2015-10-06.
Ja jednak jestem romantyczką.
W osobie księdza, którego trafiła strzała Amora, vel Piorun Sycylijski, widzę co innego niż zastępy policzkujących go publicznie Polaków. Romantyczka…
I nie coming-out tego pana mnie zaskakuje, ale bracia Polacy.
Oto kilka lat temu przyszła pora na coming-outy celebrytów i mieliśmy wysyp wywiadów z osobami LGBT, które pięknymi słowami opowiadały, jak to cudownie wreszcie wziąć głęboki oddech i wykrzyczeć światu, że jest się zakochanym, kochającym i kochanym Człowiekiem. Hura!
Poszły za tym w ślad konferencje, sesje w kolorowych czasopismach, wywiady a tabloidy dorabiały różniste tła. Ach, jakie mamy poczucie uwolnienia, Prawdy i jak pięknie zrzuciliśmy kajdany fałszu i zakłamania! Tęcza na placu Zbawiciela, kolorowe parasolki i cud z miodem!
Ze zdumieniem obserwuję, jak wobec księdza, który naiwnie uczynił to samo (a dlaczego by nie?) Polacy, nawet nie bardzo katoliccy i niekatoliccy, a i bracia ze środowiska LGBT biegną z gwoździami i wołają gniewnie jak w musicalu Jesus Christ Superstar:
– Crucify him! Crucify him!
Nie takiej reakcji środowiska spodziewał się ksiądz Charamza, choć wiedział, że oberwie od swoich, zapewne sądził, że społeczność LGBT powie mu choć dobre słowo.
Padają słuszne skądinąd argumenty, że „widziały gały co brały”, gdy wstępował w kapłaństwo. I później też wiedział… No, nie ukrywajmy – wiedział.
Ksiądz Charamsa wiedział i wierzył. Ale od jakiegoś momentu przestał.
I oto przyszedł moment, w którym otaczający go fałsz i obłuda a nawet podłość przekroczyły masę krytyczną i nasz bohater zdecydował się wkroczyć na drogę Prawdy z okrzykiem – DOOOOOOOOŚĆ!
Co było punktem zapalnym?
Stara, wyświechtana miłość, w którą dzisiaj nikt, kto policzkuje publicznie księdza Charamsę, nie wierzy. Księża, ateiści, a nawet geje zarzucają mu cynizm i wyłącznie chęć zaistnienia w przestrzeni publicznej, którą dotąd oni zajmowali – commingoutowcy i księża opluwający LGBT, wszelkie ekstrema.
Inni jeszcze widzą w tym spiskową teorię, że oto za chwilę mamy synod w sprawie rodziny i że zapewne jakieś postępowe gremium podpuściło księdza, żeby wyskoczył jak przysłowiowy Filip i zaszumiał, przytoczył piękne i okrągłe słowa papieża o homoseksualistach. O tym, że kościół powinien być jak szpital…
Jeśli faktycznie byli tacy spiskowcy, kierujący księdzem z tylnych rzędów to na co liczyli? Trudno przewidzieć, ale jeśli tacy są, to są optymistami na granicy naiwności. Celibat pozostanie, a niechęć do homoseksualistów jest wpisana w uczucia naszych biskupów niezależnie od zaleceń papieża.
Prywatnie nie ma dla mnie znaczenia gest księdza Charamsy. Gratuluję endorfin i odwagi, a też świadomości jak bardzo oberwie. Żal mi księdza Charamsy, który ewidentnie odlatuje na skrzydłach uczucia.
Niemniej aberracja celibatu i najzwyklejsza miłość, a w tym miłość homoseksualna dotyka wielu, BARDZO wielu księży, kleryków, zakonników.
Mnie też od zawsze uderza ten fałsz, ale nie o tym ja! Mnie dzisiaj zaskoczyła furia z jaką środowiska niekatolickie i LGBT rzuciły się na księdza.
Jedyna, która oficjalnie go wspiera (oprócz mnie romantyczki) jest Anna Dryjańska (feministka!), która słusznie zauważa:
– ksiądz kochający budzi większe oburzenie niż ksiądz gwałcący
Prawda, jakie to prawdziwe?
I jeszcze:
Wbrew pozorom, prawda nie wyzwala rzymskokatolickich przywódców, tylko przysparza im kłopotów, bowiem ideologia watykańska opiera się na udawaniu.
Kobiety udają, że nie stosują antykoncepcji i nie przerywają ciąży, mężczyźni udają, że się nie masturbują, młodzież udaje, że nie uprawia seksu przed ślubem.
Rodzice dzieci z in vitro udają, że do zapłodnienia nie doszło w klinice leczenia niepłodności, a duchowieństwo udaje, że skutecznie stłumiło naturalne potrzeby seksualne. Księża (nie wszyscy) udają, że ich partnerki to tylko gosposie, a księże dzieci udają, że ich ojciec jest wujkiem. I jakby tego było mało, wszyscy udają, że są heteroseksualni.
Reguły są przecież jasne: ksiądz nie może być gejem, tak samo jak działacz węgierskiej partii Jobbik nie może być Żydem. Przy takiej potworności blednie wszystko inne, nic dziwnego więc, że ksiądz kochający budzi większe oburzenie niż ksiądz gwałcący. Wartości religijne nie muszą mieć nic wspólnego z etyką. W gorących komentarzach internetowych Charamsa już porównywany jest do Judasza.
Rzesze hetero-Jezusów z satysfakcją wymierzają wirtualne policzki
Obserwuję z jak dziką frajdą ludzie wymierzają mu te policzki, jak bardzo Polacy to lubią. Czy dlatego, że on tak egzaltowanie, szczerze mówi o swojej miłości? Czy dlatego, że faktycznie oni tacy są praworządni, że ukartowany happening pt „spróbuję kruszyć beton katolicki” tak ich razi? Nie rozgrzeszą księdza, który po latach doznał iluminacji?! Który MOŻE da początek dyskusji o skostniałych doktrynach?
Szczerze mówiąc nie rozumiem TAKIEJ skali hejtu.
No, jestem romantyczką. Sądzę, że GDYBY ksiądz nie zakochał się w swoim Eduardo, nadal żyłby uciśniony, w kłamstwie i hipokryzji. Miłość, stan zakochania to wiadro endorfin we krwi i wtedy świat wydaje nam się prosty, do zdobycia! Zawojowania! A endorfiny dodają skrzydeł, spidu, wielkiej odwagi. Pamiętam jeszcze jak wygląda taka miłość.
Mało kto widzi na filmach z wyznaniem księdza Charamsy zakochanego chłopaka. Ja widzę. (Romantyczka!).
Większość widzi błazna i zaprzańca zapominając, ilu zakochanych (znanych) mężczyzn wołało jeszcze niedawno ze sceny, ekranu, z tabloidu:
– Jestem gejem! KOCHAM! Jestem kochany! Jakie to wspaniałe uczucie wołać o tym! Jaka to WOLNOŚĆ! To mój publiczny comming out! Piszcie o tym, mówcie! Fotografujcie nas!
Postawiono im tęczę na placu Zbawiciela i co….? Charamsa się na nią nie załapie? Niegodny?
Bo zrobił to wg jakiegoś scenariusza, ukartował to? To źle?
Bo zmienił zdanie, dojrzał, zrozumiał skalę hipokryzji, w której żył 12 lat?
Bo uwierzył, że choć trochę zarysuje, nadłamie, katolicki beton?
Bo chciał coś jeszcze na tym ugrać dla siebie? A czemu – nie?
I czemu budzi tak wielką niechęć swoim oświeceniem?
Naiwny, zakochany mężczyzna – ksiądz oberwie. Popełnia publiczne seppuku po NIC. Tylko po to, żeby oberwać od tych, na których liczył, bo polscy geje spoliczkowali go tak, jak gorliwi katolicy.
PS. Stefan Niesiołowski jawi się dzisiaj, jako osoba o wiele bardziej zabetonowana niż papież Franciszek. „Ten pan napluł kościołowi w twarz!” (pomijam wstręt z jakim mówił o wzajemnych relacjach księdza, który trochę chyba przesadził z czułymi gestami, ale cóż ENDORFINY robią swoje. Mnie czułe gesty nie brzydzą).
A jednak, nie napluł, panie profesorze. To Kościół pluje w twarz swoją obłudą, ukrywaniem pedofilii, udawaniem, że nie ma pojęcia o skali seksualności wśród księży, o (de facto) rodzinach (ksiądz i „gosposia”) żyjących na plebanii (na księżowskie dzieci alimenty płaci kuria), o powszechnym homoseksualizmie wśród duchownych.
„Modli się pod figurą a diabła ma za skórą” – tak odbieramy tę hipokryzję i choć i Zakochany Ksiądz robił to przez lata, na jego plus zapisałabym ocknięcie się i prośbę o reformowanie kościoła, w imię zasad współczesnej wiedzy i humanizmu, z oczywistym kosztem publicznego wystawienia się na hejt.
Jako puentę zacytuję piosenkę Jana Kaczmarka:
Oj, naiwny, naiwny, naiwny…
Małgorzata Kalicińska


Podpisuje sie pod tekstem. Zal mi ksiedza Charamsy, czy moze raczej byłego ksiedza, bo pewnie go wyrzuca. Ciekaw jestem, o czym bedzie jego ksiazka. A najwazniejsze: on nikogo nie skopał, nie napluł, nie zniewazył, i nie skrzywdził. Nie torturował dzieci, jak siostra Bernardeta. Nie wykorzystywał dzieci, jak s.p. arcybiskup. Nie napastował podwładnych, jak pewien arcybiskup z Poznania. Nie zdefraudował pieniedzy, jak pewien ojciec dyrektor. Nie gnoił podwładnych, jak pewien arcybiskup z Warszawy. A mimo to budzi nienawisc. A moze nie mimo, tylko własnie dlatego. Nie zrobił nic złego, wiec znakomicie nadaje sie na ofiare.
Pełna zgoda. A co do winy… Ojciec Charazma oskarżył pracodawcę… A tego mu nie darują!
Moim zdaniem ks. Charamsa podlega tak silnie wezbranej fali ostracyzmu ponieważ większość krytyków nie może mu darować entuzjazmu, lekkości i otwartości sprzeciwu wobec hipokryzji, zakłamania oraz parafiańszczyzny. Większość z nas tkwi w takich chorych relacjach na codzień a krytycy poczuli sie osobiście dotknięciu tym, że sami nic z tym nie robią. KK jest przodującą od wieków siłą lansującą te fałszywe wartości. Paradoksalnie znaczna część tego fałszu udziela sie także jego oponentom.
Ach, jak piękny i wyzwalający to wpis, a raczej blog. Oby więcej takich to wtedy i głos ks. Chramsy się przebije jako głos wyzwolenia z wszechobecnej hipokryzji, która nie tylko kościół katolicki jak się okazuje objęła, ale nawet media nader liberalne (vide np. teksty pań redaktorek K. Wiśniewskiej i K. Kalendy Zalewskiej w GW), nie wspominając o periodykach z natury nienawistnych wszelkim powiewom wolności.