Tobiasz Kaleta: Nie będziemy bezbronni!6 min czytania

()

kaczynski2016-05-22.

W skrzynce naszej poczty internetowej znaleźliśmy kilka listów z prośbą o szersze uzasadnienie naszej propozycji, by prezesa nazywać Wielkim Architektem. Już wcześniej było ku temu dość powodów, ale teraz mamy ich znacznie więcej. Chodzi nam raporty, jakie złożyli ministrowie na posiedzeniu rządu.

Wynika z nich, że sytuacja Polski jest o wiele gorsza niż wcześniej sądzono, ona naprawdę jest – jak już przed kilkoma miesiącami utrzymywano — w ruinie! We wszystkich resortach nowi ich szefowie zastali totalny chaos, beztroskie i gigantyczne marnotrawstwo środków (straty sięgają miliardów złotych), a nawet przejawy korupcji. A to dopiero początek bilansu dokonań poprzedniej ekipy rządzącej.

I co dalej? Otóż nasz Wielki Architekt musi na nowo zbudować nasz kraj, od fundamentów. Podjąć działania, by gmach polskiej rzeczywistości się nie zawalił.

Wiele działań zaradczych już przynosi owoce, nic nie robi się — jak to się mówi — na łapu-capu, wszystko jest przemyślane, ze spojrzeniem w daleką przyszłość.

Weźmy choćby program 500+. Ma on wiele aspektów. Chodzi oczywiście przede wszystkim o to, by rodziny miały lepsze warunki do posiadania większej liczby dzieci, o postawienie tamy wyludnianiu się Polski. Ale dalekowzroczna polityka PiS ma także na celu inne skutki wprowadzenia tego programu. Bo policzmy: każde dziecko ma zagwarantowany roczny zasiłek w wysokości 6.000 złotych, a do 18. roku życia ta suma zaokrągli się do ponad 100.000 złotych! Do tego czasu będzie mogło spokojnie pod pieczą rodziców dorastać, zdobyć podstawy wykształcenia.

I będzie wdzięczne. Komu? PiS-owi! Na sto procent zasili szeregi jego stronników, może nawet będzie się ubiegać o legitymację członkowską i kto wie, czy nie zasiądzie w parlamencie? Rysuje się dla naszej młodzieży wspaniała przyszłość! Czy zatem nazwanie człowieka, który tyle chce zrobić, tyle naprawić, wydobyć kraj z nędzy i rozpaczy, i wszystkim (z pewnym wyjątkami) zapewnić życiowy sukces — nie ma uzasadnienia? Jakiekolwiek wątpliwości są nie na miejscu.

A teraz kolejne propozycje służące wzbogaceniu programu działania partii i jej rządu, zarówno przekazane Komitetowi Dobrej Zmiany z zewnątrz, jak i powstałe podczas narad kierownictwa KDZ:

  • A więc stało się: uroczyście położono kamień węgielny pod kompleks, w którym Amerykanie zbudują na naszym terytorium tarczę antyrakietową. To dobry początek, by Polska nareszcie przestała być bezbronna. Owszem, zmaleją szanse, by nad nami swobodnie sobie latały wraże rakiety. Ale co, gdy od wschodu nadciągną tabuny czołgów (Rosja ma ich ponad 15.000)? Chmary wojska spieszonego (47 milionów gotowych wziąć broń do ręki)? Wówczas bitność naszych żołnierzy nie wystarczy do stawienia skutecznego oporu. Bo – jak oznajmił nasz minister obrony – wprawdzie mamy moździerze, ale bez amunicji! Czyli, prawdę mówiąc, są atrapami, a nimi wroga wystraszyć trudno. Były z naszej strony postulaty, by urządzić więcej stałych baz US w Polsce, ale to na razie nie wchodzi w grę, bo w Waszyngtonie też istnieje biurokracja i daje sobie dużo czasu, by poważnie pomyśleć o stałym stacjonowaniu marines czy innych jednostek wojskowych między Odrą a Bugiem.

    Co w tej fatalnej dla kraju sytuacji? Jest jedno wyjście, które zapewni nam bezpieczeństwo raz na zawsze! Wystąpmy do prezydenta Stanów Zjednoczonych z petycją, by zechciał Polskę przyjąć do swego państwa jako 51. stan! Ktoś powie: zaraz, zaraz, wówczas stracimy naszą ukochaną suwerenność! Nic podobnego, w USA każdy stan ma pełną autonomię, jest suwerenną jednostką polityczną! Każdy ma własną konstytucję, godło i nawet system prawny. Weźmy ostatni przykład: oto gubernator Kalifornii Jerry Brown zarządził, że w jego stanie będzie obowiązywać minimalna płaca godzinowa w wysokości 15 dolarów. I nic komukolwiek do tego. Wyraził także życzenie, by inne stany podążyły jego śladem. Pomyślmy: po przyjęciu nas do amerykańskiej republiki związkowej, to Waszyngton (ściślej – Pentagon) zajmie się obronnością swego europejskiego stanu i to tak skutecznie, że napędzi stracha wszystkim ewentualnym wrogom, całkowicie ich zniechęci do snucia jakichkolwiek inwazyjnych planów! Proponujemy (KDZ), aby zorganizować w tej sprawie referendum, które wykaże, czy społeczeństwo się na taką woltę zgodzi. Sądzimy, że tak, bo któż nie zechce mieć w portfelu zielonych? I pozbyć się na zawsze obaw co do przyszłości ojczyzny? Jeszcze jedno: może powstać zastrzeżenie: do Ameryki trochę nam daleko. Zgoda, ale to dziś nie odgrywa żadnej roli! W końcu 50. stan, Hawaje dzieli od Kalifornii 3.976 kilometrów, do Alaski zaś, oddzielonej przez Kanadę, mają Amerykanie 3.650 kilometrów, i wcale im to nie przeszkadza. A zatem: róbmy referendum!

  • Późno bo późno, ale jednak – po dobrej zmianie – nasze władze dostrzegły, że w naszym kraju żyją także seniorzy, których stale przybywa. Trzeba wreszcie się nimi zaopiekować, sprawić, by mogli godnie żyć. Niektóre miasta wspaniałomyślnie pozwoliły im bezpłatnie korzystać ze środków komunikacji miejskiej.
    Świetnie, ale to mało. My zrobimy dla nich więcej. Wpierw – będą mogli korzystać z bezpłatnych leków. Należy tę procedurę jak najbardziej uprościć. W większości seniorzy korzystają stale z tych samych leków (często przecież lekarze mówią pacjentom, że będą musieli określone lekarstwa brać do końca życia), dotyczy to zwłaszcza cukrzyków, ludzi mających kłopoty z sercem czy układem moczowym.

    Skoro tak, to po co ci chorzy mają się w ogóle fatygować do lekarzy? Po prostu niechaj każdy dostanie książeczkę seniora, i na jej podstawie otrzyma w aptece w określonych terminach potrzebne mu pigułki! Pani magister czy pan magister skrupulatnie odnotuje w książeczce wydanie leków, i żadnych nadużyć nie będzie! A kolejki do lekarzy w przychodniach ogromnie się zmniejszą, bo przecież widzimy, że większość pacjentów w poczekalniach stanowią seniorzy!

  • W pewnym opiniotwórczym tygodniku amerykańskim wyczytaliśmy, że na jakiejś aukcji ktoś kupił krzesło brytyjskiej multimilionerki J. K. Rawling (autorki bestsellerowych powieści o przygodach Harry Pottera) płacąc za nie 394.000 dolarów! Krzesło różniło się od innych w domu pisarki tym, że właśnie na nim zasiadała, gdy pisała swe książki.

    To nasunęło wcale niezły – jak nam się wydaje – pomysł. Nasz Wielki Architekt wiele swych myśli układa w logiczne związki na stojąco, ale chcąc je utrwalić na piśmie, siada przy biurku i pisze (a może stuka w literki na klawiaturze komputera?). W tym wypadku krzesło, którym się posługuje, na którym siada, jest bezcenne! I można by, na przykład, co kwartał wystawiać kolejne na licytację! Uczestnicy aukcji na pewno prześcigaliby się w podbijaniu ceny. A uzyskane tą drogą kwoty można by przeznaczyć na dokarmianie głodujących dzieci! Tak, bo są jeszcze takie, odziedziczone w spuściźnie po poprzednim rządzie, nie zdołaliśmy jeszcze opanować tej sytuacji, ale – jak i w wielu innych dziedzinach – damy sobie radę.

Tobiasz Kaleta

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. SAWA 22.05.2016
  2. A. Goryński 24.05.2016
  3. bogdanka 25.05.2016