej młodości. Prezydent, głęboko wzruszony, witał, przepraszał za historię i dziękował im za tę szansę. Wręczył im klucze do miasta. Był serdecznym i gościnnym gospodarzem.

Klasę reprezentowała na uroczystości Sabina Baral, jedna z wygnanych, mieszkająca od wielu lat w San Francisco. To ona zaczęła szukać kolegów z liceum – odnalazła 28 osób, przyjechało 21. Wygłosiła przejmujące wystąpienie na uroczystości w zabytkowym ratuszu, gdzie zadawała wielokrotnie pytanie: „Czy wy o takich rzeczach wiecie?” O czym? O rzucanych na nich – dzieci żydowskiej szkoły kamieniach, o przezwiskach i niechęci, o pierwszym i ostatnim dniu w polskich przedszkolu, z którego wróciła z pokrwawionymi stopami, bo do jej bucików ktoś wsypał pokruszone szkoło, o ranach noszonych w sercach przez ich rodziców, ale przede wszystkim o tym co stało się z nimi kiedy w 1968 roku rozszalała się atmosfera bliska pogromu. (Film z tego pamiętnego spotkania na końcu artykułu, poniżej)

Sabina Baral za namową ciotki, a zapewne też pod wpływem tego spotkania z dawnymi kolegami i z Polską, napisała książkę o swojej drodze z jednego do drugiego świata „Zapiski z wygnania”, wydaną w 2015 roku przez oficynę Austeria.

To pierwsza i jedyna taka książka – rok 1968 był opisywany przez historyków, dziennikarzy, ale nikt z samych wygnanych nie opisał dotychczas swojej własnej historii, starając się jednocześnie pokazać przejścia innych. Ta opowieść odciska nieporównanie głębsze piętno na czytelniku niż fakty, liczby, opracowania historyczne. Poznajemy odczucia 20-letniej dziewczyny, która musi pozostawić za sobą wszystko, co znała i kochała, chłopca, z którym planowali ślub, miejsca, ludzi, wspomnienia. Byli tacy, którzy zostali, więc były też trudne rozstania.

zapiski-z-wygnania

Sabina Baral szczegółowo opisuje przygotowania do wyjazdu, kontrole przez wyjazdem i na granicy. Jakby samo wygnanie nie było wystarczającym ciosem, sprawcy zgotowali Żydom upokorzenia i prawdziwe psychiczne tortury. Ci, którzy ukończyli studia, musieli za nie zapłacić. Ktoś aby wywieźć rower musiał zrobić kartę rowerową. Inny musiał wyremontować pozostawione mieszkanie dla tych, którzy je przejęli. Dokumenty wymagały setek pieczątek i potwierdzeń autentyczności – kompletowanie tych idiotycznych świstków trwało wieczność i kosztowało fortunę.

Wolno im było wywieźć wymienione w banku 5 dolarów na osobę. Nagle trzeba było sprzedać wszystko co możliwe i kupić cokolwiek mogło się przydać na banicji. Nie wiadomo jednak było co wolno wywieźć, bo nie było żadnych konkretnych przepisów. Wszystko sprzed 1945 roku było zakazane – meble rodzinne musiały zostać, podobnie wiele dokumentów, pamiątek rodzinnych. Niektórzy je szmuglowali, inni zostawiali. Sabina Baral opisuje perturbacje innych rodzin, ich próby poradzenia sobie z szaleństwem biurokracji i polityki. Wyjazd fali 1968 roku był rajem dla tych, którzy za łapówki robili wyjątki od nieistniejących reguł.

Wypełnienie w trzech egzemplarzach detalicznej deklaracji celnej było początkiem kolejnych szykan. Sabina Baral wspomina jak „przeszliśmy kilkudniową, mozolną i upokarzającą odprawę celną w zimnej jak kostnica hali ukrytej w czeluściach wrocławskiego Dworca Głównego”. Tam też łapówki potrafiły zdziałać cuda. Przy odprawie celnej pewnej rodziny znalazły się kamery aby pokazać społeczeństwu jakie to zrabowane Polakom dobra wywożą syjoniści.

I to jeszcze nie koniec. Na granicy w Zebrzydowicach kolejne przeszukania, kwestionowanie i rozkradanie misternie spakowanych rzeczy. Sabina straciła tam ważną część siebie – pamiętnik (nie wolno wywozić rękopisów!) – sama go podarła, żeby nie trafił w łapy celników, „zamykając w ten sposób moją dziewczęcą przeszłość”. Jej chłopiec, którego zapewnili, że będzie mógł wrócić do wagonu na ostatnie pożegnanie, już nie miał tam wstępu. Tak rozpoczęło się ich rozstanie.

Z Zebrzydowic niektórzy trafili do więzień – za jakąś bzdurę, która nie była wymieniona w deklaracji celnej.

Tam przekraczając tę granicę na zawsze, Sabina Baral, podobnie jak tysiące innych wygnańców nie mogła nie myśleć o tym, że „Wraz z nami kończy się żydostwo w Polsce, że jesteśmy ostatnim rozdziałem tej bogatej historii”.

Sabina Baral (Binder) na obozie studenckim, ostatnim przed wygnaniem z Polski

Sabina Baral (Binder) na obozie studenckim, ostatnim przed wygnaniem z Polski

Dokument podróży bezpaństwowców – „nie paszport”, jak nazywa go autorka – oznaczał brak przynależności. Nie należeli nigdzie i nikt właściwie ich nie chciał. Z Wiednia Sabina Baral z rodzicami trafili do Rzymu, stamtąd do Detroit.

Włochy dały jej język, pierwszą wspaniałą pracę w agencji pomocy Żydom HIAS (Hebrew Immigrant Aid Society), doświadczenia, które potem zaowocowały świetną pracą w Stanach, i doświadczenia życiowe – lekcje, jak je nazywa w książce autorka. Ten rozdział to dodatkowy powód, dla którego trzeba przeczytać tę książkę. Nikt kto nie przeszedł emigracji nie może wielu z tych lekcji zdobyć sam.

I wreszcie Detroit – brzydkie miasto, z całą amerykańską specyfiką lat 1970. Rodzice odcięci od małych narożnych sklepików, lokalnego piekarza czy rzeźnika, zakupy w supermarketach. Bez samochodu nie da się żyć. Trzeba na niego zapracować. Amerykańska codzienność tak różna od tego, co zostało tam, że przegrywa z nią nawet Jacek, chłopak z Polski, i jego pełne planów i miłości listy…

Skrzynie przysłane z Polski okazują się wypełnione bezużytecznymi za Oceanem przedmiotami – aparat Zorka, kryształy, okupione łapówkami, rower. Tamte rozterki co kupić i polowania na coś, co pomoże na wygnaniu, to stracony czas. I wyrzucone w błoto pieniądze. Znowu okazuje się, że światy nie przystają do siebie w żadnym stopniu.

Pierwsza grupa przyjaciół, pierwsza praca. Jeszcze ciągle obcy, ciągle emigranci. I nagle moment przełomu – Sabina Baral zaczyna być AMERYKANKĄ. Już nie jest wygnańcem z Polski. „Ja, urodzona we Wrocławiu, z dziadów i pradziadów w Polsce urodzonych i pochowanych, ja, córka chłopów z rzeszowskiego i szczotkarzy spod Lwowa” – ona wybiera swoją nową tożsamość. Z pełnym sukcesem.

Detroit.Sabina Baral (wtedy Binder) jako świadek na ślubie Ewy Bober i Karola Fromma (wtedy Żmijewskiego)

Detroit.Sabina Baral (wtedy Binder) jako świadek na ślubie Ewy Bober i Karola Fromma (wtedy Żmijewskiego)

Rodzice, o których Sabina Baral pisze ze szczególnym bólem, pozostali na zawsze wygnańcami. O nich i o ludzi ich pokolenia ma największy żal. „…ledwo przeżyli niedawny Holocaust. Szczęściarze – nieszczęśniarze. Odważni, z niekończącą się wolą życia i przeżycia. (…) Znikły ich liczne rodziny. Powychodzili z lasów, z dziur w ziemi, z szaf, piwnic i strychów, wyszli półżywi a obozów, wrócili z Syberii i z Kazachstanu do domu, do Polski. A potem przez następne dwadzieścia trzy lata nie wyjechali, mimo że kilkakrotnie było to możliwe. Chcieli mieszkać tutaj, tu, gdzie urodzili się ich rodzice i gdzie urodziły się ich dzieci – my. Po wojennej gehennie, po latach cierpienia i strachu, mimo wszystko jeszcze raz zdecydowali, że Polska to jest ich kraj. I tych ludzi w 1968 roku Polska wyrzuciła.” Odeszli po cichu, spoczęli w amerykańskiej ziemi.Rodzice - Detroit 1975

„Zapiski z wygnania” mają jeszcze epilog. To de facto imponujące CV autorki, reprezentatywne dla jej pokolenia wygnańców marcowych. Jej pierwsze i drugie małżeństwo, dzieci, szczęśliwe, udane życie rodzinne, towarzyskie, sukcesy zawodowe.

Rozmawiamy długo – o tożsamości, o odnajdywaniu siebie, swego miejsca. I o książce. Pełny tekst rozmowy – na łamach „Gazety”

Małgorzata Bonikowska

Gazeta_logo

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.