11.06.2026
Jeszcze przed przybyciem do Warszawy ukraińskiej delegacji z szefem prezydenckiej administracji generałem Kyryło Budanowem na czele w celu załagodzenia konfliktu związanego z nadaniem jednej z jednostek imienia „Bohaterów UPA”, Towarzystwo Jana Karskiego zaproponowało opcję kompromisu mogącego problem choćby częściowo rozwiązać.
Oto tekst:
Towarzystwo Jana Karskiego z narastającym niepokojem i dezaprobatą obserwuje eskalację relacji polsko-ukraińskich związanych z Dekretem 440/2026 prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełeńskiego o nadaniu Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy honorowej „imienia Bohaterów UPA”.
Zrozumiałe jest oburzenie na tę decyzję, bowiem Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) zapisała mroczną historię eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej naznaczonej zbrodniczym okrucieństwem. Z tym Polakom formacja ta się kojarzy.
Równocześnie wybrzmiewają argumenty Ukrainy, że dla nich UPA to przede wszystkim historia walki z Sowietami w obronie tożsamości i przeciw anihilacji narodu ukraińskiego toczonej do późnych lat pięćdziesiątych, a w pojedynczych przypadkach nawet na początku – sześćdziesiątych. Taka jest percepcja UPA na Ukrainie.
Nie należy mieć złudzeń, że którakolwiek ze stron uzna w całości argumenty drugiej, a swojego stanowiska w całości zaniecha.
Zamiast zatem strzelistych ekspozycji, że polska pamięć narodowa została poniżona oraz z drugiej strony, że absolutnie o to nie chodziło, bo prezydencki dekret miał dotyczyć tylko bohaterstwa w walce z Sowietami, właściwszy byłby gest dialogowy a nie okopywanie się na własnych pozycjach.
Takim gestem dobrej woli mogłaby się stać niewielka korekta Dekretu 440/2026. Poprzez dodanie do słów
„imienia Bohaterów UPA” doprecyzowania: „w walce z Sowietami”
Taka koncyliacja mogłaby narastający konflikt załagodzić. O to apelujemy.
Chcemy ten apel uzupełnić o kontekst bezpośrednio związany z Janem Karskim. W 1931 roku trafił on na studia w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie mimo, że wcześniej aplikował do Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Powodem był to, że do Lwowa został skierowany na komendanta wojewódzkiego policji, jego brat, pułkownik Marian Kozielewski. To on zarządził przenosiny młodszego brata. Kozielewski trafił do Lwowa na życzenie Józefa Piłsudskiego, bowiem dotychczasowy komendant Czesław Grabowski doprowadził ludność ukraińską do stanu wrzenia kierując akcjami pacyfikacyjnymi wobec niej skierowanymi. Nowy komendant nastroje miał uspokajać i to robił.
Mieszkając u brata i chodząc na zajęcia uniwersyteckie, Karski odrabiał także lekcję wielonarodowej lwowskiej koegzystencji. Niełatwej. Były to pulsujące antagonizmy polsko-ukraińskie połączone z aktami terroru, takimi jak chociażby zabójstwo rzecznika pojednania obu narodów Tadeusza Hołówki zastrzelonego przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) podczas leczenia sanatoryjnego w Truskawcu końcem sierpnia 1931 roku, którego sprawców pułkownik Kozielewski wyłapał. Były to także napięte relacje polsko-żydowskie z realiami uniwersyteckiego getta ławkowego czy pogromowymi zamieszkami antyżydowskimi, które tłumił brat-komendant.
Nigdy jednak Karskiemu nie przyszło do głowy, że Lwów powinien być czysto polski i wolny od „innych”, bo tak byłoby lepiej.
Po zabójstwie przez ukraińskich nacjonalistów w czerwcu 1934 roku ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, pułkownik Kozielewski został w trybie nagłym i znów na życzenie Piłsudskiego komendantem stołecznym policji. Znów walnie przyczynił się do wyłapania sprawców i inspiratorów mordu.
Nigdy jednak u Kozielewskich nie dojrzała myśl, że tak jak Żydów trzeba odesłać na Madagaskar, tak Ukraińców odesłać do Sowietów.
W całej swej działalności wojennej i powojennej Jan Karski wyznawał pogląd zaprzyjaźnionego z nim, Jerzego Giedroyca, że bez wolnej Polski nie ma wolnej Ukrainy, a bez wolnej Ukrainy nie ma wolnej Polski. Zaś warunki wspólnej wolności lokował w rozpadzie Związku Sowieckiego, co latami wykładał na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. Jedną ze studentek jego wydziału była m.in. Kateryna Czumaczenko przyszła żona Wiktora Juszczenki.
Jan Karski nie żyje do 13 lipca 2000 roku. Wiele w tym czasie zmieniło się na świecie i w Europie. Początkowo wydawało się, że rozpad i degrengolada Związku Sowieckiego zakończą erę aspiracji tego patologicznego państwa do niewolenia innych i panowania nad światem. Niestety, nadejście Putina burzy ów optymizm i budzi konkretne obawy o przyszłość. Gra o tę przyszłość toczy się właśnie na Ukrainie.
Jeżeli Ukraina padnie, padnie także porządek europejski gwarantujący pokój, stabilizację i dobrobyt. Rosja zrobi wszystko, aby cele te osiągnąć grając na wewnętrzne animozje, konflikty i podziały. Z tego, co się aktualnie dzieje w relacjach polsko-ukraińskich bez cienia wątpliwości jest więcej niż zadowolona. Czy warto jej w tym pomagać?
Jesteśmy niemal przekonani, że takie samo byłoby dziś stanowisko Jana Karskiego. Siła racji przed racją siły.
Agata Muzyka, Waszyngton

Ten felieton jest ciekawy przede wszystkim dlatego, że próbuje zrobić coś, czego dziś bardzo niewiele osób chce się podjąć: nie wygrać sporu pamięciowego, lecz go rozbroić. A to jest znacznie mniej widowiskowe niż oburzenie, oskarżenia i patriotyczne pojedynki na historyczne krzywdy. Niestety dla mediów i internetu, pojednanie słabo się klika.
Najmocniejszą stroną tekstu jest uznanie dwóch równoległych prawd. Dla większości Polaków UPA pozostaje symbolem ludobójstwa wołyńskiego i trudno oczekiwać, by ten fakt został zrelatywizowany. Jednocześnie dla wielu Ukraińców UPA jest częścią narracji o oporze wobec ZSRR i walce o niepodległość. Autorzy nie próbują nikogo przekonać, że powinien patrzeć na historię oczami drugiej strony. Raczej wychodzą z założenia, że różnice w pamięci historycznej są trwałe i trzeba nauczyć się z nimi żyć. To dość dojrzałe założenie.
Interesująca jest też sama propozycja dopisania „w walce z Sowietami”. Nie dlatego, że rozwiązałaby problem – prawdopodobnie nie rozwiązałaby go całkowicie – ale dlatego, że pokazuje logikę kompromisu. Kompromis nie polega na tym, że jedna strona uznaje swoją winę, a druga triumfuje. Polega na znalezieniu takiej formuły, która pozwala zachować własną narrację, jednocześnie ograniczając niepotrzebne prowokowanie partnera.
Z drugiej strony felieton może budzić zastrzeżenia. Istnieje ryzyko, że polityczne znaczenie symboli zostaje tu nieco zbagatelizowane. Nazwy jednostek wojskowych nie są przecież neutralnymi etykietami. Są świadomym komunikatem państwa. Można więc argumentować, że problem nie tkwi wyłącznie w braku doprecyzowania, lecz w samym wyborze symbolu.
Część poświęcona Janowi Karskiemu ma charakter bardziej moralny niż analityczny. Autorzy odwołują się do jego biografii jako wzorca współistnienia i politycznej wyobraźni. To zabieg retoryczny, ale całkiem trafny. Karski wyrastał w świecie wielonarodowym, pełnym napięć, a mimo to nie wyciągnął z tego wniosku, że rozwiązaniem jest eliminacja „innych”. W czasach, gdy wielu ludzi uważa, że każdy konflikt historyczny wymaga natychmiastowego wskazania winnego i niewinnego, jest to przypomnienie warte uwagi.
Najciekawsza pozostaje jednak końcówka tekstu. Autorzy sugerują, że pamięć historyczna i bezpieczeństwo geopolityczne nie są tym samym. To ważne rozróżnienie. Można uważać decyzję władz ukraińskich za błędną lub nawet obraźliwą, a jednocześnie uznawać, że strategiczny interes Polski nadal wymaga istnienia niepodległej Ukrainy. W debacie publicznej te dwie kwestie często są wrzucane do jednego worka, jakby ocena przeszłości automatycznie musiała przesądzać o polityce wobec teraźniejszości.
Ostatecznie ten felieton nie daje gotowej odpowiedzi na pytanie, jak pogodzić pamięć o Wołyniu z polsko-ukraińskim partnerstwem. I może właśnie dlatego jest wartościowy. Przypomina, że dojrzałość polityczna nie polega na wyborze między pamięcią a współpracą, lecz na umiejętności utrzymania obu tych rzeczy jednocześnie. Niewdzięczne zadanie. Historia, ten najbardziej uparty współlokator Europy Wschodniej, regularnie przypomina, że nie zamierza się wyprowadzić.
Tekst Agaty Muzyki pokazuje, że w sporze polsko-ukraińskim więcej można zyskać przez dialog niż przez wzajemne oskarżenia. Szczególnie cenne jest odwołanie do Jana Karskiego i jego myślenia o wolnej Polsce oraz wolnej Ukrainie jako warunkach wspólnego bezpieczeństwa. Autorka akcentuje też, że w obecnej sytuacji geopolitycznej eskalowanie historycznych resentymentów może tylko osłabiać oba narody. Ciągłe odwoływanie się do przeszłości, szczególnie przez cynicznych polityków prawicowych w Polsce, jest szkodliwe dla nas wszystkich.