Jarosław Dudycz: Konserwatyści – wieczni przegrani10 min czytania

()

tradition-logo2015-10-04.

Droga przemian wydaje się nieunikniona. Zniesiono niewolnictwo, kobiety zyskały prawa wyborcze i poszły do pracy, bicie dzieci jako środek wychowawczy straciło społeczne poparcie. I wszystko to się dokonało, chociaż w pierwszym odruchu, gdy do tych zmian wzywano, masy ludzi się temu sprzeciwiały. Ostatecznie jednak ludzie się przełamywali, coś w świecie pękało i reformy uznawano za naturalne. Nawet dorożki odeszły do lamusa, mimo że dorożkarze gotowi byli automobilistów wieszać.

Dynamika zmian w świecie kształtuje się następująco: wpierw innowatorzy napotykają opór, a w skrajnych przypadkach spotyka ich agresja, przemoc i ostracyzm, a po pewnym czasie, niekiedy liczonym w setkach lat, wszyscy już myślą w kategoriach pionierów. Każda myśl, każde odkrycie i każda świeżość muszą przejść przez te tryby, nigdy nie było tak, żeby tłumy od razu zapaliły się do zmian i podjęły je z entuzjazmem. Czy chodzi o postępy w medycynie, czy o postępy w astronomii, czy o emancypację różnych grup społecznych, zawsze wpierw masy i ich elity (mające charakter religijno-polityczny) pałają świętym oburzeniem, a potem i tak ludzkość cieszy się z postępu.

Postawię zatem tezę: nigdy nie zrezygnowano z postępu, nigdy summa summarum nie wygrała opcja wsteczna. Żadne odkrycie naukowe i żaden postulat emancypacyjny – mimo że się usilnie starali – nie został stłamszony przez konserwatystów.  Jawią się więc konserwatyści w tym świetle jako ludzie teatralni, tragiczni, ciągle głoszący obronę „wiecznego, niezmiennego porządku” i ciągle przegrywający, ciągle zmuszeni do przesuwania granic tego, co uważają za „wieczny niezmienny porządek”.

Kiedyś taką „wieczną, niezmienną wartością” było dla konserwatystów choćby nieingerowanie w ciało ludzkie, zabraniali więc sekcji zwłok. Przegrali. Taką „wieczną, niezmienną wartością” było też siedzenie kobiet w domach i podporządkowanie mężom. To konserwatyści też przegrali. Można by liczbę poddanych przez nich twierdz wymieniać godzinami.

Dlaczego to zawsze tak wygląda? Dlaczego ostatecznie – pomimo napotykania oporu – duch zmian wygrywa w świecie? Dlaczego nigdy konserwatystom nie udało się zatrzymać świata? Dlaczego ciągle muszą przesuwać ten swój punkt „wiecznych, niezmiennych wartości”?  Dlaczego nie umieją nigdy utrzymać żaden swojej pozycji i  bez przerwy są przesuwani w kierunku ściany? Dlaczego ciągle przychodzi im zmieniać rewiry, których bronią? Z czego wynika ta ich słabość? Ta niezdolność do utrzymania własnych fortów?

Sądzę, że nie chodzi tu w ogóle o kwestie epistemologiczne. Nie chodzi o poznawanie prawdy i przekonywanie do niej. Powiew przemian nie opiera się na sile argumentów. Nie jest nigdy tak, że ludzie nieprzychylni zmianom zostają pokonani w intelektualnej debacie i wycofują się ze swojego konserwatywnego uporu, bo do czegoś ich przekonano. Nie chodzi zatem o jakieś wyidealizowane zwycięstwa w dyskusjach,  takie rzeczy w świecie się nie dzieją, dyskusji w zasadzie wygrać się nie da. Nie ma skutecznych dyskusji. Każdy, kto ma konserwatywnych znajomych, wie, że nie sposób ich do czegokolwiek namówić. Oni w rozmowie zostaną zawsze na swojej konserwatywnej pozycji. Żadne argumenty, żadne dowodzenia nie odegrają żadnej roli, nie odwiodą konserwatystów od ich dogmatów.

W jaki sposób zatem świat się zmienia, jeśli nie drogami debaty i intelektualnych zwycięstw nad konserwatyzmem? Jak to możliwe, że w końcu zgodzono się na sekcje zwłok? Jak to możliwe, że kobiety mogą chodzić w spodniach i głosować?

Rzecz jest prosta: decydują rozwiązania siłowe. Opór wobec sekcji zwłok zmniejszał się, gdy coraz więcej lekarzy decydowało się na jej przeprowadzanie. Robili to pomimo zakazów,  ich ciekawość okazała się silniejsza niż obwarowania. W pewnym momencie tych sekcji zwłok zrobiono już tyle, że konserwatyzm nie miał nic do gadania, nie był w stanie zatrzymać masy zdarzeń.

To właśnie tak dokonują się zmiany w świecie: ludzie popierający zmiany robią swoje i z roku na rok jest ich coraz więcej. I w którymś momencie konserwatyzm nie jest już w stanie utrzymać oporu, oddziałuje na niego zbyt duża presja. Pionierzy danej dziedziny zyskują zwolenników, rosną w siłę i stają się w którymś momencie ruchem przeważającym, o kapitale społecznym, którego nie można lekceważyć.

Kobiety wyemancypowały się nie dlatego, że inteligentnie przekonały mężczyzn do swoich racji, ale dlatego, że się zrzeszały, że wychodziły na ulice, że manifestowały, że było ich coraz więcej i więcej, i zyskiwały zaplecze, gromadziły coraz większe środki. I ostatecznie wygrały, bo najnormalniej w świecie przepchnęły się ze swoimi oczekiwaniami. Wtłoczyły je do społecznego krwiobiegu. Wywalczyły sobie dość zwolenników, ugryzły dość miejsca w świecie.

Można więc powiedzieć, że zmiany się po prostu dzieją. Toczą się. Określona liczba osób zaczyna napierać ze zmianami, zaczyna używać nowych narzędzi i nowych technologii i wsysa pozostałych. Nie sposób tego zalewu powstrzymać, bo nie sposób tych ludzi zlikwidować, wsadzić do więzień, odebrać im ich wynalazki. Robi się tych nowości za dużo, różnym ludziom żyjącym naokoło zaczyna się to podobać. Biorą to, co nowe, i zaczynają z tego korzystać, widzą, że to jest wygodne i pożyteczne, że pomaga, że ułatwia życie, a krzywda żadna ich od tego nie spotyka.

Zmiany w świecie są więc sprawą pewnej ekonomii. Ludzie chętnie – choćby dopiero po pewnym czasie – godzą się na nowe, bo widzą, że tak będzie się im żyło dużo prościej i szybciej. Zwłaszcza, jeśli ktoś w pobliżu już tak żyje i dostarcza materiału do porównań. Praca kobiet stała się powszechna, bo najnormalniej w świecie zaczęła się rodzinom opłacać, opłacać tak po prostu, finansowo, i nawet te najbardziej konserwatywne rodziny to dostrzegły. W pewnym momencie nie opierały się już postępowi, bo rozglądając się, widziały, że ten postęp jego zwolennikom dostarcza wymiernych zysków, i nie chciały, by te zyski je ominęły. Środowiska zmian rozrastały się, tworzyły coraz większy napór, i dalszy bunt skazywałby konserwatystów na jakiś rodzaj niewygody.

Te same miary można przyłożyć, uważam, do tego, o czym się obecnie dyskutuje w Kościele. Czy w katolicyzmie pojawi się zgoda na małżeństwa homoseksualne, na kapłaństwo kobiet, na antykoncepcję?

Śmiem twierdzić, że tak, choć oczywiście nie umiem powiedzieć, w jakim czasie się to dokona. Może za lat pięć, a może dopiero za pięćdziesiąt. W polskim Kościele oczywiście zmiany przyjdą później, choćby ze względu na aktualne zwyżkowanie prawicy. Ważne, żeby już dziś zauważyć, że Kościół nie jest w tych kwestiach monolityczny. Że jest sporo środowisk wewnątrzkościelnych, które wcale nie chcą upierać się przy tym, że płodność to jest wielki, bezwzględny boży plan dla małżonków i że miłosiernemu Bogu znanemu z Ewangelii jakoś bardzo zależy na tym, żeby miłość między ludźmi była podporządkowana porządkowi płci. Sporo jest w Kościele grup, które chciałyby przeforsować stanowisko, że kształt życia seksualnego jest sprawą wolności partnerów i Bóg nie ma wcale żadnej potrzeby, aby ludziom wyznaczać jakiś seksualny program. Według tej logiki, Bóg, który jest miłością, oczekuje ewangelicznej troski o godność człowieka, a ta wcale nie musi ucierpieć od modyfikowania życia seksualnego według uznania partnerów.

Takich wypowiedzi jest coraz więcej, nawet w Kościele w Polsce. Poza tym oddziałują na Kościół głosy z zewnątrz Kościoła. Wierzący żyją przecież w świecie po rewolucji seksualnej, widzą, jak świat postępuje, mają znajomych w tym świecie. Żaden wierzący nie jest przecież wyrwany ze świata, nie ma zamkniętych oczu.  Dostrzega, jakich wyborów ludzie dokonują, jak sobie sami – bez nakazu autorytetów – układają swoje sprawy łóżkowe. Nie jest też tak, że wierni Kościoła są krystalicznie czyści w przestrzeganiu nakazów Kościoła, świat ich kusi, świat się im podoba, często w Kościele są tylko jedną nogą, a drugą w świecie obyczajowych wolności.

Granice Kościoła są więc elastyczne i przepuszczalne, biskupom nie uda się ich upilnować. Wymiana między światem a Kościołem będzie postępować, świat będzie wpływał na naukę Kościoła, bo przemożnie wpływa na jego wyznawców. Ludzie żyjący w Kościele ulegają już teraz światowym trendom, zawsze ulegali, choć może z opóźnieniem. Nie są wszak sekciarzami, nie żyją w izolacji, świat ich formuje. I wcale nie jest to – jak już wyżej mówiłem – kwestia jakościowa, sprawa jakichś wielkich argumentów, którymi świat miałby przekonać do siebie ludzi Kościoła, ale banalna kwestia ilościowa. Po prostu coraz więcej osób w świecie zgadza się na nowe obyczajowe porządki, one zaczynają dominować i wciągają także ludzi wierzących. Opór kosztowałby zbyt wiele, o wiele wygodniej jest pójść za zmianami.

Konserwatywna, ostra etyka seksualna Kościoła może więc runąć nie dlatego, że ktoś ją spektakularnie obali wielkim traktatem filozoficznym, ale dlatego, że coraz mniej osób będzie chciało nią sobie zawracać głowę, a siłą ruchów masowych zwróci się ku innym, bardziej – tak to nazwijmy – ergonomicznym modelom.

Odrzucenie przez Kościół tradycyjnej etyki seksualnej może być sprawą nie tylko naporu mas ludzi żyjących inaczej, światowo, ale też sprawą naporu technologii. Ostatnio w jednej facebookowej dyskusji zwróciła na to uwagę Milada Jędrysik. Napisała mały, ale bardzo istotny komentarz: „za osiągnięciami technicznymi pójdzie zmiana kulturowa – bo łatwiej jest rozmnażać się w próbówce i rosnąć sobie w inkubatorze. Już dzisiaj coraz więcej kobiet chce cesarkę, bo się nie chce męczyć z tym absurdalnym porodem”.

Nie sposób się z Miładą Jędrysik nie zgodzić. Kościół może mieć coraz mniej do powiedzenia w kwestiach seksualnych, jeśli rozmaite technologie ingerujące w seksualność i czyniące ją łatwiejszą, jeszcze przyjemniejszą, jeszcze bardziej podporządkowaną człowiekowi staną się tanie i powszechnie dostępne.  Na razie to brzmi futurystycznie, ale trudno będzie ludzi namówić do rozmnażania naturalnego i porodów, jeśli ktoś wymyśli powszechnie dostępną sztuczną macicę.  Dokładnie na tej samej zasadzie ciężko dziś odwieść ludzi od antykoncepcji, skoro jest sprawą prostego połknięcia tabletki.

Może to właśnie dlatego coraz więcej osób w Kościele chce, by Kościół zredefiniował swoje nauczanie o antykoncepcji. Nie chodzi być może tylko o to, że ludzie w Kościele zaczynają dostrzegać, że relacje międzyludzkie wcale się nie muszą dewastować od tej zohydzonej „złej, śmiercionośnej antykoncepcji”, bo świat stosuje ją powszechnie i wcale się nie brutalizuje, nie ginie, ale też o to, że widać, jak łatwe to wszystko jest, jak wygodne i jak tanie.

Skoro więc możemy być niemal pewni, że Kościół katolicki wcześniej czy później – wzorem wielu innych wspólnot chrześcijańskich – pogodzi się z nowymi obyczajami i dostroi do nich swoją naukę, to możemy spać spokojnie, nie angażować się w spory obyczajowe z kościelnymi konserwatystami i nie marnować naszych sił. Skoro wiemy, że i tak postęp wygra, to warto zaniechać kłótni i zaoszczędzony czas wykorzystać inaczej. Robić swoje.

Jarosław Dudycz

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

10 komentarzy

  1. BM 04.10.2015
  2. Gigo 04.10.2015
  3. W. Bujak 04.10.2015
    • BM 04.10.2015
    • pak 05.10.2015
      • W. Bujak 06.10.2015
  4. W. Bujak 04.10.2015
  5. Brentano 04.10.2015
  6. W. Bujak 05.10.2015
  7. pak 05.10.2015