Wisława Szymborska jak ognia bała się doskonałości, cechy nieludzkiej, niszczącej to, co realne. Zalecane dziś normatywy patriotyczne mówią o takiej właśnie Polsce bez skazy. Bohaterskiej, niezłomnej, doznającej niezasłużonych krzywd. O kraju, który nigdy nikogo nie skrzywdził. Jeśli zaś pojawiłyby się fakty zaciemniające ten obraz – tym gorzej dla nich.
Tyczy to nie tylko Żydów, których, jak dowiedzieliśmy się od nowego szefa IPN, mordowali w Jedwabnem Niemcy. Także naszych najbliższych sąsiadów.
Ukraina
Takiego podejścia z pewnością nie respektował Daniel Beauvois pisząc swą prawie osiemsetstronicową pracę pt. „Trójkąt ukraiński. Szlachta, car i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793-1914” (tłum. Krzysztofa Rutkowskiego, II wydanie Lublin 2011). Zrobił to, czego nie podjął się żaden z polskich historyków. Ze strony niektórych z nich doczekał się natomiast krytyki za „niegodne historyka” zainteresowanie losami chłopstwa ukraińskiego, za moralizowanie, a także za odwoływanie się do źródeł marksistowskich. Znacząco w tym kontekście brzmi – przytoczony w „Trójkącie…” – fragment „Wspomnień ukraińskich” Władysława Matlakowskiego, publikowanych w odcinkach w londyńskich „Wiadomościach” (1954-1955): „Smutno to pisać Polakowi, przyznaję się. On jeden nie może krytykować dziejów swoich, jest bowiem w położeniu syna, co miał utracjusza ojca i lekkomyślną matkę. Pochwalić ich nie może, a złorzeczyć mu nie wolno”.Polskie wyobrażenia o innych najczęściej biorą się z zadawnionych i nierozładowanych kompleksów. W niedawnym wywiadzie mówił o tym Zdzisław Najder: „Źle reagujemy zarówno wtedy, gdy przyjeżdża do nas ktoś bogatszy, mający lepszy samochód, jak i wtedy, gdy pojawia się ktoś biedniejszy – bo wtedy włącza się u nas poczucie wyższości, nie wyobrażamy sobie, byśmy mogli być gorsi od na przykład Białorusinów”.
Beauvois pisze o mitologizowaniu Kresów, o sielankowej kresomanii trwale zrośniętej z polonocentryzmem. (By uwolnić się od podobnych naleciałości, Krzysztof Czyżewski w swych sejneńskich pracach zamiast „kresy” woli używać bardziej neutralnego terminu „pogranicze”). Francuski historyk czuje się kontynuatorem wielogłosowych idei Jerzego Giedroycia, pierwszego wydawcy jego prac w języku polskim. Idei niszczonych dziś doszczętnie w megalomańskiej polityce zagranicznej. Pisze: „Stronniczy patriotyzm, wprowadzony przez antynaukową »politykę historyczną« ostatnich lat i aberracyjne manowce spod znaku IPN każą uwydatnić tylko wielkość kilku rodów ziemiańskich, rzekomych przedstawicieli całego narodu, obrońców »ojcowizn polskich«, wielkość całkowicie odciętą od wielokulturowego otoczenia i od wielowymiarowej problematyki”.
Nie będę streszczał tego, co na temat relacji między polskim ziemiaństwem i ukraińskim chłopstwem pisze Daniel Beauvois, bo to po prostu niemożliwe. Trudna to, nie tylko z uwagi na rozmiar zgromadzonego materiału, lektura, ale bardzo – zwłaszcza po spięciach związanych z wzajemnymi oskarżeniami o ludobójstwo – potrzebna. Wspomnę o jednym tylko wątku. Autor pokazuje, jak narastająca nienawiść chłopstwa do dworów — będąca skutkiem pogarszania się życiowych warunków i nierzadkiego okrucieństwa szlachty (arbitralność w wymierzaniu kar cielesnych, powszechny obyczaj bicia chłopów po twarzy, rzecz niespotykana w innych zaborach) — była podsycana przez Rosjan, dzięki czemu mogli w imię wyznaniowej jedności odgrywać rolę opiekuna ciemiężonego ludu. W innym miejscu Beauvois pisze: „Gdyby stosunki między dworem a chłopami układały się tak sielankowo, jak przedstawia to większość publikacji ukazujących się w Polsce lat 90., nie byłoby ani krwawych rozpraw z panami polskimi w XVII i XVIII w., w czasie rewolucji bolszewickiej, ani rzezi wołyńskiej w czasie II wojny światowej. Zarzewia konfliktów trzeba szukać w bardzo odległej przeszłości, poczynając od XV-XVI w.”. Przytaczam tę opinię nie po to, by pomniejszyć rozmiary wołyńskiego bestialstwa (jestem świeżo po lekturze „Nienawiści” Stanisława Srokowskiego, książki, po której trudno odzyskać spokój) bądź je usprawiedliwić, lecz żeby zwrócić uwagę na jego możliwe źródła.
Potępiając jak najsłuszniej rosyjskie tendencje imperialistyczne, dobrze pamiętać o uwagach Juliusza Mieroszewskiego drukowanych w paryskiej „Kulturze”, który widział trwałą w niektórych, głównie endeckich kręgach chęć zastąpienia tamtego imperializmu własnym, polskim. „Możemy domagać się od Rosjan wyrzeczenia się imperializmu pod warunkiem, że my sami raz i na zawsze wyrzeczemy się naszego tradycyjno-historycznego imperializmu we wszystkich jego formach i przejawach”.
Chyba o tym właśnie śpiewał Leszek Wójtowicz:
„Nie pragnę wcale byś była wielka
Zbrojna po zęby od morza do morza
I nie chcę także by cię uważano
Za perłę świata i wybrankę Boga
Chcę tylko domu w twoich granicach
Bez lokatorów stukających w ściany
Gdy ktoś chce trochę głośniej zaśpiewać
O sprawach które wszyscy znamy”.
Litwa
Zmianę w nastawieniu wobec Polaków zacząłem odczuwać w Wilnie niemal na każdym kroku. Podając taksówkarzowi, znającemu z pewnością język polski, adres słyszałem najczęściej: Klausausi? Koks adresas? (Słucham, jaki adres?). To samo spotykało mnie w sklepach i kasach biletowych. Inna niż dawniej była atmosfera podczas spotkań z litewskimi znajomymi, którzy woleli zwracać się do mnie po angielsku, czasami po rosyjsku, niż jak dawniej, po polsku. Można rozumieć odnajdywanie w języku gwaranta tożsamości (Litwinem jest ten, kto mówi po litewsku), nie tłumaczy to jednak antypolskich nastawień.
Gdy rozmawiałem o tym z mieszkającym w Wilnie znajomym polskim księdzem, stwierdził, że wcale nie dziwi się tej niechęci. Spytał mnie, czy potrafię sobie wyobrazić, jak reagowaliby mieszkańcy Wrocławia czy Szczecina, gdyby do swych dawnych miast przyjechali Niemcy, zamawiali niemieckojęzyczne msze i obnosili się po ulicach i kawiarniach z właścicielskimi minami. Odszukał numer „Przeglądu Powszechnego” sprzed kilku lat, by przeczytać na głos fragment artykułu prof. Kazimierza Łukaszewicza („Dlaczego unia polsko-litewska nie przetrwała? Stosunki polsko-litewskie w latach 1864-1914”): „Litwini oczekują od nas poszanowania ich godności narodowej i języka. Lekceważące podejście do tych spraw przez niektórych naszych rodaków odwiedzających Wilno, narobiło już wiele złego”. Rzeczywiście, sam to zaobserwowałem, że dzisiejsza obecność polska w Wilnie to najczęściej ostentacyjny „powrót”, bycie „u siebie”.
Podobnie jak na Ukrainie, także na Litwie żywa jest pamięć doznanych krzywd. I tu, jeszcze w XIX wieku, wyraźna była opozycja między polskim dworem i litewską wsią, panem i chłopem. Pierwszym warunkiem możliwości awansu społecznego było wyrzeczenie się języka litewskiego (najstarszego, jak zdarza mi się nieraz słyszeć na Litwie, najbliższego sanskrytowi z wszystkich języków indoeuropejskich) i zastąpienie go polszczyzną. Mówią o tym strofy napisane przez romantycznego dramaturga i poetę, Jonasa Mačiulisa (Maironisa):
Znad góry Biruty, gdzie fala Bałtyku
Twą duszę dziejami przeszłości rozmarza,
Nie śpiewam Ci pieśni w praojców języku,
On ucho szlachetne na Litwie obraża!
Dziś jasne książęta i szlachta rodowa,
I mową i duszą – to goście z Krakowa.
Litwinem – chłop tylko, a ród Gedymina
Z herbami znad Wisły wziął na się strój nowy;
Co winien tej ziemi, kim był, zapomina
I świętej praojców zapiera się mowy.
Poczucie wyższości wobec Litwinów szczególnie wyraźne było, i nadal jest, w nurcie endeckim. Z tego nurtu wywodził się Józef Weyssenhoff, który pisał: „Litwa przyjęła […] wiarę naszą, obyczaj nasz, kulturę naszą bez niewoli ani ukorzenia i pięciowiekowym namysłem utwierdziła się w przekonaniu, że uczyniła dobrze. […] dawaliśmy Litwie do wyboru język nawet urzędowy, aż sama porzuciła niedołężne narzecza, aby stać się ogrodem polskiej mowy, wybujałym w takie dęby jak Mickiewicz”. O polskim ekskluzywizmie mówi Ludwik Stomma: „Chłopi litewscy lubili mojego dziadka, gdyż był on jedyny, powtarzam, jedynym Polakiem w okolicy, który znał chociaż parę litewskich słów na krzyż. Uczono się w dworkach na Litwie francuskiego, angielskiego, przeważnie znano rosyjski… Ale litewski!? To było quantité négligeable. Dwa światy – ten wyższy: polski, i niższy: litewski – żyły obok siebie wzajemnie nieprzemakalne. […] Polacy na Litwie nie mieli pojęcia o swoistej kulturze swoich sąsiadów”.
Trudno się dziwić, że taki stan rzeczy, połączony z wywłaszczaniem z rodzimego języka (częstym zjawiskiem było demonstracyjne wychodzenie Polaków, zachęcanych do tego przez księży, z kościołów podczas litewskich kazań), rozbudził nie wyrażane dotąd świadomie poczucia narodowe. Właśnie w opozycji do wpływów polskich ruch narodowy – czyli tzw. Młodolitwini – znajdował podstawy litewskiej tożsamości. W przeciwieństwie do Starolitwinów, spolonizowanej elity litewskiej (m.in. Adam Mickiewicz, Józef Ignacy Kraszewski, Czesław Miłosz) — dążyli do zbudowania chłopskiego państwa zakorzenionego w pierwotnych obyczajach i wartościach. Narodowe idee stały się żywe się w okolicach Kowna, Tylży i Sejn, w mniejszym stopniu w Wilnie, gdzie dominowali Polacy. „To jednak Wilno — pisze Tomasz Venclova — uważali Litwini za swoją legendarną stolicę, a także niekwestionowany ośrodek życia narodowego i centrum przyszłego państwa litewskiego. W epoce tej należy szukać korzeni konfliktu polsko-litewskiego”. W innej wypowiedzi (zatytułowanej „Mądrzejszy ten, kto ustąpi pierwszy”) dodaje: „Dla Polaków Wilno jest ważnym ośrodkiem polskiej historii, ale takimi ośrodkami, i to ważniejszymi, są też Warszawa czy Kraków. A Litwa bez Wilna nie istnieje. Dla Litwinów Wilno jest jak Jerozolima dla Żydów […]. Wilno zbudowali Litwini – podobnie jak Żydzi Jerozolimę – ale potem przez stulecia to Polacy byli w nim główną ludnością – podobnie jak Arabowie, którzy przez tysiąclecia zamieszkiwali Jerozolimę”.
Antypolski nacjonalizm nasilił się w czasach litewskiej niepodległości (1918-1940). Pod okupacją niemiecką ujawnił dodatkowo cechy antysemickie. A w republice radzieckiej został, jak wszelkie formy wyrazu politycznego, stłumiony.
Przekonanie o polskiej okupacji jest dziś na Litwie powszechne. Podziela je pisarka Birutė Mackonytė (przytaczam jej wypowiedź za „Dużym Formatem”): „Nie ma wątpliwości, że było prześladowanie szkół litewskich i Litwinów. Kiedyś spytałam historyka z Polski, dlaczego tak prześladowano Litwinów. Odpowiedział: proszę pani, to dlatego, że Polska nie była pewna swojej państwowości, więc trzeba było tę państwowość cały czas potwierdzać”.
Może to ostatnie zdanie pozwoli Polakowi choć trochę zrozumieć Litwinów, którzy przecież znajdują o wiele więcej powodów, by troszczyć się o swą państwowość. Mają za sobą ponad siedem stuleci zwijania się, kurczenia narodowego organizmu. Okres od tamtej, trzynastowiecznej Litwy, rozciągającej się od Bałtyku po Morze Czarne – do dzisiejszej, z ponad trzymilionową ludnością (pół miliona wyjechało do innych państw UE). To okres, w którym ich kraj, właściwie już od ślubu Władysława Jagiełły z Jadwigą (1386), zaczyna być kulturowo wchłaniany przez Polskę, nasycany odmienną symboliką, wyrażany nie swoim językiem. Pisał Józef Ignacy Kraszewski: „Polska nie tylko pochłonęła w siebie Litwę, lecz do tego czasu ciągłym wpływem wszystko jej swoje narzuciła, prawa, administrację, obyczaje, język […]. Temu to usilnie dokonanemu zdenaturalizowaniu Litwy przypisać należy zniknięcie charakterystycznych jej cech narodowych, jej przetworzenie się w słabe odbicie i naśladowanie Polski”.
Najnowsze doświadczenia wzmocniły antypolskie odczucia. Litwini pamiętają, że w 1991 roku nie było Polaków pod wieżą telewizyjną w Wilnie. Że większość działaczy Związku Polaków na Litwie poparło moskiewski pucz Janajewa w sierpniu tego roku. Że tylko nieliczni podpisali litewską deklarację niepodległości. Pamiętają o staraniach ZChN-u popierającego sejmowy postulat okręgu autonomicznego na Litwie. O Karcie Polaka (przyjęło ją ok. 500 osób) rodzącej konflikt lojalności: Polak, obywatel Litwy (Vytautas Landsbergis nazwał ją wznowieniem kulturowej ekspansji Polski na wschód).
Nazwiska i nazwy polskie pisane po litewsku? Drażniło mnie to na początku, na przykład wtedy, gdy nocowałem w akademikach na ul. A. Vivulskio, czyli znanego architekta, Antoniego Wiwulskiego. Ale dość szybko uświadomiłem sobie, że w Polsce też piszemy Szekspir, nie Shakespeare, Monachium nie München, Waszyngton nie Washington itp. I że nasza Helena Modrzejewska to w Ameryce Helena Modjeska. Nie bardzo też mogę oburzać się na brak dwujęzycznych nazw miejscowości, gdy na Opolszczyźnie mają zniknąć tablice z nazwami polsko-niemieckimi (miejscowy radny z PiS wyjaśnia, że budzą niepotrzebne emocje).
Na pięknej, porozrzucanej pośród pagórków i dolinek wileńskiej Rossie podniszczone, tonące w trawie, nagrobki. I tak mają szczęście, jakiego nie miały XVIII-wieczne gdańskie groby na kilkudziesięciu tutejszych cmentarzach — po nich nawet ślad nie pozostał. Splantowano je po wojnie, by zatrzeć wszelkie ślady wielokulturowej przeszłości miasta.
Zapisuję wspaniałe żeńskie imiona wyryte na postumentach: Właścimila, Scholastyka, Pawlina, Konkordyna, Ninfa, Salomea, Ksawera, Pudencjana, Anzelma, Wincentyna, Paraskiewia, Grażvyga, Alfonsyna, Miriemia, Modesta, Żelisława, Idalia (z Paplińskich ks. Massalska).
Moja babcia Rufina (z Obuchowiczów Leszkiewicz, pochowana w Gliwicach) dobrze czułaby się w tym towarzystwie.
Andrzej C. Leszczyński



Sęk w tym, że polityka historyczna państw ościennych do złudzenia przypomina naszą. Wyważyć na spokojnie proporcje nie jest łatwo i nie robią tego także przywoływani przez Pana autorzy. Oni po prostu odwracają sprawę o 180 stopni u uważają, że „odkryli prawdę”.
„Język litewski jest najstarszy w Europie”. U nas się mówi, że Matka Boska była Polką. To mniej więcej to samo.
Autorzy piszący o krzywdach wyrządzanych przez Polaków chłopstwu w obecnych sąsiednich państwach piszą tak, jakby ich historia zaczęła się w XVIII/XIX wieku.
Tymczasem czym była Ruś przed unią lubelską? Suwerennym państwem gdzie pan i chłop mówili własnym językiem i kultywowali własną kulturę? A czym byłaby Litwa bez unii polsko litewskiej? Czy w ogóle by była?
Kim byli Radziwiłłowie? Rdzennymi Polakami? Pokazywałem kiedyś pomnik Janusza Radziwiłła w Kiejdanach, który postawiono mu za to, że „walczył o niepodległość Litwy”.
To jest rozumowanie całkowicie ahistoryczne, bo w tamtych czasach nie znano czegoś takiego jak „rozumowanie narodowe” czy „walka o naród”. To się pojawiło (w całej Europie) stosunkowo późno i od razu przyjęło taki kształt jaki ma dziś – polityki narodowościowej prowadzącej do konfliktów, podziałów i wzajemnych pretensji. Jedne państwa z tego szybciej ochłonęły, inne jeszcze nie. Państwa, które od niedawna pieszczą swoją niepodległość jeszcze jakiś czas się od tego nie uwolnią. Nic na to nie poradzimy, to musi samo minąć.
Na razie musimy zająć się sobą, bo nasza polityka historyczna przypomina dążenia narodów, które nigdy suwerenności nie zaznały. Można by mniemać, że choć była ona i jest faktem, nie dotarła jeszcze do wielu umysłów. Stąd potrzeba jej ciągłego wzmacniania bzdurnymi i w gruncie rzeczy szkodliwymi „modelami historycznymi”.
„… polityka historyczna państw ościennych do złudzenia przypomina naszą” – tak napisał @j. Luk. To prawda. Nasze pretensje wobec Rosji i Niemiec to, wypisz wymaluj, litewskie wobec Polski. Nie wiem, jak Rosjanie Polaków, ale ja rozumiem Litwinów. Litwa, dziesięciokrotnie mniejsza niż Polska, w pamięci mając polonizację własnych elit, a potem pogardliwe słowa szlacheckich bydlaków w rodzaju Hipolita Korwin-Milewskiego, dzisiaj widząc wizyty kibolstwa polskiego, słusznie zachowuje dystans wobec Polski.
A nie wydaje się Panu, że ta „polonizacja elit” bardzo przypomina dzisiejszą „europeizację”? To ta polonizacja pozwoliła elitom litewskim w XV i kolejnych wiekach wejść do rodziny elit europejskich. I robiły to dobrowolnie, nikt ich nie zmuszał, dopiero gdzieś od Zygmunta III zaczęło mieć to znaczenie przy obsadzie stanowisk. Za Zygmunta Augusta w dużej mierze to elity litewskie decydowały o kształcie ustrojowym wspólnego państwa i nadawały kierunek jego polityce.
Efekt końcowy był taki, że „czysto litewskie” pozostało jedynie chłopstwo, w stosunku do którego pogardę okazywano nie zwracając uwagi na jego narodowość. To był „układ klasowy”. Pogardzano chłopem litewskim dokładnie tak samo jak polskim. Kompletnie bezrozumnie to prawda, ale to fakt.
Doszukiwanie się w tym wszystkim podtekstów narodowościowych to już właśnie polityka historyczna, nieważne w którą obrócona stronę.
Dziś wyznawcy „idei narodowych” robią zarzut z „europeizacji” polskich elit widząc „kosmopolitę” i niepatriotę w każdym kto zna trzy słowa w obcym języku i był w większej ilości krajów, niż prezes.
I nie zwracają uwagi na to, że Polska była wielkim państwem (o którym ponoć śnią po nocach) właśnie wtedy kiedy to polskie elity zeuropeizowały się doszczętnie.
Król Sobieski zanim go obrano miał szczery zamiar osiedlić się we Francji i nawet poczynił pewne starania o nabycie odpowiednich dóbr. Nie widział w tym niczego szczególnego. I nikt pewnie nie wystosowywałby do niego apeli o „powrót na łono” takie czy inne.
@J.Luk A to ciekawy temat, czy ówczesna polonizacja szlachty litewskiej to odpowiednik dzisiejszej europeizacji części Polaków. Nie zastanawiałem się nad tym i dzisiaj naturalnie nie odpowiem. Po pierwsze, co to jest europeizacja? Tak intuicyjnie rzecz biorąc, podkreślam intuicyjnie, to chyba jednak więcej znajdziemy różnic niż podobieństw. Zgadzam się z Panem, że chłopem pogardzano bez względu na narodowość, ale do czasu. Po powstaniu styczniowym już była różnica miedzy chłopem polskim (albo spolszczonym) a chłopem litewskim. Była też różnica między szlachcicem polskim (Gabriel Narutowicz, Grażyna Bacewicz) a szlachcicem poczuwającym się do litewskości (jego brat Stanisław Narutowicz i jej brat Vytautas Bacevičius, można jeszcze wymienić Oskara Miłosza czy Józefa Albina Herbaczewskiego). To nie jest podtekst narodowościowy, to sprawa wybitnie narodowościowa.
Sprawy narodowościowe to wiek XIX i dalsze, więc te przykłady, które pan podaje dokładnie do tego pasują. To zresztą także czasy wyborów, które potrafiły przebiegać wewnątrz rodzin, na Ukrainie także. Polski generał Szeptycki i metropolita greckokatolicki z Ukrainy – rodzeni bracia – to byli wnukowie Aleksandra Fredry. Każdy dokonał innego wybory. Będziemy te wybory oceniali? No chyba nie.
Wcześniej narodowość w naszym dzisiejszym pojęciu nie istniała. Wiem, to trudno sobie wyobrazić, a jednak to prawda. Struktury społeczne były budowane w oparciu o inne kryteria. Potem przestały istnieć i nadeszła pora na inne priorytety. Normalny proces ewolucji społeczeństw.
Co do europeizacji – dawniej przynależność do cywilizacji łacińskiej dawała profity nie tyle nawet w postaci zajmowanych stanowisk co właśnie rozwoju kulturalnego. Dziś daje takie wchłanianie kultury europejskiej i nie tylko. Proszę zwrócić uwagę, że rozwój polskiej kultury nastąpił w czasie kiedy miała ona szeroki dostęp do tego co ważne i wartościowe było w świecie. XVI wiek! I mamy „ministra kultury”, który usiłuje ten proces zahamować i ogrodzić nasze poletko i uczynić je parafiańskim ogródkiem.
Stąd moje porównanie.
No, Pan i ja tych wyborów nie oceniamy. Ja je w pełni rozumiem. I dlatego rozumiem postawy Litwinów/Białorusinów/Ukraińców wobec Polski i Polaków. Coś musiało być niedobrego w naszym, polskim postępowaniu wobec tych nacji, że postrzegają nas jako okupantów i zaborców.
Wie Pan, ja staram się zwykle łagodzić ostrość sądów we wzajemnych „rozliczaniach” bo one niczemu nie służą. A problemy historyczne dotyczą wszystkich nacji, choć nam się wydaje, że są nam przypisane bo jesteśmy tacy wyjątkowi.
Np. polityka historyczna Węgrów każe im wierzyć, że pochodzą od Hunów (nie całkiem to zgodne z prawda) a Atylla jest do dziś używanym imieniem.
I proszę sobie teraz wyobrazić, że Włosi zaczną zgłaszać pretensje do Węgrów o zniszczenie cesarstwa rzymskiego. Groteska? Jak najbardziej.
Bo do tego to wszystko prowadzi.
Wyjaśniać przeszłość – jak najbardziej, ale pilnować jednocześnie, by nie wpływała ona na bieżąca politykę.
Świetny tekst. Ciekawe, że a propos Ukrainy w jednym akapicie zestawia Autor Daniela Beauvois’a i Zdzisława Najdera. Akurat w sprawie stosunku do Ukrainy Najder onegdaj zbeształ Profesora zarzucając mu stronniczość i brak szacunku dla polskich sentymentów. A tak w ogóle to pisanie pod dyktando nikomu na dobre nie wychodzi i wskazywanie na innych, że tak robią jest kiepską linia obrony na jaką wskazuje J. Luk.
Zestawienie, o którym Pan wspomina, jest dość przypadkowe – cytowane zdanie Najdera wyraża bliski mi pogląd o polskich zakompleksieniach.
Zdaję sobie sprawę, że tak właśnie jest. Niemniej jednak warto pamiętać, że niektórzy patrioci w zacietrzewieniu nie dopuszczają innych punktów widzenia i posuwają się do ich wykluczania (gdy mają takie możliwości) . Co jest n.b. przejawem zakompleksienia.
Historia u nas na głowie stoi. Uczyłem się jej jeszcze za tamtego ustroju i obecnie mnie uczą, historii
o tym samym przez kogo innego uczonej. Chcemy uchodzić za najlepszych, najsłodszych i najuczciwszych
pod słońcem. A tak nie jest. Mówimy że Ukraińcy wyrżneli polaków a nie mówimy o tym dla czego, co
spowodowało ich zachowanie. Gdy w latach 80tych byłem na Litwie to starsza pani Maria nie mówiła
po Litewsku ale jej córka Maria mówiła i po polsku i po litewsku, może dla tego że wykładała na uczelni.
Jej dzieci 15 i 17 lat nie mówili po litewsku i powiedzieli że nie będą się uczyć bo im to nie potrzebne i
za trudny język. Nie wiem czy teraz mają do kogoś pretensje. O Jedwabny pierwszy raz dowiedziałem
w 80-tych latach a sprawcą tego bestialstwa był kto inny , nie Polacy. Po 90-tym roku dowiedziałem się
innej prawdy, a miesiąc temu jeszcze innej. Która historia jest prawdziwa. W naszym kraju nie ma
ciągłości władzy, każdy kto obejmuje rządy niszczy, zmienia to co zrobili poprzednicy. Zmienia się władza,
zmienia się historia. Niedługo się dowiemy że całą historię zawdzięczamy człekowi niewielkiego wzrostu,
że tylko taka wersja jest dostępna i prawdziwa. Pozwólmy upływać czasowi.
Byłem na Litwie w Wilnie w 1970 roku, gdy z każdego okna dobiegała na ulicy muzyka ze śpiewem Maryli Rodowicz a w restauracyjkach panie wołały do nas od progu, zanim otworzyliśmy usta: „mówcie panowie do nas po polsku!”. A potem byłem na oficjalnej wizycie w końcu lat 80-tych w tym samym Wilnie, gdzie nikt do nas nie mówił po polsku, może z wyjątkiem miejscowych spotkanych pod obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Nasi gospodarze nie dopuścili do nas nikogo mówiącego po polsku! Rozmawialiśmy po angielsku… Wtedy nie czytałem jeszcze oqsmańczykaoRzeczpospolitej Obojga Narodów, a podchmielony wracając nocą pod Ostrą Bramą wrzeszczałem na cały głos inwokację z Pana Tadeusza. I niczym się nie różniłem wtedy od polskich kiboli dzisiaj. Choć zdawałem sobie sprawę, że Litwa w moim sercu z której pochodzi moja matka nigdy do Polski nie wróci. I z napotkanymi na ulicy Polakami rozmawiałem w to ie „jeśli wam tu nie dobrze, może przenieście się do Polski?” To też błąd. Bo to są ludzie, którzy tam mieszkają i to jest ich ziemia. Na codzień nie myślimy o tych ziemiach, jak skomplikowane są tam historia i stosunki. I jak łatwo urazić każdą steonę.
.
Potrzebny tekst. Tego nadal się w Polsce nie dyskutuje. Polska nadal nie rozliczyła się ani z bestialstwa wobc Ukrainy w poprzednich wiekach, ani nie chce zrozumieć prawa i potrzeby dążenia Żmudzi która teraz nazywa się Litwą od czasów oszukanego przez polskiego króla Jagiełłę litewskiego księcia Witolda… Jego brata. Nadal patrzymy na wszystkich naokoło z góry i nie mamy ani pojęcia ani chęci wgłębiać się w zawiłości i błędy polskiej polityki w przeszłości a także dzisiaj. I nie sprzyja temu rozliczeniu obecna ekipa natchnionych półgłówków. Jakże drastycznym błędem obecnej polskiej administracji jest wywołanie demonów z przeszłości i ogłaszanie jednostronne uchwały o rzezi Wołyńskiej. Bez rozmów z drugą stroną. Na to potrzeba czasu i spokoju. A Ukraina w stanie pełzającej wojny nie ma na to czasu ani ochoty obecnie. Jakże krótkowzroczna ta dzisiejsza polityka dyplomatołków i jak bardzo skierowana przeciwko polskim interesom!
.
W sumie w dyskusji powyżej z wyjątkiem @Wejszyca pobrzmiewają nadal głosy odrzucające nasze niewątpliwe błędy przeszłości. (Bo inni też, itp – to żadne argumenty). Czy można było uniknąć tych błędów i draństw przeszłości? Jak widać nie. Ale dziś powinniśmy dążyć do zmniejszania strat politycznych i kulturowych jakie z tego wynikły. Na dłuższą metę skazani jesteśmy na przyjaźń i współpracę z wszystkimi naszymi sąsiadami naokoło. Do tego jest wielka potrzeba zrozumienie krzywd i błędów wszystkich zainteresowanych stron rozliczanych w cichych gabinetach historyków i do tego wspólnie. Najlepszym krokiem wyrażającym nasze najlepsze intencje na początek byłoby zabronienie polskim kibolom jeżdżenia do naszych wschodnich sąsiadów. Obawiam się jednak że obecne rządy dyplomatołków nie zrezygnują z własnej woli z kiboli tak na własnym podwórku jak i za granicami kraju. Niestety czeka nas i tak w przyszłości oczyszczenie wzajemne stosunków, które w durzej mierze zostały zniszczone przez nas samych w przeszłości i są niszczone nadal dzisiaj przez nieodpowiedzialnych pseudo polityków.
Oops! Znowu błąd „w durzej” za co przepraszam
@Andrzej Pokonos Ja byłem w tym roku w Wilnie. Akurat była prawosławna Wielkanoc i Dzień Polonii. Prawosławni święcili pokarmy i tłumnie odwiedzali cerkwie. Polacy z polskimi flagami (nieśli też litewskie i unijne – jeszcze im Płaszczak i Broszka nie uświadomili, że to źle) maszerowali ulicami Starówki, by pod Ratuszem wysłuchać wrzeszczących swe piosenki Golców. Wszystkiemu przypatrywała się spokojnie litewska policja. Brakowało tylko Żydów. Toż to widok dla polskiego patrioty spod znaku kibola Międlara nie do zniesienia.
Panie Andrzeju, czy mógłby pan wyartykułować te „draństwa”? Bardzom ich ciekaw.
Nie chodzi o ukrywanie prawdziwych czy wyimaginowanych krzywd, ale o zrozumienie, że przykładanie sytuacji z XVI – XVIII wieku do dzisiejszych pojęć jest ahistoryczne, kompletnie bzdurne i służące z jednej strony skonfliktowaniu narodów (a są politycy po obu stronach, którym na tym bardzo zależy), a z drugiej do ulubionego zajęcia „światłych Polaków” czyli samobiczowania.
Większość cytowanych przez Autora Litwinów wypisuje takie same rzeczy jak i nasi niektórzy pisarze. Romantyczny poeta jakoś zapomniał, że Radziwiłłowie, Chodkiewicze i inni nie byli rdzennymi Polakami, a to oni decydowali o tym jak rozwijała się Litwa w przeszłości.
Ciekawi mnie np. w czym Jagiełło oszukał Witolda? Wg mnie chyba tylko w tym, że nie pozwolił na uzależnienie Litwy od Zakonu Krzyżackiego ku czemu skłaniał się Witold, obecnie bohater narodowy (podobnie jak Janusz Radziwiłł) ustawiony na tej pozycji przez politykę historyczna w opozycji do „zdrajcy” Jagieły.
XIV – XV wieczna Litwa to było gniazdo żmij rodowych sprowadzających na swoją ziemię a to Krzyżaków, a to Moskwę, a to Połowców itd. Jagiełło to przerwał i to dzięki niemu Litwa przetrwała.
Narzucona kultura? Dziś identycznie argumentują zwolennicy PiS mówiąc o „utracie tożsamości” w globalizującym się świecie, najchętniej otoczyliby Polskę murem i nie pozwolili nikomu wychodzić na zewnątrz. To wg nich uchroniłoby polską kulturę.
Gdybanie jest równie ahistoryczne co te dywagacje, ale proszę spróbować wyobrazić sobie co by było gdyby tej „narzuconej kultury” nie było. Byli tacy co próbowali. Lutycy, Prusowie i inni. Gdzie dziś są?
Proszę zobaczyć w jakim języku pisane są przywileje królów polskich dla ziemian litewskich. W ruskim, panie Andrzeju, nie w polskim ani litewskim.
Powtórzę z pierwszego wpisu. Doszukiwanie się prawdy historycznej nie może polegać na odwróceniu dotychczasowej wizji o 180 stopni bo będzie to takie samo fałszerstwo jak dotychczasowe.
Rzeczywistość, także historyczna, jest bardziej skomplikowana.
A litewskiej autorce, która pisze (po części słusznie) o prześladowaniu Litwinów mógłbym powiedzieć, że to samo odnosi się do Polaków w dzisiejszej Litwie. Bo dziś Litwa przechodzi przez ten sam etap co Polska kiedyś. I na to nic nie poradzimy, to trzeba przeczekać, pokolenie lub dwa. Warto to sobie uświadomić. To są procesy znane i czytelne. Usilne szukanie winy po tej czy tamtej stronie to barbarzyńskie upraszczanie, które nie służy nikomu. Ani im ani nam. To nie te kategorie rozumowania, które są potrzebne.
Niestety, my zamiast mieć to wszystko poza sobą, dostaliśmy dobrą zmianę, która i w tym względzie cofa nas o dziesięciolecia. A owoce zbiorą nasze wnuki.
@j.Luk Przepraszam, że się wtrącam w dialog między Panem a @Andrzejem Pokonosem i o wybaczenie proszę.
1. Co to znaczy „samobiczowanie”? Czy przyznanie, że Jedwabne, Wąsosz, Kielce itd. to nasza robota to „samobiczowanie”? Czy przyznanie, że Polacy mają taki sam metabolizm, psychologię tłumu, reakcje bezwarunkowe, co przedstawiciele innych nacji to „samobiczowanie”? Powiedzenie, że mogli nienawidzić i zabijać Żydów tak samo, jak Amerykanie Indian i czarnych, Belgowie mieszkańców Konga, Ukraińcy Polaków na Wołyniu to „samobiczowanie”? Czy woli Pan krętactwa Szarka i tej kobiety od edukacji? Uważam, że jesteśmy tacy sami, jak inne narody, czyli zdolni do czynów chwalebnych i do zbrodni.
2. Przykład Prusów trzymających się rodzimej kultury nie jest chyba najwłaściwszy. Wielu Prusów zeuropeizowało się, czyli przejęło kulturę najeźdźców krzyżackich i zasiliło pruskie junkierstwo w przyszłości. A i tak jako nacja zniknęli.
3. „…Radziwiłłowie, Chodkiewicze i inni nie byli rdzennymi Polakami…”. Chryste Panie, a kto był rdzenny na tych nizinach, przez które przechodzili Polacy, Litwini, Niemcy, Rusini, Białorusini, Tatarzy, Słowacy, Węgrzy, a jeśli chodzi o arystokrację to cała Europa (patrz Maria Czapska)? Zygmunt August miał chyba z 6 nacji we krwi i ani deka polskiej.
4. Pisze Pan o odwracaniu o 180 stopni historii, co budzi Pana sprzeciw. Rozumiem chyba Pana myślenie. I podzielam Pana obiekcje, że nie równa się to dotarciu do prawdy. Ale przyzna Pan, że jest to zrozumiała reakcja na nacjonalistyczny wzwód środowisk, których wyrazem jest bełkot macierewiczowsko-międlarowski. Ja dzisiaj obejrzałem zapomniany stary polski film z 1964 roku – „Pierwszy dzień wolności” wedle zapomnianej sztuki zapomnianego autora, komunisty zresztą. Potencjał intelektualny tego filmu przytłoczyłby środowiska „patriotyczne” w materii winy, odpowiedzialności, kary.
@wejszyc, no właśnie na tym polega całe nieszczęście, że u nas wszystko idzie od ściany do ściany. Operujemy takimi uogólnieniami, że nigdy nie dojdziemy do równowagi „narodowego umysłu” (zakładając, że jest takowy).
„Czy woli Pan krętactwa Szarka i tej kobiety od edukacji? ”
No mam nadzieję, że mnie pan o to poważnie nie podejrzewa 🙂
O Wołyniu sam pisałem i napisałem tam, że nikomu na dobra sprawę nie zależy na dotarciu do prawdy. Bo nie zależy. Wszystko obraca się wokół sztucznego dylematu „kto winien”? serwowanego nam na ogół przez polityków, a ci mają rozmaite motywy jego stawiania poza jednym – prawdą historyczną (nie obiektywną, bo w istnienie takowej wątpię).
Co nazywam samobiczowaniem? Chore upodobanie niektórych ludzi do przyznawania się do win, o których nie mają bladego pojęcia, ale którym się wydaje, że przez to są lepsi od innych, że reprezentują tę „lepszą Polskę” itd. I to na ogół bez rzetelnej wiedzy o temacie. Wystarczy „słuszny kierunek”.
Nie widzi ich Pan?
Co do Jedwabnego od zawsze zgłaszam jedno zastrzeżenie: dlaczego przerwano badania i nie wzięto pod uwagę wcześniejszych robionych z okazji procesów jakie odbyły się w Polsce i w Niemczech po wojnie? Jeśli były nierzetelne, to metodologia nakazuje wykazanie tej nierzetelności, a nie udawanie, że ich nie było.
Bez tego mamy taką sytuację, że ktoś Pana zapyta, dlaczego w Niemczech (bodaj w 1964 roku) zostali skazani oficerowie niemieccy za mord w Jedwabnem, skoro mordu dokonali Polacy? Bez znajomości wszystkich badań będzie miał Pan kłopot z odpowiedzią, a znajdą się tacy (sam Pan ich wymienia), którzy natychmiast wykorzystają to zaprzeczając nawet oczywistym faktom.
I Pan i ja wyrastaliśmy w czasach, w których za wszystko obwiniano Niemców, później „odwetowców z Bonn”. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie: czemu to miało służyć? Bo miało i służyło.
Dlatego jestem zdania, że owszem – powinniśmy odpowiednio wyposażać katedry uniwersyteckie prowadzące badania historyczne, ale bez stawiania im z góry założonych celów do osiągnięcia.
Dziś poszukiwanie „winnych” służy tylko bieżącej polityce, u nas i u naszych sąsiadów. Czyli – niczemu dobremu.
Przykład z artykułu p. Leszczyńskiego – Litwa. Pretensje Litwinów o „bunt” Żeligowskiego – ok, dadzą się zrozumieć. Natomiast wcześniejsze są wręcz niepoważne, ale wszystkie wrzuca się do jednego worka bo jet to komuś do czegoś potrzebne.
Jeśli chodzi o Pana pkt.3 to nie wchodząc zbyt głęboko w znaczenie słowa „rdzenność” – wymienieni przeze mnie ludzie byli rdzennymi Litwinami, czego współcześni Litwini dziwnie nie umieją zauważyć. To byli ich książęta, ich magnaci często walczący z Koroną o interesy Wielkiego Księstwa. A dziś za to co wywalczyli Litwini oskarżają Polaków. Absurd do kwadratu! Ale ktoś go dziś potrzebuje.
@j.Luk Generalnie zgadzam się z Panem, skupię się zatem na różnicach, które może różnicami nie są, jeno wydają się nimi być z powodu niedoprecyzowania odpowiedzi. Ad rem.
Przez „samobiczowanie” rozumiałem to, co niektórzy nazywają „pedagogiką wstydu”. Nie wydaje się Panu, że „samobiczowanie” (tak właśnie rozumiane) to przekorna odpowiedź na „samouwielbienie”? „Samouwielbienie” czyli negowanie jakichkolwiek złych i błędnych czynów Polaków? Kreowanie nieprawdziwej, infantylnej, ad usum Delphini historii? Albo przypisywanie tych czynów dziwnym osobnikom („to nie byli prawdziwi Polacy”, „to byli komuniści”, „to żydokomuna”, „to nie Polacy, to antysemici”). Taka interpretacja niedługo może być usankcjonowania ustawowo. Tak jak kult marszałka Piłsudskiego przed wojną. „Samouwielbienie” jest dla mnie groźniejszym zjawiskiem niż „samobiczowanie”, staje się dominującym. Wie Pan, że funkcjonariusze IPN dotarli już do przedszkoli i tam organizują pogadanki patriotyczne? Wtóruje im Międlar z przekazem skierowanym do kiboli i bandytów z ONR.
@wejszyc pełna zgoda, o to właśnie chodzi. Różnica tylko taka, że ja oba te trendy uważam za skrajne, a więc nie służące dobrze człowiekowi. Choć oczywiście rozumiem, że jeden jest odpowiedzią na drugi.
Tak jak na pseudobadaniach w Jedwabnem zyskali jedynie antysemici, tak na wszystkich naszych „rozliczeniach” z sąsiadami zyskają jedynie siły politycznie skrajne, przecież to widać gołym okiem.
O wędrówkach wśród najmłodszych wiem, znam nawet pewnego krętacza, który to organizuje. Ponieważ dyrekcje placówek się boją miauknąć (to też ciekawy objaw, za rzadko się o tym mówi) zaprotestować mogliby jedynie rodzice. Zaprotestują? Ja nie mam złudzeń.
Mam jedna prośbę do Redaktora @BM. Żeby odpowiadanie na czyjś komentarz nie powodowało wcięcia o pól strony. Jeden z powyższych komentarzy @j.Luka jest wcięty tak, ze w linii mieści się kilka słów. Kiepsko się czyta kolumnę o szerokości znaczka pocztowego.
Przykro mi, ale nie mogę tego zrobi©. To „fabryczne”ustawienie WordPressa i po prostu nie umiem tego zmienić. Najlepiej nie korzystać z reply, tylko zaznaczać w nagłówku, do kogo się zwracamy, np. @ Jerzy.
@narciarz2, ma Pan rację, przestaje już odpisywać przez „reply”, lepiej zaznaczyć do kogo sie mówi i pisać normalnie.
@wejszyc, komentarz czeka na moderację, ale chybaśmy się zrozumieli.