Andrzej C. Leszczyński: Sąsiedzi11 min czytania

()

kresy ukraina2016-08-16.

Wisława Szymborska jak ognia bała się doskonałości, cechy nieludzkiej, niszczącej to, co realne. Zalecane dziś normatywy patriotyczne mówią o takiej właśnie Polsce bez skazy. Bohaterskiej, niezłomnej, doznającej niezasłużonych krzywd. O kraju, który nigdy nikogo nie skrzywdził. Jeśli zaś pojawiłyby się fakty zaciemniające ten obraz – tym gorzej dla nich.

Tyczy to nie tylko Żydów, których, jak dowiedzieliśmy się od nowego szefa IPN, mordowali w Jedwabnem Niemcy. Także naszych najbliższych sąsiadów.

Ukraina

Takiego podejścia z pewnością nie respektował Daniel Beauvois pisząc swą prawie osiemsetstronicową pracę pt. „Trójkąt ukraiński. Szlachta, car i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793-1914” (tłum. Krzysztofa Rutkowskiego, II wydanie Lublin 2011). Zrobił to, czego nie podjął się żaden z polskich historyków. Ze strony niektórych z nich doczekał się natomiast krytyki za „niegodne historyka” zainteresowanie losami chłopstwa ukraińskiego, za moralizowanie, a także za odwoływanie się do źródeł marksistowskich. Znacząco w tym kontekście brzmi – przytoczony w „Trójkącie…” – fragment „Wspomnień ukraińskich” Władysława Matlakowskiego, publikowanych w odcinkach w londyńskich „Wiadomościach” (1954-1955): „Smutno to pisać Polakowi, przyznaję się. On jeden nie może krytykować dziejów swoich, jest bowiem w położeniu syna, co miał utracjusza ojca i lekkomyślną matkę. Pochwalić ich nie może, a złorzeczyć mu nie wolno”.

Polskie wyobrażenia o innych najczęściej biorą się z zadawnionych i nierozładowanych kompleksów. W niedawnym wywiadzie mówił o tym Zdzisław Najder: „Źle reagujemy zarówno wtedy, gdy przyjeżdża do nas ktoś bogatszy, mający lepszy samochód, jak i wtedy, gdy pojawia się ktoś biedniejszy – bo wtedy włącza się u nas poczucie wyższości, nie wyobrażamy sobie, byśmy mogli być gorsi od na przykład Białorusinów”.

Beauvois pisze o mitologizowaniu Kresów, o sielankowej kresomanii trwale zrośniętej z polonocentryzmem. (By uwolnić się od podobnych naleciałości, Krzysztof Czyżewski w swych sejneńskich pracach zamiast „kresy” woli używać bardziej neutralnego terminu „pogranicze”). Francuski historyk czuje się kontynuatorem wielogłosowych idei Jerzego Giedroycia, pierwszego wydawcy jego prac w języku polskim. Idei niszczonych dziś doszczętnie w megalomańskiej polityce zagranicznej. Pisze: „Stronniczy patriotyzm, wprowadzony przez antynaukową »politykę historyczną« ostatnich lat i aberracyjne manowce spod znaku IPN każą uwydatnić tylko wielkość kilku rodów ziemiańskich, rzekomych przedstawicieli całego narodu, obrońców »ojcowizn polskich«, wielkość całkowicie odciętą od wielokulturowego otoczenia i od wielowymiarowej problematyki”.

Nie będę streszczał tego, co na temat relacji między polskim ziemiaństwem i ukraińskim chłopstwem pisze Daniel Beauvois, bo to po prostu niemożliwe. Trudna to, nie tylko z uwagi na rozmiar zgromadzonego materiału, lektura, ale bardzo – zwłaszcza po spięciach związanych z wzajemnymi oskarżeniami o ludobójstwo – potrzebna. Wspomnę o jednym tylko wątku. Autor pokazuje, jak narastająca nienawiść chłopstwa do dworów — będąca skutkiem pogarszania się życiowych warunków i nierzadkiego okrucieństwa szlachty (arbitralność w wymierzaniu kar cielesnych, powszechny obyczaj bicia chłopów po twarzy, rzecz niespotykana w innych zaborach) — była podsycana przez Rosjan, dzięki czemu mogli w imię wyznaniowej jedności odgrywać rolę opiekuna ciemiężonego ludu. W innym miejscu Beauvois pisze: „Gdyby stosunki między dworem a chłopami układały się tak sielankowo, jak przedstawia to większość publikacji ukazujących się w Polsce lat 90., nie byłoby ani krwawych rozpraw z panami polskimi w XVII i XVIII w., w czasie rewolucji bolszewickiej, ani rzezi wołyńskiej w czasie II wojny światowej. Zarzewia konfliktów trzeba szukać w bardzo odległej przeszłości, poczynając od XV-XVI w.”. Przytaczam tę opinię nie po to, by pomniejszyć rozmiary wołyńskiego bestialstwa (jestem świeżo po lekturze „Nienawiści” Stanisława Srokowskiego, książki, po której trudno odzyskać spokój) bądź je usprawiedliwić, lecz żeby zwrócić uwagę na jego możliwe źródła.

Potępiając jak najsłuszniej rosyjskie tendencje imperialistyczne, dobrze pamiętać o uwagach Juliusza Mieroszewskiego drukowanych w paryskiej „Kulturze”, który widział trwałą w niektórych, głównie endeckich kręgach chęć zastąpienia tamtego imperializmu własnym, polskim. „Możemy domagać się od Rosjan wyrzeczenia się imperializmu pod warunkiem, że my sami raz i na zawsze wyrzeczemy się naszego tradycyjno-historycznego imperializmu we wszystkich jego formach i przejawach”.

Chyba o tym właśnie śpiewał Leszek Wójtowicz:

„Nie pragnę wcale byś była wielka
Zbrojna po zęby od morza do morza
I nie chcę także by cię uważano
Za perłę świata i wybrankę Boga
Chcę tylko domu w twoich granicach
Bez lokatorów stukających w ściany
Gdy ktoś chce trochę głośniej zaśpiewać
O sprawach które wszyscy znamy”.

Litwa

Zmianę w nastawieniu wobec Polaków zacząłem odczuwać w Wilnie niemal na każdym kroku. Podając taksówkarzowi, znającemu z pewnością język polski, adres słyszałem najczęściej: Klausausi? Koks adresas? (Słucham, jaki adres?). To samo spotykało mnie w sklepach i kasach biletowych. Inna niż dawniej była atmosfera podczas spotkań z litewskimi znajomymi, którzy woleli zwracać się do mnie po angielsku, czasami po rosyjsku, niż jak dawniej, po polsku. Można rozumieć odnajdywanie w języku gwaranta tożsamości (Litwinem jest ten, kto mówi po litewsku), nie tłumaczy to jednak antypolskich nastawień.

Gdy rozmawiałem o tym z mieszkającym w Wilnie znajomym polskim księdzem, stwierdził, że wcale nie dziwi się tej niechęci. Spytał mnie, czy potrafię sobie wyobrazić, jak reagowaliby mieszkańcy Wrocławia czy Szczecina, gdyby do swych dawnych miast przyjechali Niemcy, zamawiali niemieckojęzyczne msze i obnosili się po ulicach i kawiarniach z właścicielskimi minami. Odszukał numer „Przeglądu Powszechnego” sprzed kilku lat, by przeczytać na głos fragment artykułu prof. Kazimierza Łukaszewicza („Dlaczego unia polsko-litewska nie przetrwała? Stosunki polsko-litewskie w latach 1864-1914”): „Litwini oczekują od nas poszanowania ich godności narodowej i języka. Lekceważące podejście do tych spraw przez niektórych naszych rodaków odwiedzających Wilno, narobiło już wiele złego”. Rzeczywiście, sam to zaobserwowałem, że dzisiejsza obecność polska w Wilnie to najczęściej ostentacyjny „powrót”, bycie „u siebie”.

Podobnie jak na Ukrainie, także na Litwie żywa jest pamięć doznanych krzywd. I tu, jeszcze w XIX wieku, wyraźna była opozycja między polskim dworem i litewską wsią, panem i chłopem. Pierwszym warunkiem możliwości awansu społecznego było wyrzeczenie się języka litewskiego (najstarszego, jak zdarza mi się nieraz słyszeć na Litwie, najbliższego sanskrytowi z wszystkich języków indoeuropejskich) i zastąpienie go polszczyzną. Mówią o tym strofy napisane przez romantycznego dramaturga i poetę, Jonasa Mačiulisa (Maironisa):

Znad góry Biruty, gdzie fala Bałtyku
Twą duszę dziejami przeszłości rozmarza,
Nie śpiewam Ci pieśni w praojców języku,
On ucho szlachetne na Litwie obraża!
Dziś jasne książęta i szlachta rodowa,
I mową i duszą – to goście z Krakowa.
Litwinem – chłop tylko, a ród Gedymina
Z herbami znad Wisły wziął na się strój nowy;
Co winien tej ziemi, kim był, zapomina
I świętej praojców zapiera się mowy.

Poczucie wyższości wobec Litwinów szczególnie wyraźne było, i nadal jest, w nurcie endeckim. Z tego nurtu wywodził się Józef Weyssenhoff,  który pisał: „Litwa przyjęła […] wiarę naszą, obyczaj nasz, kulturę naszą bez niewoli ani ukorzenia i pięciowiekowym namysłem utwierdziła się w przekonaniu, że uczyniła dobrze. […] dawaliśmy Litwie do wyboru język nawet urzędowy, aż sama porzuciła niedołężne narzecza, aby stać się ogrodem polskiej mowy, wybujałym w takie dęby jak Mickiewicz”. O polskim ekskluzywizmie mówi Ludwik Stomma: „Chłopi litewscy lubili mojego dziadka, gdyż był on jedyny, powtarzam, jedynym Polakiem w okolicy, który znał chociaż parę litewskich słów na krzyż. Uczono się w dworkach na Litwie francuskiego, angielskiego, przeważnie znano rosyjski… Ale litewski!? To było quantité négligeable. Dwa światy – ten wyższy: polski, i niższy: litewski – żyły obok siebie wzajemnie nieprzemakalne. […] Polacy na Litwie nie mieli pojęcia o swoistej kulturze swoich sąsiadów”.

Trudno się dziwić, że taki stan rzeczy, połączony z wywłaszczaniem z rodzimego języka (częstym zjawiskiem było demonstracyjne wychodzenie Polaków, zachęcanych do tego przez księży, z kościołów podczas litewskich kazań), rozbudził nie wyrażane dotąd świadomie poczucia narodowe. Właśnie w opozycji do wpływów polskich ruch narodowy – czyli tzw. Młodolitwini – znajdował podstawy litewskiej tożsamości. W przeciwieństwie do Starolitwinów, spolonizowanej elity litewskiej (m.in. Adam Mickiewicz, Józef Ignacy Kraszewski, Czesław Miłosz) — dążyli do zbudowania chłopskiego państwa  zakorzenionego w pierwotnych obyczajach i wartościach. Narodowe idee stały się żywe się w okolicach Kowna, Tylży i Sejn, w mniejszym stopniu w Wilnie, gdzie dominowali Polacy. „To jednak Wilno — pisze Tomasz Venclova — uważali Litwini za swoją legendarną stolicę, a także niekwestionowany ośrodek życia narodowego i centrum przyszłego państwa litewskiego. W epoce tej należy szukać korzeni konfliktu polsko-litewskiego”. W innej wypowiedzi (zatytułowanej „Mądrzejszy ten, kto ustąpi pierwszy”) dodaje: „Dla Polaków Wilno jest ważnym ośrodkiem polskiej historii, ale takimi ośrodkami, i to ważniejszymi, są też Warszawa czy Kraków. A Litwa bez Wilna nie istnieje. Dla Litwinów Wilno jest jak Jerozolima dla Żydów […]. Wilno zbudowali Litwini – podobnie jak Żydzi Jerozolimę – ale potem przez stulecia to Polacy byli w nim główną ludnością – podobnie jak Arabowie, którzy przez tysiąclecia zamieszkiwali Jerozolimę”.

Antypolski nacjonalizm nasilił się w czasach litewskiej niepodległości (1918-1940). Pod okupacją niemiecką ujawnił dodatkowo cechy antysemickie. A w republice radzieckiej został, jak wszelkie formy wyrazu politycznego, stłumiony.   

Przekonanie o polskiej okupacji jest dziś na Litwie powszechne. Podziela je pisarka Birutė Mackonytė (przytaczam jej wypowiedź za „Dużym Formatem”): „Nie ma wątpliwości, że było prześladowanie szkół litewskich i Litwinów. Kiedyś spytałam historyka z Polski, dlaczego tak prześladowano Litwinów. Odpowiedział: proszę pani, to dlatego, że Polska nie była pewna swojej państwowości, więc trzeba było tę państwowość cały czas potwierdzać”.

Może to ostatnie zdanie pozwoli Polakowi choć trochę zrozumieć Litwinów, którzy przecież znajdują o wiele więcej powodów, by troszczyć się o swą państwowość. Mają za sobą ponad siedem stuleci zwijania się, kurczenia narodowego organizmu. Okres od tamtej, trzynastowiecznej Litwy, rozciągającej się od Bałtyku po Morze Czarne – do dzisiejszej, z ponad trzymilionową ludnością (pół miliona wyjechało do innych państw UE). To okres, w którym ich kraj, właściwie już od ślubu Władysława Jagiełły z Jadwigą (1386), zaczyna być kulturowo wchłaniany przez Polskę, nasycany odmienną symboliką, wyrażany nie swoim językiem. Pisał Józef Ignacy Kraszewski: „Polska nie tylko pochłonęła w siebie Litwę, lecz do tego czasu ciągłym wpływem wszystko jej swoje narzuciła, prawa, administrację, obyczaje, język […]. Temu to usilnie dokonanemu zdenaturalizowaniu Litwy przypisać należy zniknięcie charakterystycznych jej cech narodowych, jej przetworzenie się w słabe odbicie i naśladowanie Polski”.

Najnowsze doświadczenia wzmocniły antypolskie odczucia. Litwini pamiętają, że w 1991 roku nie było Polaków pod wieżą telewizyjną w Wilnie. Że większość działaczy Związku Polaków na Litwie poparło moskiewski pucz Janajewa w sierpniu tego roku. Że tylko nieliczni podpisali litewską deklarację niepodległości. Pamiętają o staraniach ZChN-u  popierającego sejmowy postulat okręgu autonomicznego na Litwie. O Karcie Polaka (przyjęło ją ok. 500 osób) rodzącej konflikt lojalności: Polak, obywatel Litwy (Vytautas Landsbergis nazwał ją wznowieniem kulturowej ekspansji Polski na wschód).

Nazwiska i nazwy polskie pisane po litewsku? Drażniło mnie to na początku, na przykład wtedy, gdy nocowałem w akademikach na ul. A. Vivulskio, czyli znanego architekta, Antoniego Wiwulskiego. Ale dość szybko uświadomiłem sobie, że w Polsce też piszemy Szekspir, nie Shakespeare, Monachium nie München, Waszyngton nie Washington itp. I że nasza Helena Modrzejewska to w Ameryce Helena Modjeska. Nie bardzo też mogę oburzać się na brak dwujęzycznych nazw miejscowości, gdy na Opolszczyźnie mają zniknąć tablice z nazwami polsko-niemieckimi (miejscowy radny z PiS wyjaśnia, że budzą niepotrzebne emocje).

Na pięknej, porozrzucanej pośród pagórków i dolinek wileńskiej Rossie podniszczone, tonące w trawie, nagrobki. I tak mają szczęście, jakiego nie miały XVIII-wieczne gdańskie groby na kilkudziesięciu tutejszych cmentarzach — po nich nawet ślad nie pozostał. Splantowano je po wojnie, by zatrzeć wszelkie ślady wielokulturowej przeszłości miasta.

Zapisuję wspaniałe żeńskie imiona wyryte na postumentach: Właścimila, Scholastyka, Pawlina, Konkordyna, Ninfa, Salomea, Ksawera, Pudencjana, Anzelma, Wincentyna, Paraskiewia, Grażvyga, Alfonsyna, Miriemia, Modesta, Żelisława, Idalia (z Paplińskich ks. Massalska).

Moja babcia Rufina (z Obuchowiczów Leszkiewicz, pochowana w Gliwicach) dobrze czułaby się w tym towarzystwie.

Andrzej C. Leszczyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

22 komentarze

  1. j.Luk 16.08.2016
  2. wejszyc 16.08.2016
  3. j.Luk 16.08.2016
    • wejszyc 17.08.2016
      • j.Luk 17.08.2016
        • wejszyc 17.08.2016
        • j.Luk 17.08.2016
  4. Obirek 17.08.2016
    • acleszcz 17.08.2016
      • Obirek 17.08.2016
  5. malec bartlomiej 17.08.2016
  6. andrzej Pokonos 17.08.2016
    • andrzej Pokonos 17.08.2016
    • wejszyc 17.08.2016
  7. j.Luk 17.08.2016
    • wejszyc 18.08.2016
  8. j.Luk 18.08.2016
  9. wejszyc 19.08.2016
  10. j.Luk 19.08.2016
  11. narciarz2 19.08.2016
    • BM 20.08.2016
  12. j.Luk 20.08.2016