„Jak to? To jest książka?!” Taki właśnie zdumiony okrzyk usłyszałem kilka razy, zwierzywszy się komuś, że przeczytałem właśnie „Karierę Nikodema Dyzmy”. Niezbyt dobrze świadczy to o wyrobieniu literackim niektórych moich rówieśników, choć z drugiej strony trudno o lepszy dowód uznania dla serialu z R. Wilhelmim w tytułowej roli.
Niedawno wróciłem do lektury powieści. Uderza trafność literackiej diagnozy Dołęgi-Mostowicza i jej aktualność. Minęło osiemdziesiąt z górą lat, rządy piłsudczyków, podobnie jak kilka innych mniej lub bardziej sympatycznych epok w dziejach Polski, przeszły do lamusa historii – a jakże wiele cech mentalności społecznej wcale się tam nie wybiera.
Nadal pokutuje cielęca, toksyczna fascynacja „silnym człowiekiem”, któremu wolno więcej (zwłaszcza – kosztem ludzi słabych), ponieważ silnym człowiekiem jest. Nadal za oznakę owej „siły” uchodzi głównie gburowatość, miałkość umysłowa i niezrozumienie tego, co w świecie trudne, niejasne i skomplikowane. Nadal jakże łatwo zdobyć popularność, krzycząc – byle odpowiednio głośno – że niewygodne dla NAS w danym momencie zasady to po prostu „g…!”.
Nadal (choć może lepiej powiedzieć – „znowu”?) poglądy streszczone w haśle „jeżeli tam trocha hołoty powyzdycha, to i czort z nią” nie budzą w wielu kręgach potępienia, lecz aprobatę. Nadal parawany „etosu”, „ideowości”, „propaństwowości” i innych pięknych haseł skrywają nieraz ordynarne szwindle – i mało kto kwapi się do ich zdemaskowania. Nadal do najskuteczniejszych środków walki politycznej zalicza się pomówienie. Nadal rozmaite niedouki i chamy (często – również łajdacy), jeśli tylko sprawnie posługują się pseudopatriotyczną „byczą propagandą”, z łatwością owijają sobie wokół palca ludzi skądinąd dobrych i uczciwych.
Wartości, na których musi opierać się każda społeczność pragnąca przetrwać i rozwijać się – praworządność, odwaga cywilna, racjonalizm, gotowość do rozumnego kompromisu – jak za czasów Dyzmy, tak i dziś przegrywają często z kolesiostwem, zamiłowaniem do wygody, małymi interesikami „silnego człowieka” i jego lizusów. A gdy już (rzadko!) pojawia się szansa, że tym razem będzie inaczej – nadal łatwo o takich, którzy w najlepszych intencjach gorliwie i skutecznie przekonują innych, że danego chama i łajdaka trzeba jednak poprzeć, używając wyszukanych argumentów w rodzaju: „życie to nie siu bździu”.
Niezbyt optymistyczny obraz, prawda? Jeśli taka wydała się Państwu pierwsza część tekstu, to… drugiej lepiej nie czytać. Analogie między obecną sytuacją a obserwacjami autora „Kariery…” dotyczą bowiem nie tylko Dyzmy i jego popleczników. Również wśród tych, którzy nie mają co do chytrego krzykacza złudzeń, podobieństwa bywają aż nadto wyraźne.
Jednym z niewielu, którzy poznali się na Dyzmie, jest w powieści Żorż Ponimirski. Podupadły hrabia łączy ogromną inteligencję i przenikliwość z całkowitą nieumiejętnością obchodzenia się z ludźmi. Postać tragiczna, ale… czy nie z własnej w dużym stopniu winy?
„Jesteś waść z gminu, a chamy przecie honoru nie mają” – potrafi wygarnąć prosto z mostu zdeklasowany, lecz wciąż butny arystokrata. Czy nam to czegoś nie przypomina? Wielu intelektualistów ma tendencje do utożsamiania całego społeczeństwa (a w każdym razie tych jego członków, którymi warto zawracać sobie głowę) jedynie z własną warstwą – lub innymi, z którymi stykają się bezpośrednio na górnych piętrach hierarchii (luminarzami polityki, biznesu etc.). Tymczasem (przykład pierwszy z brzegu) skutki transformacji ustrojowo-gospodarczej wyglądają z owych pięter „nieco” inaczej, niż z parteru czy wręcz sutereny – z perspektywy wsi popegeerowskiej, miasteczka na ścianie wschodniej czy nawet mojego, dużego w końcu miasta w centrum Polski. Błędy w odczytywaniu nastrojów społecznych łączą się ze złym identyfikowaniem potrzeb, to z kolei prowadzi do oderwania się (autentycznych!) elit od reszty społeczeństwa, któremu powinny z pożytkiem dla niego przewodzić. A PiS włazi w szkodę.
Na ile można wnosić ze skąpych, ale wymownych wzmianek innych bohaterów, a także z wypowiedzi samego książątka (choćby z tej przytoczonej przed chwilą) – przesadnie głębokiego szacunku wobec ogólnoludzkich, w tym – chrześcijańskich, wartości moralnych Żorż nie żywi. Czy nie przypomina nam to jakże częstej u wielu członków obozu antyPiSowskiego obsesyjnej niechęci wobec religii (a także, nieraz, jej wyznawców)? Osobista niewiara wielu intelektualistów jest ich prywatną sprawą, postulaty rozdziału Kościoła od Państwa bez wątpienia zasługują na poparcie – nie wtedy jednak, gdy ich głosiciele ustawiają się na pozycji „wrogów Pana Boga”. Skutecznie odstrasza to od obrońców demokracji wielu Polaków, którzy wprawdzie z nauką Kościoła żyją nieraz na bakier – wiedzą jednak o Nim wystarczająco wiele, by rozumieć, że pedofile czy malwersanci stanowią patologiczny i tępiony margines całej organizacji, a nauka i religia nie wykluczają się nawzajem, lecz uzupełniają.
Przez pierwszy okres znajomości z Dyzmą Ponimirskiego pochłania bez reszty pragnienie odzyskania majątku od (doprawdy mało przyjemnego) bezprawnego posiadacza. Zaślepiony nienawiścią hrabia nie dostrzega jednak, że wykorzystywany jako narzędzie parweniusz wyrasta na znacznie groźniejszego przeciwnika. Ocknął się dopiero w jakiś czas po tym, jak „Kunika diabli wzięli”; za późno… Czy nie przypomina nam to stosunku dużej części elit solidarnościowych do PRL? Myślowy automatyzm „antykomunistyczne = dobre”, choć był na przykład w latach 80. psychologicznie zrozumiały i mógł wydawać się słuszny, prowadził do akceptowania w obozie „S” demagogii, agresji, nawet nacjonalizmu – czyli właśnie tego, co tak pięknie demonstruje rządząca dziś partia. Skutkiem ubocznym było także ułatwienie owej partii uprawiania groteskowego „antykomunizmu po komunizmie” i zawłaszczenia (prawem kaduka) całej legendy opozycji przeciw autorytarnym rządom PZPR. „Całe PiS – do bani, ale Zioberko robi dobrą robotę” – słyszałem w latach 2005-2007 niejeden raz od inteligentnych skądinąd ludzi, których do takiego wniosku skłaniała właśnie retoryka Ziobry skierowana znów przeciw „czerwonym”, tym razem spod znaku SLD. Dodajmy, że Dyzma uczy się szybko, więc zdumiewająco wiele brzydkich zwyczajów Kunika potrafi przejąć i twórczo rozwinąć…
Suma wszystkich błędów hrabiego doprowadza do wydania Dyzmie na żer nie tylko rodzinnej posiadłości Ponimirskich, ale i własnej, niczego nieświadomej siostry. Pozostaje tylko „śmiech histerii i pogardy” – to piskliwy, to znów płaczliwy…
Jeśli dzisiejsza obrona demokracji ma zakończyć się inaczej – wielu jej uczestników powinno, jak się wydaje, niejedno sobie przemyśleć.
Roman Czubiński



Cytuje moj wpis z nowego blogu Polityki, ktory zaczal prowadzic pan Andrzej Celinski.
——————
Narciarz2: 2 kwietnia o godz. 8:07
Panie Andrzeju:
Pan słusznie narzeka na narod, ze nie jest wystarczajaco swiatły i nowoczesny. Ale nie pisze Pan, dlaczego. Jak do tego doszło? To ja Panu napiszę. W pokoju jest słon i nazywa sie Koscioł. Oficjalnie Koscioł pelni funkcje duchową, ale to jest tylko zasłona dymna. Faktycznie Koscioł jest partią polityczną i faktycznie przejął on rolę PZPR. Koscioł ma swoje tuby propagandowe, ktorych uzywa do permanentnej kampanii wyborczej. (Oprocz mediow to jest prawie kazda ambona.) Oprocz koscielnego słonia, w Polsce działa najzupełniej klasyczny satrapa, ktory wszedł w polityczny sojusz z Kosciołem w zamian za poparcie wyborcze. Teraz, po wygranych wyborach, satrapa wypłaca Kosciołowi rozmaite gratyfikacje. Robi to w cyniczny i obrzydliwy sposob, jak to on ma we zwyczaju. On daje, Koscioł bierze. To była od poczatku cyniczna, zimna, i obrzydliwa tranzakcja polityczna. Nie pierwsza w dziejach Europy, i nie pierwsza w dziejach Polski powojennej. W Polsce zaczęli komunisci, kontynuowal Jaruzelski (ale ciągle jednak z umiarem), po nim Mazowiecki, a potem wszystkie rządy po kolei. Lewicowe, prawicowe, i liberalne. Bez roznicy. Obecna tranzakcja jest wyjatkowo bezwstydna, bo Koscioł się sprostytuował na skutek nieprzerwanego strumienia hołdow i dochodow. Z tego powodu obecna wypłata przypomina kupowanie sprzedajnej dziwki, ktorą na naszych oczach stał sie polski Koscioł.
.
To wszystko dobrze wiemy i ja i Pan, choc Pan wybiera nie nazywac rzeczy po imieniu. Powstaje jednak pytanie, skąd sie wzieła ta czołobitnosc i korumpowanie Koscioła? Czy stąd, ze w Watykanie był „nasz ukochany papiez”? Moim zdaniem nie. Kupowanie sobie politycznego poparcia u polskiego Koscioła bierze sie stąd, ze obie klasy polityczne, zarowno post-komunistyczna, jak tez post-solidarnosciowa, stracily poczucie mandatu do rządzenia krajem. Mozna to zrozumiec w przypadku komunistow, ktorych ideologia zbankrutowala zarowno gospodarczo, jak tez moralnie. Trudniej zrozumiec, dlaczego „styropian” (a wiec i Pan) musi swoj mandat kupowac u Koscioła. Moja hipoteza jest taka, ze Panowie i Panie dopusciliscie do przerwania ciągłosci polskiego panstwa. Dla doraznej wygody zamieniliscie PRL w cos w rodzaju kloaki. Pozwoliliscie, aby duma z własnego panstwa i z jego osiągniec sie rozpłyneła. Nie kupiliscie słynnego tekstu Rakowskiego „Przepraszam za komunizm”. Nie przyjeliscie ideologii obywatelskiej, bo nie chcieliscie byc obywatelami kontynuacji PRLu. I dlatego nie macie nic, co by usprawiedliwiało wasz tytuł do władania krajem. Zwrociliscie się do Koscioła, zeby sobie kupic legitymację do rządzenia. Jednak nie wzięliscie pod uwagę, ze Koscioł nic nie daje za darmo. Cena okazała się bardzo wysoka.
.
Najwyzszą cenę zapłaciliscie w szkołach. Koscioł zawłaszczył sobie wychowanie obywatelskie, a wy skwapliwie umyliscie rece. Za waszym pozwoleniem Koscioł od 1989 roku wychowuje nie obywateli, tylko wiernych. Wtłaczanie do głow młodziezy tej ideologii to tak, jakby w szkołach za darmo rozdawac papierosy. Nie dziwcie się, ze teraz jest tylu nałogowcow tej ideologii, a tak mało obywateli. Niech was nie myli słowo „religia”, bo nie o religię Kosciołowi chodzi. To jest hodowla niewolnikow, ktorzy potem będą głosowali zgodnie z politycznym interesem Koscioła. Stąd sie wzięło polityczne zwycięstwo satrapy, ktory wszedł w taktyczny sojusz z Kosciołem. Po to własnie Koscioł hodował „homo catolicus” na lekcjach tak zwanej religii, a w rzeczywistosci propagandy anty-obywatelskiej.
.
Sami własnymi rękami zniszczyliscie ducha obywatelskiego, bo było wam nie po drodze z PRLem. Nie stac was było na przyjecie ciągłosci polskiego panstwa. Woleliscie je polewac gnojem czerpanym z wytworni szamba, ktorą jest IPN. Pozwoliliscie, zeby Koscioł hodował niewolnikow pod samym nosem. No, to macie to, co macie. Sprytny satrapa to cynicznie wykorzystał i dzieki temu zwyciezyl.
.
Z tej sytuacji nie ma wyjscia, dopoki nie nazwiecie słonia po imieniu. Nie naprawicie Polski, dopoki wszyscy wysługujecie sie Kosciołowi.
>>Nadal pokutuje cielęca, toksyczna fascynacja „silnym człowiekiem”, któremu wolno więcej (zwłaszcza – kosztem ludzi słabych)…<<
Ależ celna uwaga.
Atawizm.
W końcu po tylu latach od wydania "Nagiej małpy" widać wyraźnie, że nie różni się ona tak bardzo od złośliwych Szympansów…
Wolałbym, żeby nam bliżej było do Bonobo…
Ale to może tylko pierwsze tygodnie wiosny!
Pozdrawiam.
PS. Cieszę się, że przypomniał Pan książkę i film. Choć należałoby sięgnąć po dużo wcześniejsze wspominki o wyczynach słoniowatych, żeby choć przypomnieć "uciszenie" Fredry!
Choć może to tylko dlatego, że nie chciał np. śpiewać "Boże coś Polskę…" bo po 16 latach zwalczania Aleksandra, nie bardzo cieszył się z jego wizyt…
a ja nadal pozostaję optymistą, inteligencja po prostu pewnie nie doszła jeszcze do wniosku, że sprawy stały się na tyle poważne, aby się skuteczniej ujawnić, no bo jakże by to mogło być, że jej brakło, u nas ?! wprawdzie sam jestem tylko głupkiem wioskowym ale nadzieja umiera ostatnia.
Jedna uwaga:
Ludzie krytykujący hierarchów i episkopat niekoniecznie są „wrogami Pana Boga”.
A często wręcz przeciwnie…
@otoosh: uważam dokładnie tak samo. Tekst spod ukrytego pod zacytowanym fragmentem linku wiele wyjaśni…
Powiada Autor:
Otóż „wrogowie Pana Boga”, nawet osobiści i w tej wrogości skrajnie zajadli, mają takie samo prawo do publicznego głoszenia swych poglądów jak i ci, którzy postanowili sukienkowym „zawierzyć” w cokolwiek.
Każdy człowiek ma prawo do własnych – różnych od właściwych tłumowi, lub identycznych z nimi – poglądów. Tak więc „osobiści wrogowie Pana Boga” mogą jednak liczyć na poparcie. Szczególnie inteligentów.Tylko na tej płaszczyźnie możemy dyskutować. No i ten pogląd, że nauka i religia – jakakolwiek – nie wykluczają się nawzajem… Naiwność to, czy manipulacja intelektualna?
@BM: nie mówię, że nie mają prawa – tylko że skrajna zajadłość antykościelna (jak zresztą każda inna) w mojej ocenie szkodzi sprawie, do której przyznają się i owi wrogowie, i ja, i bardzo wielu ludzi wierzących oraz niewierzących. Pomijając już to, że bardzo często wrogość ta wypływa albo z nieznajomości istoty nienawidzonej religii, albo wręcz ze złej woli.
Powiada Pan w odniesieniu do relacji religii i nauki: „Naiwność to, czy manipulacja intelektualna?”. Ani jedno, ani drugie – po prostu stwierdzenie dość banalnego faktu, że obie dziedziny ludzkiej aktywności stawiają sobie zupełnie różne zadania, posługują się całkowicie różnymi metodami i działają na rozdzielnych obszarach. Nie ma więc żadnego powodu, by uznać je za wykluczające się nawzajem.
dodałbym, że czasami łączy je jedna cecha, chęć rozumienia, że odniósłbym się na przykład do psychologii świadomości, ciekawa dziedzina nauki, i wreszcie jest takie powiedzenie „Jak Kuba Bogu itd… .” a potem wszyscy się starają, i to też nas łączy.