Krzysztof Łoziński: Obraza mojej matki i rozumu

lozinski2016-09-27.

Przyjęty do dalszego procedowania w Sejmie projekt ustawy antyaborcyjnej zawiera w praktyce dwa bardzo groźne zakazy: badań prenatalnych i zabiegów dopłodowych, czyli leczenia Dzieci przed urodzeniem, w łonie matki.

Może nie do końca jest to wprost zapisane, ale takie są skutki tego projektu w praktyce. W rozumieniu autorów – matołów i nieuków – badania prenatalne mają zapewne służyć wyłącznie do tego, by wykryć wady wrodzone u dziecka i dokonać aborcji. Tym czasem bez nich często nie można wykryć szeregu chorób nienarodzonego jeszcze dziecka, które można leczyć we wczesnej fazie. Po urodzeniu może być za późno. W dodatku mało który lekarz będzie chciał podejmować się inwazyjnego leczenia płodu, gdy według ustawy za śmierć płodu z powodu powikłań (przy każdej operacji mogą być powikłania) może mu grozić więzienie.

W 1969 roku, w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, doktor Danuta Łozińska (profesorem została znacznie później) dokonała pierwszej w Polsce i jednej z nielicznych wówczas na świecie transfuzji dopłodowej a później znacznie rozwinęła tę metodę leczenia choroby hemolitycznej u noworodków. Do dziś metoda ta uratowała życie tysiącom polskich dzieci. Teraz ma zostać zakazana w imię pokrętnej ideologii, wedle której trzeba ratować zygoty kosztem życia dzieci.

W 1969 roku nie było jeszcze USG. Zabieg wykonywany był pod rentgenem. Obraz był nie tylko kiepski, ale i płaski. Jak to później określił prof. Dębski: „trzeba było ogromnej odwagi, by podjąć się tego w takich warunkach, z takim sprzętem, obojętnością środowiska i z wrogim nastawieniem władz”. W dodatku część sprzętu, np. cewniki, trzeba było sprowadzać z zagranicy prywatnymi kanałami, bo w PRL tego po prostu nie było.

Prof. dr hab. Danuta Łozińska, ppor „Danusia”, żołnierz AK i Hufcowa Szarych Szeregów, uczestniczka Powstania Warszawskiego, zmarła w 2012 roku w wieku 94 lat. Była moja matką. W swojej książce „Czas przeszły” wspomina, że nie było mnie na obronie jej pracy doktorskiej „bo zgarnęli go do wojska w ramach represyjnego poboru”. Dodam od siebie, że gdy robiła tę pierwszą historyczną transfuzję, też mnie nie było, bo siedziałem w więzieniu. Władza bowiem doszła do wniosku, że wojsko wojskiem, ale zamknąć też można.

Szanowni czytelnicy, pozwolę sobie przytoczyć fragment rozdziału z książki mojej mamy, dotyczący tej pierwszej w Polsce transfuzji dopłodowej. To w końcu kawałek historii medycyny i szkoda, ze zderza się obecnie z działaniami polityków, które też przejdą do historii, tyle że do historii ciemnoty. Opis jest suchy, bo moja mam była skromna aż do bólu.

A oto wspomniany fragment książki „Czas przeszły”:

Ale jak można pracować naukowo, gdy zaczął się burzliwy okres walk politycznych? Jest rok 1968. Moje dzieci zbierały podpisy pod listem do Sejmu, protestującym przeciw zdjęciu przedstawienia „Dziadów” Mickiewicza w Teatrze Narodowym. A po wiecu na Uniwersytecie Warszawskim były liczne aresztowania i represje. Toteż na obronie mojego doktoratu nie było Krzysztofa, bo zgarnęli go do wojska w ramach represyjnego poboru.

Ale pracować trzeba. Zajęłam się więc drugim tematem, hematologią.

Badania serologiczne prowadził Instytut Hematologii, a ja tam nikogo nie znałam. Dowiedziałam się telefonicznie, kto prowadzi ten dział. Była to doc. Halina Seyfriedowa, osoba w moim wieku, z Poznania. Dlatego się nie znałyśmy. Na pierwszą rozmowę zaprosiła dr Krystynę Frankowską, zajmującą się tematem konfliktów. Obie były zdziwione, że w Warszawie ktoś się tym interesuje. I tak zaczęła się nasza współpraca, która przetrwała nawet moją emeryturę w wieku 70 lat.

Z literatury światowej dowiedziałam się, że zaczęto leczyć krwią płody z ChHN (Chorobą hemolityczną noworodków – przypis K.Ł.). To była pionierska praca Liley z Brazylii. On wstrzykiwał masę erytrocytarną do jamy otrzewnowej płodu. Koncepcja zaczerpnięta była z historii medycyny. Gdy niemowlętom nie wykonywano jeszcze przetoczeń dożylnych, tylko do szpiku kostnego, a jeszcze wcześniej do jamy otrzewnowej, stwierdzono, że krwinki dobrze się wchłaniały. Liley opisał technikę zabiegów u płodu i własne wyniki. Natomiast Bevis opracował badanie stężenia bilirubiny w wodach płodowych metodą spektrofotometryczną. I znów Liley wykonał tabelę prognostyczną, w oparciu o gęstość optyczną płynu owodniowego.

Ale nasze laboratorium było bardzo zapracowane i nie mogło szybko wprowadzić nowych metod diagnostycznych. A mnie się śpieszyło, bo widziałam martwe płody i te trudne do uratowania noworodki z obrzękiem uogólnionym. Zaproponowano mi, abym robiła to sama, u nich. Metoda nie była trudna.

Pierwsze próbne oznaczenia robiłam z wód płodowych odpływających w czasie porodu u zdrowych kobiet. Położnicy zaczęli pobierać je w konfliktach, nakłuwając jajo płodowe. Poprzedzone to było izotopową placentografią, aby nie nakłuwać łożyska. Ale położnicy znudzili się tym zabiegiem i zalecili, abym robiła to sama. A ja miałam poczucie przekroczenia kompetencji. Płód i rodząca – to nie jest dziedzina pediatrii. Pilnowałam więc, aby przy tych nakłuciach położnik był. To było za zgodą i w obecności.

W pierwszym przypadku, w którym ta diagnostyka wskazywała na zagrożenie życia płodu, wykonano cięcie cesarskie przed terminem porodu. Dziecko z ciężką niedokrwistością leczono dwukrotną transfuzją wymienną. Wyszło do domu w dobrym stanie.

Moja praca: ”Rokowanie w Konflikcie Serologicznym na Podstawie Badania Wód Płodowych”, ogłoszona w Ginekologii Polskiej w 1967 roku, nie wzbudziła zainteresowania szerszego grona położników poza naszym zespołem. Zaczęłam robić przygotowania do leczenia płodów.

Nasz szef od RTG, dr Janusz Bowkiewicz, był dobrym fachowcem, ale trudno się z nim rozmawiało. Był bardzo zamknięty, sztywny. Prof. Bulska poszła ze mną na tę rozmowę. Przyniosłam literaturę fachową i mówiłam, a on słuchał. Powiedział tylko: „odpowiem za tydzień”. Przyniósł wtedy kilka pism z opisem zabiegu i stwierdził – możemy robić.

Drobny sprzęt do tego zabiegu kupiła mi znajoma lekarka w Londynie. To była specjalna igła i cewniki. Oficjalnie w kraju nie mogłam tego kupić.

W tym czasie profesor Bulska, po śmierci męża, objęła po nim klinikę na Starynkiewicza, a u nas szefem został doc. Marian Dipont. Ale Bulska zawiadomiła mnie, że przyjeżdża z Londynu profesor Karnicka, jej koleżanka ze studiów. Ona jest tam szefem kliniki i znam jej prace z literatury. Ma wygłosić w Gdańsku referat o leczeniu płodów krwią. Bulska nie może tam jechać, ale uważa, że ja powinnam – bo to mój temat.

Referat był dobry, omawiał zarówno doniesienia Liley, jak i jej własne. Dyskusja była długa i żenująco słaba. Oni nic nie wiedzieli na ten temat, a było to Towarzystwo Ginekologiczne. Długo czekałam na udzielenie mi głosu – bez skutku, aż padło pytanie: „czy ta metoda może trafić pod strzechy?” Przewodniczący zamyka dyskusję. Nie poddałam się. Wstałam i powiedziałam, że jednak proszę o głos. „Czy ma pani coś ważnego do powiedzenia?” Odparłam: „dla pana profesora nie, ale dla mnie tak, bo zajmuję się tym problemem”. Pozwolił.

Mówię więc, że znam literaturę i prace pani profesor na ten temat, ale chcę zapytać o problemy techniczne, bo tego się zwykle nie podaje. Mój szpital jest przygotowany do tego zabiegu. Mamy dobrą zgodność badania wód płodowych ze stanem płodu i uratowaliśmy już płód z ciężką anemią, wykonując cięcie cesarskie przed terminem porodu. Chcę zapytać, co operator wyczuwa w czasie zabiegu. Ta japońska igła jest gruba i zaokrąglona. Nietrudno naciąć powłoki matki, ale czy czuje się dotyk igłą do brzucha płodu i czy trzeba ją popychać wtedy ostrożnie, czy jest duży opór? Czy warto upuszczać płyn owodniowy, aby zmniejszyć ruchomość płodu? I czy stosuje pani dodatkowy przyrząd do unieruchamiania płodu, bo to mi się nie podoba. Odpowiedziała na wszystko i zachęciła do działania. Zebranie zakończono. Pediatrów nie było, bo nikt mnie nie rozpoznał. Sekretarz zapytał mnie o nazwisko i miejsce pracy. Czy te strzechy też będą w protokole?

W marcu 1969 roku wykonaliśmy pierwszą transfuzję dopłodową. Ta kobieta, która bez wahania zgodziła się na zabieg, ufała mi bezgranicznie. Nie przerażał jej fakt, że w Polsce jeszcze tego nikt nie robił, że ja nie wiem, czy to się uda. Poroniła pierwszą ciążę, a potem urodziła troje chorych dzieci, które zmarły w szpitalu powiatowym w województwie Białostockim. W piątej ciąży ktoś skierował ją do nas, bo to był konflikt Rh. Były przeciwciała, ale badanie płynu owodniowego wykazywało małe zagrożenie. Doprowadziliśmy ciążę do terminu porodu. Dziecko leczone jedną transfuzją wymienną rozwijało się dobrze. Ale teraz zagrożenie było już duże. Przypadek ten opisaliśmy w Ginekologii Polskiej i tam podano szczegóły.

Problemem do uzgodnienia było, kto ma ten zabieg wykonać. Dr Herbstowa, która współpracowała ze mną, nie chciała. Była inteligentna, ale nie był to chirurg o złotych rękach. Uważała, że jestem bardziej sprawna manualnie i ja to wszystko zorganizowałam, więc powinnam to zrobić. Ona będzie mi asystować, biorąc ciężar odpowiedzialności, jako położnik, na siebie. Jestem jej za to wdzięczna.

Współpraca z radiologami przy zabiegu była bardzo dobra. Telewizja radiologiczna włączała się na konieczny czas. Wszystko było pod kontrolą. Byłam bardzo napięta, ale zabieg przebiegał planowo. Gdy ujrzałam jak kontrast wlewa się do jamy otrzewnowej płodu, przez wprowadzony tam cewnik, wrażenie było ogromne. Udało się. Przetaczanie koncentratu krwinek czerwonych trwało godzinę, ale wtedy napięcie już spadło. Przy zabiegu był również obecny szef położnictwa docent Dipont, bez żadnych widzów.

Pediatrzy obrazili się, bo chcieli patrzeć. Ale na próby, zwłaszcza takie z ludzkim życiem, się nie patrzy. To nie jest kino. Ja jeszcze tego nie mogłam uczyć. Gdy wróciłam na oddział, mój zastępca, dr Kwiecińska, powiedziała mi, że szykuje się transfuzja wymienna u jakiegoś dziecka w oddziale, a dyżur ma nowa lekarka, która tego nie robiła. Mam nie myśleć, że ktoś dodatkowo zostanie, bo to ja odpowiadam za oddział. Byłam bardzo zmęczona i było mi przykro. Moje asystentki nie zdały tego egzaminu. Natomiast kursanci położnicy powitali mnie lampką wina. Dziwny jest ten świat.

Ale wracam do mojej pacjentki. Była u nas przez 5 dni, po których oznajmiła, że wypisuje się na własne żądanie. Nie pomogły żadne perswazje. Zbliżały się święta wielkanocne i ona musiała je przygotować. To były pierwsze święta z dzieckiem w domu. Miała już roczną córeczkę. Chcieliśmy zamówić jej karetkę pogotowia, ale się nie zgodziła. Jej mąż jest kierowcą autobusu na linii Warszawa-Białystok i dla niej miejsce obok kierowcy zawsze się znajdzie. Pojechała tym autobusem. Dipont powiedział, że jestem głupia, bo ją puściłam. Ale to był wolny człowiek. Wróciła tym autobusem w wyznaczonym terminie. Płód żył.

Wywołano poród. Dziecko miało 3 700 000 erytrocytów, w tym tylko połowę krwinek własnych. Były 4 transfuzje wymienne i 4 uzupełniające.

Ciekawy był fakt znacznego zmniejszenia gęstości optycznej wód płodowych w 18 dni po transfuzji dopłodowej. Mogło to być spowodowane zmniejszeniem anemii, co hamowało nadmierną erytropoezę. Takie zjawisko obserwowałam później w niektórych przypadkach.

Dipond podał do prasy notkę, że w szpitalu Bielańskim w Warszawie wykonano pierwszą w kraju transfuzję dopłodową, bez szczegółów. Zainteresowania położników z innych szpitali nie było, mówiono nawet, że to plotka. Ale wiedziała o tym dr Irena Twarowska z Poznania, bo spotykałyśmy się z powodu planowanego wyjazdu z referatami do Finlandii. Gdy powiedziała o tym w Poznaniu, reakcja położników była znamienna: „ci noworodkarze stają się coraz bardziej bezczelni”. Amen.

Aby zakończyć historię tej konfliktowej rodziny, muszę wspomnieć, że nasza pacjentka zjawiła się ponownie po 10 latach w następnej ciąży, mając już dwoje zdrowych dzieci. Zdziwiłam się, że chce znowu ryzykować. Odparła – bo syna jeszcze nie ma. I o dziwo, to też było konfliktowe dziecko, ale przebieg choroby był lżejszy i obyło się bez leczenia płodu. I był syn.

 

I tyle z książki mojej mamy. A co do tego, co się obecnie wyprawia, to zmilczę, bo musiał bym używać słów wysoce niecenzuralnych.

Krzysztof  Łoziński

 

Pierwsze wydanie ksiązki Danuty Łozińskiej „Czas przeszły” wydaliśmy nakładem własnym – wydrukowałem 30 egz. na drukarce laserowej i oprawiłem. Żaden wydawca nie był zainteresowany. W październiku książka będzie wznowiona i po raz pierwszy trafi do księgarń (o ile te będą zainteresowane, bo nie wiadomo). Wyjdzie w Wydawnictwie Naukowym „Scriptorium” z Opola.

 

Print Friendly, PDF & Email

One Response

  1. Corvallis 27.09.2016