13.06.2026
W tym zapętleniu naszego świata, w rozedrganiu systemów podstawowych norm i wartości powodujących naprawdę fundamentalne zagrożenia dla naszej przyszłości (naszej to jest wszystkich ludzi) warto spojrzeć na to co jest fundamentem zmiany tych norm i wartości.
Po takim wstępie musi pojawić się słowo-klucz, słowo, którego treść i znaczenie wypełnia te oczekiwania. Słowem tym jest kultura.
Kultura – podstawowe pojęcie w naukach społecznych, w socjologii czy filozofii, ma bogatą literaturę, mamy wielu znakomitych uczonych, którzy analizowali to pojęcie. Wspólną cechą tych analiz jest to, że kultura to całokształt materialnego i niematerialnego dorobku ludzkich społeczności żyjących we wspólnotach w różnych miejscach i czasach. Przy tak szerokim rozumieniu kultury jest oczywiste, że próba jej rozumienia w oderwaniu od tego kontekstu musi prowadzić do fałszywych wniosków.
Piszę to dlatego, bo mamy teraz bardzo wiele zdarzeń i wypowiedzi ważnych osób poddających w wątpliwość rozumienie kultury jako tego dorobku, materialnego a więc przedmiotów czy rzeczy i niematerialnego, a więc tych norm i wartości, które tworzyły imaginarium, w których żyły całe pokolenia.
Tradycyjne rozumienie kultury wysokiej i kultury ludowej zatarło się wtedy gdy pojawiła się kultura nazwana kulturą masową, a więc taka, której podstawową wartością stała się ilość jej odbiorców. Kultura masowa to kultura dla masowego odbiorcy, masowego, a więc takiego, który nie pragnie subtelności i tych wszystkich chmurnych i górnych opowieści, których zrozumienie wymaga rzetelnej wiedzy, a nawet głębokich studiów – patrz rozumienie muzyki klasycznej Bacha czy Hendla. Muzyka kultury masowej to prosty rytm i hałas zastępujący melodię i – to co – najważniejsze – ten „artysta” wyginającego swoje ciało i ukazującego swoje wdzięki (to „artystki” ).
Nie jestem fanem tego, co składa się na mass culture, wczoraj oczekując na mecz piłki rozgrywany w ramach tych mistrzostw świata na kanale nomen omen kultura, przez 10 minut oglądałem film „Diuna”- podobno hit naszych czasów. To, co przez tych kilka minut zobaczyłem na ekranie telewizora przekroczyło moją wyobraźnię, takiego poplątania wszystkiego z wszystkim, takiego kiczu nie widziałem dotąd nigdy.
Było jednak warto – teraz lepiej rozumiem czym jest kultura masowa, która wypełnia wyobraźnię moich rodaków. Piszę tak dlatego, bo docierają do mnie informacje o wysokiej pozycji w rankingu widzów muzyki do tego filmu.
Jeżeli tak jest, a jest, że takie filmy zajmują wysokie pozycje w rankingach na dzieła sztuki filmowej, to ja wolę kino stare, nawet to kino robione w tamtym systemie politycznym, tamte filmy były agitką, ale za jakimś systemem wartości, a nie totalnie ogłupiającą opowieścią o świecie, w którym walczą o władze przybysze z kosmosu. Takie ogłupianie ludzi jest groźniejsze niż to co było, mogę tak mówić, bo tamten system udało się nam obalić.
A kto obali to, co jest teraz i nasila się w rynkowych mechanizmach, w których liczy się tylko pieniądz, a nie wartości ?
Jeżeli młode pokolenie wyrasta w takiej kulturze, to nie ma miejsca dla tej kultury, o jakiej mówili moi mistrzowie nauk socjologicznych. Jeżeli młode pokolenie żyje w sieci, a nie w realu, jeżeli firmy sektora AI nadal będą wyznaczać kierunki, w których ma podążać świat, to jego koniec, definitywny koniec, jest już bardzo blisko.
I na koniec – proponuję zacząć myśleć całościowo, a nie tak, jak pisał o tym nasz poeta w wierszu o strasznych mieszczanach, co to o wszystkim myśleli osobno. Tylko teraz to nie straszni mieszczanie, a wszyscy obywatele, wszyscy ludzie na świecie są poddawani takiej obróbce i ogłupianiu.
Naprawdę wszyscy?

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Czy muzyka King Crimson to przejaw kultury, czy kultury masowej?
A film „Czas Apokalipsy”?
A książki Stanisława Lema?
KULTURA MASOWA, CZYLI KOLEJNY POGRZEB, NA KTÓRY KULTURA NIE PRZYSZŁA
Jest coś rozczulającego w tekstach zwiastujących koniec kultury. Czytam je od lat i zawsze mam wrażenie, że uczestniczę w bardzo osobliwej uroczystości pogrzebowej. Przy trumnie stoją kolejni intelektualiści, filozofowie, socjologowie i publicyści, wygłaszają podniosłe mowy o upadku cywilizacji, po czym okazuje się, że nieboszczka znowu nie raczyła umrzeć.
Tym razem nekrolog wystawił kulturze pan Zbigniew Szczypiński.
Muszę przyznać, że zrobił to z dużym przekonaniem. Według autora świat znalazł się w stanie niemal terminalnym. Młodzież siedzi w internecie, sztuczna inteligencja czyha za rogiem, kultura masowa triumfuje, a „Diuna” najwyraźniej stała się dowodem na nadchodzący kres zachodniej cywilizacji.
To ostatnie szczególnie mnie urzekło.
Wyobrażam sobie bowiem pana Szczypińskiego siedzącego przed telewizorem. Czeka na mecz mundialu. Przez przypadek trafia na „Diunę”. Ogląda dziesięć minut filmu. Dziesięć minut. Nie dwie części. Nie całość. Dziesięć minut. Po czym dochodzi do wniosku, że właśnie zobaczył największy kicz swojego życia i zrozumiał istotę współczesnej kultury masowej.
To mniej więcej tak, jakby ktoś obejrzał fragment operacji wyrostka robaczkowego i uznał, że od dziś jest profesorem chirurgii.
Oczywiście można nie lubić „Diuny”. Można uważać ją za nudną. Można zasnąć po pierwszym kwadransie. To całkowicie uczciwe stanowisko. Problem zaczyna się wtedy, gdy własny gust zostaje awansowany do rangi diagnozy społecznej.
I właśnie tutaj zaczyna się największy kłopot z tym rodzajem publicystyki.
Autor zdaje się zakładać, że kultura istnieje przede wszystkim tam, gdzie siedzą uczeni, filozofowie i socjologowie, najlepiej w pomieszczeniu o słabym oświetleniu i wysokim stężeniu przypisów bibliograficznych.
Na szczęście historia kultury wygląda zupełnie inaczej.
Szekspir pisał dla tłumu, który jadł, pił i przekrzykiwał aktorów. Dickens był gwiazdą masowej wyobraźni. Mozart komponował przeboje swojej epoki. Chaplin był celebrytą. Beatlesów wielu profesorów traktowało jak zwiastun końca cywilizacji. Elvis miał deprawować młodzież. Jazz miał niszczyć moralność. Rock miał niszczyć młodzież jeszcze bardziej. Telewizja miała zabić książki. Internet miał zabić telewizję. Media społecznościowe miały zabić internet.
Tymczasem kultura z wyjątkową bezczelnością przeżyła wszystkie te katastrofy. Nie dlatego, że jest doskonała, dlatego, że jest żywa.
Kultura nie jest muzealnym eksponatem przykrytym koronkową serwetką. Jest wielkim, hałaśliwym targowiskiem ludzkiej wyobraźni, na którym obok arcydzieł zawsze stoją stragany z tandetą.
Tak było za Homera. Tak było za Szekspira. Tak jest za TikToka.
Pan Szczypiński szczególnie niepokoi się kulturą masową. To ciekawy lęk, bo kultura masowa jest często oskarżana o rzeczy, których sama nie robi. Ona niczego nie wymyśla. Ona odbija. Jest lustrem.
Jeżeli społeczeństwo jest płytkie, zobaczymy płytkie treści. Jeżeli jest ambitne, zobaczymy ambitne treści. Jeżeli miliony ludzi oglądają filmy science fiction, to być może nie dlatego, że kultura umiera, lecz dlatego, że ludzie od zawsze lubili opowieści o światach innych niż własny.
Przecież starożytni Grecy także nie opowiadali wyłącznie o podatkach i zbiorach jęczmienia. Mieli bogów rzucających piorunami, potwory, herosów i wojny o kobiety wyłowione z piany morskiej. Gdyby żył dziś Homer, bardzo możliwe, że pisałby scenariusze dla Netfliksa.
Najbardziej rozbawiła mnie jednak wizja świata uratowanego przez socjologów. Mam ogromny szacunek dla socjologii. Naprawdę. To pożyteczna nauka. Pomaga zrozumieć społeczeństwa, badać procesy społeczne i wyjaśniać zjawiska, których politycy nie rozumieją od pokoleń. Na szczęście to nie socjologowie tworzą kulturę.
Tworzą ją pisarze, muzycy, filmowcy, malarze, aktorzy, dziwacy, marzyciele, wariaci, ekscentrycy i ludzie, którzy często nie mają najmniejszej ochoty pytać profesorów o zgodę.
Gdyby kulturę pozostawić wyłącznie ekspertom od kultury, przypuszczam, że do dziś debatowalibyśmy nad definicją pieśni ludowej, podczas gdy ktoś obok wynalazłby gitarę elektryczną.
Dlatego zawsze z pewnym rozbawieniem słucham kolejnych przepowiedni końca świata. Od dwóch i pół tysiąca lat kolejne pokolenia intelektualistów ogłaszają śmierć kultury, a kultura nieustannie robi im psikusa. Zmienia fryzurę, przebiera się w nowe kostiumy. Czasem słucha fatalnej muzyki. Czasem produkuje okropne filmy. Czasem zachowuje się jak nastolatek po trzech energetykach, ale ciągle żyje ku nieustannej frustracji zawodowych grabarzy cywilizacji. I chyba właśnie to jest najbardziej pocieszające.
Moim zdaniem Pan Szczypiński nie tyle opisuje kulturę masową, ile opisuje własną niechęć do niej, a to jednak nie jest to samo. Nawet socjologowie — ku ich pewnemu rozczarowaniu — nie mają monopolu na definiowanie, czym jest kultura.
To oczywiste – to są moje opinie a nie przekaz. Taka jest nasza strona, nie ma miejsca na traktaty ale na gorące teksty mające poruszyć opinię – to logiczne bo nasza strona to studioopinii, czyż nie?