10.06.2026
Blisko dziesięć lat po śmierci i rok po setnej rocznicy urodzin otrzymaliśmy opowieść „W pierwszej osobie. Wspomnienia i rozliczenia” Zygmunta Baumana. To książka potrzebna zarówno dla wielbicieli wizjonerskiego pisarstwa światowej sławy polskiego socjologa, jak i dla jego wrogów. Ci pierwsi znajdą w niej źródła jego najbardziej znanych pojęć, jak płynna nowoczesność, czy życie na przemiał, które sprawiły, że był nie tylko autorem bestselerów, ale również najczęściej bodaj nagradzanym socjologiem, a tych drugich (szczególnie licznych w kraju jego urodzenia) być może zachęci do rewizji szczególnie krzywdzących opinii.
Jednak najważniejszą korzyścią płynąca z lektury tej autobiografii jest poznanie zupełnie nieznanych (no może znanych czytelnikom znakomitych biografii Z. Baumana pióra Dariusza Rosiaka, Izabeli Wagner i Artura Domosławskiego – wymieniam w kolejności wydania) dramatycznych szczegółów z dzieciństwa w przeżartym antysemityzmem Poznaniu i pierwszych dramatycznych miesięcy wojennej tułaczki z rodzicami. Zaprowadziła ich ona do sowieckiej Rosji, co zresztą uratowało im życie. Równie ciekawym jest opis udziału w zwycięskim pochodzie Armii Czerwonej jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych, który zakończył w Kołobrzegu zostając ciężko rannym. Prawdziwie końska kuracja zaaplikowana przez sowieckiego lekarza nie tylko wróciła mu zdrowie, ale zapewniła sprawność fizyczna na resztę długiego życia. To było w marcu 1945 i już na początku maja znalazł się w Berlinie wśród zwycięskich czerwonoarmistów…
To cześć wspomnieniowa opowiedziana z dystansem i niekiedy nawet humorem, choć jest to humor przez łzy jeśli pamiętać o zwierzęcym wręcz antysemityzmie rówieśników w Poznaniu, czy doświadczanym na każdym roku niebezpieczeństwie utraty życia czy równie dojmującym, a przez lata trwającym, głodem w okresie wojny. Równie ciekawa jest też cześć rozliczeniowa z zauroczenia komunizmem. Pojawiają się w niej uwagi na temat konsekwencji trwającego stulecia antysemityzmu, ale też uwagi o ważnych, a być może decydujących, spotkaniach z konkretnymi ludźmi, jak Zdzisław Bibrowski. Zapewne ten rozliczeniowy rozdział nie przekona tropicieli komunistycznego ukąszenia Baumana, jednak warto by go poznali, zwłaszcza ci, którzy uważają ustalenia historyków IPN, a zwłaszcza ich interpretacje za niepodważalne. Jakoś nie chcą zauważyć, że ten „urodzony stalinista” przez komunistów został z Polsku wyrzucony na fali antysemickich czystek i walki z rewizjonistami. No cóż „historyk” Piotr Gontarczyk swoje wie i żadne fakty nie zmienią jego wiary we własne ustalenia.
Dla mnie lektura „W pierwszej osobie. Wspomnienia i rozliczenia” miała też wymiar osobisty. Poznałem Zygmunta Baumana jako jezuita w 2000 roku w Krakowie, kiedy zaprosiłem go do napisania tekstu do redagowanego przeze mnie w tym czasie kwartalnika „Życie Duchowe”. Ten pierwszy kontakt przerodził się w trwająca do śmierci Baumana na początku 2017, przyjaźń. Zaowocowała wydaniem dwóch książek-rozmów. Pierwsza wydana w 2013 „O Bogu i człowieku” i druga z roku 2020 (choć tłumaczenie angielskie ukazało się pięć lat wcześniej) „O świecie i sobie samych”. Obie są właściwie niedostępne na rynku księgarskim. Być może opublikowanie autobiografii sprowokuje wydawców do wznowienia tych rozmów, w których znalazło się sporo wątków tylko dotkniętych w osobistych i nader fragmentarycznych zapiskach Zygmunta Baumana. Jednym z takich wątków zupełnie nieobecnych w autobiografii jest stosunek do religii, a zwłaszcza jego fascynacja papieżem Franciszkiem.


Prof. Obirek ma rację, że ci wszyscy, dla których Bauman to ucieleśnienie żydokomuny – byłem na sławetnym wykładzie we Wrocławiu, gdzie ulotki zakłócających spotkanie wymierzone weń miały taki właśnie wydźwięk – zdania nie zmienią. Nigdy. W żadnym wypadku. Ich fakty i konteksty nic nie obchodzą. I nigdy nie obchodziły.
A jeszcze dodać życzliwość wobec imigrantów i już mamy szwarccharakter co się zowie. Śp. Zygmunt był pełen życzliwości wobec tych, których głosów nikt nie słucha, bo są biedni, bezsilni i często kolorowi. Dlatego tak cenił Franciszka, który też stał po ich stronie.
Gdy wysłuchałem wykładu Baumana ponad dwie dekady temu w Lublinie zmieniło to moje życie.
Dla mnie również spotkanie z Zygmuntem Baumanem, jak dla prof. Czapnika było brzemienne w skutki. Zmieniło moje poglądy na postmodernizm, który był zohydzamy m. in. przez bojowego J. Zycinskiego, a fakt ze go opublikowałem w piśmie jezuickim, był jednym z argumentów, którego użyli przełożeni by mnie pozbawić wpływu na profil pisma. I jedno i drugie wyszło mi na dobre.
Pełna zgoda, tylko pamiętajmy, że Bauman sam postmodernistą nie był, ale tej epoki/słusznie minionej mody był analitykiem… Mi bardziej pasują pisma „płynne”, dalej mamy nowoczesność, ale konsumencką, turbokapitalistyczną. Bauman wierzył do końca życia w postęp, co jest samowykluczeniem z grona postmodernistów 🙂
Prawdopodobnie byliśmy (z prof. Obirkiem) na krakowskim spotkaniu z Zygmuntem Baumanem, w pięknej sali Józefa Mehoffera (kamienica pod globusem), w siedzibie Wydawnictwa Literackiego. Ludzi było pełno, atmosfera podniosła i życzliwa, żadnych ekscesów… Ale to było dwadzieścia lat temu, spierano się, ale nie było nienawiści, którą Kaczyński a potem jego nominaci Duda, Szydło, Morawiecki wpoili społeczeństwu. Kontynuuje to rezydent Nawrocki, zgodnie ze swym DNA kibola.
W kolejnym tekście o wybitnym socjologu widać, że fascynacja Profesora Obirka Zygmuntem Baumanem nie jest jedynie intelektualna, ale wyrasta z długoletniej, serdecznej znajomości i realnego dialogu, który trwał latami. To pozwala przedstawić Baumana nie jako „figurę sporu”, lecz jako człowieka z biografią, doświadczeniem i konsekwentnie rozwijaną myślą. Autor pokazuje tę postać z bliska, bez publicystycznej szarży, z wyraźną sympatią i szacunkiem dla jego intelektualnej drogi. Dzięki temu tekst staje się nie tylko recenzją książki, ale także świadectwem przyjaźni, która pomaga lepiej zrozumieć samego Baumana.
*
W kommentarzu SENEXA pojawia się wspomnienie Domu pod Globusem. W latach 1992-1993 miałem w tej uroczej kamienicy mieszkanie służbowe, z prywatną klatką schodową liczącą 82 stopnie z piaskowca. Salon tego locum znajdował sie dokładnie pod mechanizmem zegara a gabinet do pracy na poddaszu od ulicy Długiej. Piękne wspomnienie Krakowa, którego już nie ma …