Politycy przez niemal całą historię pokazują nam, że nie ma takiej rzeczy/sprawy, której nie potrafiliby popsuć. Właściwie powinniśmy się już do tego przyzwyczaić i nie dziwić niczemu.
Problem jednak w tym, że na ogół psują oni nasze życie, a z tym wielu z nas nie umie się pogodzić.
Jest też swego rodzaju regułą, że najwięcej psują ci, którzy na swych sztandarach wypisali hasła remontowe. Oni przychodzą naprawiać, ulepszać, odnowić, odbudować. Tak mówią.
Statystycznie najgorsze ekipy polityczno remontowe to te, które głoszą potrzebę stworzenia czegoś wielkiego, silnego itd.
„Nasz kraj musi być wielki, wszyscy powinni się z nami liczyć!” itd.
Na wszelki wypadek wyjaśnię, że pisząc to mam na myśli np. XIX wieczne Prusy z ich manią wielkości pożenioną z kompleksem niższości. Wbrew pozorom to bardzo częste połączenie.
Konsekwencją tego dziwnego mariażu była polityka pruska mająca na celu (w deklaracjach) utworzenie silnego państwa w centrum Europy i zajęcie przez naród niemiecki należnego mu miejsca wśród narodów cywilizowanych.
Problem polegał na tym, że rządzący utożsamiali silne państwo z własną silną władzą. Inaczej nie wyobrażali sobie, by kraj mógł osiągnąć wysoką pozycję. Cóż, kwestia wyobraźni.
Nadzwyczajną nie odznaczał się wbrew własnej legendzie bohater niemieckiej polityki tamtych czasów, Otton von Bismarck, który na długie dzie sięciolecia narzucił Niemcom sposób patrzenia na świat, który to sposób przetrwał jego dymisję, śmierć i dwie wojny światowe.
Cel miał szczytny, to nie ulega wątpliwości.
A realizacja?
Kiedy król Fryderyk Wielki z dziesiątków k sięstw i k sięstewek tworzył państwo pruskie – stanął przed problemem, który wydał mu się istotny. Tym problemem było poczucie tożsamości narodowej mieszkańców jego krainy. Obszar niemieckojęzyczny nie oznaczał wcale, że wszyscy go zamieszkujący uważali się za Niemców; a jeśli już, to nie za takich samych jak ci z sąsiedniego k sięstwa. Dziwne? Wcale nie. Tak miały się rzeczy wśród wielu ówczesnych narodów i państw.
Fryderyk chciał to zmienić, ale po kilku nieudanych próbach zrezygnował zadowalając się przestrzeganiem prawa i ładu stanowionego w Berlinie.
Niewykluczone, że właśnie dlatego pozostał w historii jako Wielki.
Książę von Bismarck miał cel podobny, ale postanowił być bardziej konsekwentny i politykę germanizacyjną doprowadził do granic absurdu.
Trzeba przy tym zaznaczyć, że polityka ta dotyczyła nie tylko zamieszkujących Prusy Polaków, ale i Alzatczyków i Duńczyków i in.
To za jego czasów zaczęło się rozróżnianie „prawdziwych Niemców” od takich „nie całkiem prawdziwych”.
Wszyscy znamy te sprawy z literatury, ale nie zawsze lektury szkolne pokazują całość obrazu, a już całkiem niewiele z nich – konsekwencje takiej polityki dla państwa niemieckiego. Państwa, które dzięki tej polityce miało stać się wielkie, liczące się itd.
Polityka nacechowana jakąkolwiek ideologią zwykle objawia swe słabe punkty w zetknięciu z ekonomią. Ideologia z reguły okazuje się ważniejsza, niż rachunek ekonomiczny.
Tak było i z Prusami, które – wychodząc od wspomnianych kompleksów by stanąć na równi z uznanymi potęgami europejskimi – uparły się, by posiadać kolonie.
Kolonialna mania z dzisiejszego punktu widzenia wyglądała czasem zabawnie, ale im wtedy zupełnie nie było do śmiechu.
Całkiem serio wygłaszano publicznie opinie, że taka np. Belgia nie zasługuje (!) na posiadanie kolonii, które powinny stać się własnością państw godniejszych, bardziej na to zasługujących. Już sama ta argumentacja świadczy, że polityk oszołomiony ideologią nieuchronnie zmierza do zwycięstwa w walce z rozumem. I najczęściej zwycięża.
Tym zwycięstwem były kolonie niemieckie łapane byle jak i byle gdzie – byle były. Trochę w Afryce, trochę w Azji i nawet w Nowej Gwinei i okolicach (dzisiejsza Nowa Brytania za niemieckich czasów zwała się Nowe Pomorze).
Żadna (!) z kolonii niemieckich nie była samowystarczalna, żadna nie przynosiła zysków, do wszystkich państwo dopłacało.
Ale były!
Konkurenci – Anglia czy Francja – nie wpadli na taki pomysł i trzymali te tereny, na których można było zarobić. Aby wysyłać misjonarzy, urzędników, wojsko itd. potrzebne były pieniądze. Musiał być więc także jakiś konkretny powód, głównie ekonomiczny.
Nikt nie mówił o „zasługiwaniu” na kolonie z obawy, by nie udławić się przy gwałtownym rechocie.
Niemcy mówili to serio.
Ale – z wszystkich dziwactw niemieckiej polityki tamtych czasów to było jeszcze najmniej szkodliwe. Prusy były jednym z najbardziej zindustrializowanych krajów tamtej epoki, były zamożne, a kto bogatemu zabroni?
Gorzej, że ta mania wielkości posunęła się do pomysłu, by wszystkich mieszkańców państwa przerobić na Niemców. Wszelkimi sposobami.
Na zdrowy rozum niechęć do obecności ludzi o odmiennym języku i kulturze w granicach własnego państwa nie świadczy o „sile i dumie narodu”. Wręcz przeciwnie – o kompleksie niższości, strachu i braku wiary we własne siły.
Ale hasło „jeden naród” powtarzane przez dziesiątki lat w końcu znalazło drogę do serc i umysłów i stało się nieodłącznym elementem już nie tylko polityki państwa, ale i życia codziennego obywateli.
Szkoda czasu na opisywanie wszystkich metod jakich chwytała się polityka pruska, by swój cel zrealizować. Znamy to, choć może nieco jednostronnie, z literatury, wszak i nas karmiono „dumą narodową” i poczuciem krzywdy wyrządzanej nam przez wszystkich dookoła.
To czym nas nie karmiono, to była druga strona tego medalu. A wyglądała ona w Prusach tak, że państwo łożyło wielkie sumy na przed sięwzięcia stricte polityczne (budżet Hakaty wynosił któregoś roku ponad 100 mln marek – suma astronomiczna), z których pożytku było tyle, co kot napłakał.
Sprowadzani za wszelką cenę (darmowy transport, dotacje, kredyty, ziarno na siew, ziemia) koloniści nie dawali sobie często rady i bywało, że otrzymaną świeżo od państwa ziemię odsprzedawali… Polakom. Wówczas Hakata dostawała zawału, rozlegał się krzyk wielki i następowało… podwyższenie jej budżetu.
Tak działa absurd, nakręca się bez końca.
Niestety, jak to często bywa w absurdalnej polityce – nie było nikogo kto zechciałby przyznać się do błędu i zawrócić z obranej drogi, ewentualnie skonstruować nową politykę.
Silne, dumne państwo się nie cofa!
To właśnie ten wspomniany brak wyobraźni.
Zastosowano wariant najgorszy z możliwych – szykany na tle narodowościowym.
Doprowadzono do tego, że „lepsi” obywatele zaczęli patrzeć spode łba na „gorszy sort”.
Początkowo nie obyło się bez oporów, i to także ze strony samych Niemców. Landrat chełmiński donosił kiedyś władzom w Berlinie, że np. hotelarze w Chełmnie o nazwiskach Schmidt i Schneider „gniewają się gdy nazwać ich Niemcami”.
Panowie najwyraźniej nie chcieli być – jak to biznesmeni – kojarzeni z żadną stroną idiotycznego sporu. Z drugiej strony ich rodziny żyły tam od kilku wieków i mieli pełne prawo uważać Pomorze za swoją ojczyznę.
Jawne szykany ze strony państwa, napuszczanie ludzi na siebie, otwarte sugerowanie przez policję w przypadku jakiegokolwiek przestępstwa, że „z pewnością brały w tym udział jakieś elementy polskie” trwały aż po I wojnę światową i nasilały się z każdym rokiem.
No i przyszedł czas żniw. I wojna światowa.
Wojna jest momentem kryzysowym, w którym każde państwo zdaje egzamin ze swojej polityki – prowadzonej nie przez rok czy dwa, ale ostatnich lat kilkadziesiąt. Z przekonań, które wpoiło obywatelom, z wytworzonych przy jego współudziale wzajemnych między nimi relacji, ze stosunku do państwa, ze stopnia utożsamiania się z nim ludzi, których teraz trzeba ubrać w mundury, dać im broń do ręki i wysłać na front w celu obrony jego żywotnych interesów.
Natychmiast pojawiły się „niezależne” głosy w ówczesnych mediach, że dotychczasowa polityka była „niekoniecznie słuszna”, że przecież wszyscy – także Polacy – są takimi samymi obywatelami itd.
Było już jednak za późno.
W sytuacji pogarszającej się sytuacji aprowizacyjnej sąsiad patrzył na sąsiada jak na potencjalnego złodzieja (nie bez racji czasem), narodowa propaganda usiłowała podbijać niemieckiego bębenka, a organizacje polskie już nie krępowały się nazywać Niemców wrogami rodzaju ludzkiego. I nie chodziło wcale o niemiecki rząd, ale o ludzi – znanych im z ulicy, z sąsiedztwa, od lat, od wieków.
Kiedy pojawiło się zjawisko dezercji, całkiem spore, tworzyły się po lasach gromady rozbójnicze, które dość szybko określiły się narodowościowo.
Jedni napadali tylko Niemców, inni – tylko Polaków.
I to był koniec „wspólnego państwa” dla wszystkich obywateli. No i efekt tego siewu, jaki stosowali Niemcy przez ostatnie przynajmniej 40 lat.
W wielu miejscach zaboru pruskiego mieliśmy do czynienia wręcz z partyzantką tak zorganizowaną, że nawet władze wojskowe nie potrafiły sobie z nią poradzić.
Grenzschutz czy Heimatschutz to w rzeczywistości bandy zbójów, często eks-żołnierzy, którzy przy aprobacie państwa nękali ludność polską na terenie gdzie stacjonowali. Nie zmieniła tego rewolucja berlińska 1918 roku, przeciwnie – socjaliści niemieccy gorąco zachęcali swoich zwolenników do „walki z polskim uciskiem” Żart? Wcale nie.
Stąd też hamburscy marynarze po słynnym buncie i przybyciu do Berlina maszerowali z bolszewickimi hasłami i czerwonymi sztandarami ulicami stolicy, ale… nie chcieli mieć nic wspólnego z socjalistycznym rządem i Socjalistyczną partią.
Wojna się skończyła, czekano na rozstrzygnięcia wersalskie i kiedy wiedziano już, choć bez szczegółów, że powstanie państwo polskie, na Niemców padł blady strach. Dlaczego?
Ten strach był naprawdę przeogromny, tak wielki, że prowadził do zachowań irracjonalnych.
Właściciele dóbr ziemskich, fabrykanci i inni posiadacze nieruchomości czy biznesów zaczęli wyprzedawać się z posiadanego majątku, byle tylko uniknąć mieszkania w przyszłości w państwie polskim z obawy, że „Polacy się będą mścić”.
Było to tak silne, że wielkie majątki wyprzedawano czasem za bezcen, byle szybciej.
Rzecz bardzo znamienna – propagandę strachu siały często niemieckie banki z Gdańska, które były najczęstszym nabywcą sprzedawanych dóbr, odsprzedając je później co bardziej obrotnym obywatelom Wolnego Miasta.
Niemcy, którzy „schronili się” w Gdańsku czuli się jednak „skrzywdzeni przez Polaków” i stanowili w przyszłości najbardziej radykalną część mieszkańców nastawionych antypolsko.
Polityka „krzywdy” nie jest, jak widać, tylko naszą specjalnością.
Czy z tego coś wynika? Jak dla kogo.
Mógłbym opisywać te przypadki całymi dniami, a i tak nie trafić do przekonania tym, którzy swoją szansę widzą w dzieleniu ludzi, w ustawicznym podszczuwaniu, w sianiu w ogłupiałych ze strachu umysłach nienawiści do sąsiada zza płotu.
Sęk w tym, że nic nie jest wieczne, także pokój. Los może zgotować nam sprawdzian i wtedy okaże się, że nie ma żadnego „dumnego narodu”, a jest tylko stado wściekłych psów, dla których ważniejsze jest ugryźć tego z sąsiedniej budy, niż stawić opór prawdziwemu niebezpieczeństwu.
W Prusach w roku 1919 doszło to do takiego stanu, że jakiekolwiek racjonalne rozwiązanie było już niemożliwe. Nienawiść pomiędzy obywatelami jednego państwa była już nie do „odkręcenia”.
Najdziwniejsze, że po tych wszystkich perturbacjach niewiele się, wbrew pozorom, zmieniło.
Ludzie niewiele się nauczyli.
Pomału dochodzimy do setnej rocznicy tamtej tragedii. Tak, to była dla wszystkich tragedia. Nie Niemców czy Polaków.
Dla człowieka jako istoty.
W jakim stanie umysłów do tej rocznicy się zbliżamy?
To pytanie nie bez znaczenia jeśli spojrzymy jak skończyły się tamte wydarzenia.
W Prusach, rzecz jasna, bo gdzież by?
Jerzy Łukaszewski


Historia uczy, że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła.
Nie wiem kto to powiedział, ale to był bardzo mądry człowiek…
prawda historyczna, (znaczy – to co rzeczywiście było) różni się – oczywiście, od prawdy lansowanej politycznie – bo cenzurowana, lub zakłamywana fałszywym kontekstem, co wymaga zbadania, na co normalnego odbiorcy nie stać. Stąd twój wielki pożytek – Bracie Jurku.
.
Przypominam sobie, jakim zaskoczeniem było dla mnie, kiedy mój ojciec – m. in. ekonomista – wyjaśnił mi, że ten niemiecki drang nach osten to był wszelkimi środkami powstrzymywany drang nach westen ludności niemieckiej na ziemiach wschodnich. Bo ta urbanizacja wsysała ludność wiejską do wielkich miast, co były na zachodzie.
Ludzie nieudolni nie przyjmują do wiadomości prawdziwych przyczyn swoich porażek. Dlatego tak chętnie podczepiają się pod różne propagandowe hasełka o „wstawaniu z kolan” i budowie „wielkiej Polski”… A cwaniacy, którzy podrzucają im owe hasełka „trzepią kasę”…
Doświadczenia niemieckie, w tej liczbie pruskie, są pouczajace. Wańkowicz w „Na tropach Smętka” opisuje skomplikowane mechanizmy podtrzymywania osadnictwa niemieckiego w Prusach Wschodnich noszącego wszelie znamiona kolonizacji. Ciekawe czy tej atmosferze nienawiści „zawdzięczamy” niczym nie uzasadnione, barbarzyńskie zburzenie centrum jednego z najstarszych miast polskich – Kalisza w sierpniu 1914 roku, które do dziś budzi grozę.
Na szczęście nasza mała, kieszonkowa nienawiść rycerzy „dobrej zmiany” powoli zamienia sie w jej przeciwieństwo. Miałkość tych siewców wiatru zamienia sie coraz bardziej w groteskowe szopki jak w przypadku festiwalu opolskiego. Polski przaśny faszyzm, nazywany eufemistycznie populizmem, sprowadza się coraz bardziej do absurdów ilustrowanych w „Uchu prezesa”.
Panie Sławku, ja bym jednak tego nie lekceważył. Nie chodzi o ucho czy inna część ciała prezesa, ale o tzw. zwykłych ludzi. Jeśli dziś już zapraszając gości na imieniny trzeba brać pod uwagę ich zapatrywania polityczne (a sam znam takie wypadki) by przy stole nie doszło do mordobicia, to znaczy, że jest już bardzo źle. Na co dzień to lekceważymy, ale historia to już przerabiała. Z wiadomym skutkiem.
@ J.LUK – nie lekceważę samego zjawiska. Zacietrzewienie zwolenników JK jest faktem, z którym stykamy sie w rozmaitych sytuacjach, w tym także na prywatnych spotkaniach. Ponieważ jednak nienawiść i nienawistnicy są mniejszością, to łatwiej obrócić to w żart niż poważnie sie przciwstawiać. Zwłaszcza, że wszelkie próby racjonalnej argumentacji nie działają. Inaczej trzeba by było na nienawiść odpowiadać nienawiścią a to moim zdaniem jest lekarstwo gorsze od choroby. Żart, uśmiech, minięcie, nie podejmowanie dyskusji z ludźmi, którzy są przyrośnięci do (nie)swoich poglądów tworzy wokół nich pustkę strategiczną. Ta ich nienawiść musi sie wypalić do końca, ale dlaczego mamy im w tym pomagać, przy okazji szkodząc sami sobie?
Na razie nie widzę recepty lepszej niż pewien dystans oraz izolacja „dobrozmianowców”. Chyba, że są skuteczniejsze sposoby zachowania, których nie znam.
To prawda, odpowiadając nienawiścią na nienawiść wiele nie zdziałamy. Ale – jesteśmy tylko ludźmi i tez miewamy emocje.
Pisałem kiedyś o koleżance z podwórka, prostej bardzo kobiecie, która przed wyborami powiedziała mi, że będzie głosowała na Dudę, bo „może on da”. Ponieważ znamy się lat ponad 60 i lubimy odważyłem się ostatnio zapytać czy „dał”?
Dostałem odpowiedź, że „co miał dać jak peło wszystko rozkradła”?
I jak tu pogadać? Zmieniłem temat na białe tulipany, które oboje lubimy. Nie róże, broń Boże 🙂
Sławek i J.Luk – to jest postawa wiodąca donikąd. Kochajmy nieprzyjacioły nasze. Ech – chrześcijanie. Panowie….”Panowie”
A kiedy Wasza niechęć osiągnie granicę niewychodzenia z domu? Będzie to już po spaleniu ostatniej czarownicy w Reszlu, czy po?
J.Luku………”odważyłem się ostatnio zapytać” ….a nie nawaliłeś w gacie z tej odwagi?
Będzie to już po spaleniu ostatniej czarownicy w Reszlu, czy ?………..przed…….?
Fakt nie lipa, że z tymi politykami to duży kłopot, ale warto pamiętać, że od czasów Solona było kilku ciekawych reformatorów, a niezależnie od tego, warto również pamiętać, że alternatywą jest anarchia, a ta jest paskudnym stanem. Politycy popełniają błędy większe i mniejsze, a my je oceniamy znając już zazwyczaj rezultat. Konserwatyści z anglosaskiej tradycji przedkładają drobne zmiany nad rewolucje (a też zawalili co mogli), brak takich zmian nieuchronnie prowadzi do rewolucji. A ponieważ decyzje zapadają nad naszymi głowami, więc politycy psują wszystko, co nie znaczy, że umielibyśmy urządzić wszystko lepiej.
Nie napisałem, że politycy TYLKO psują. Napisałem, że potrafią. Przykład Opola jak najbardziej na czasie.
Drobne zmiany to nie remont i mieli rację ci, którzy szli tą drogą. Takie postępowanie znamionuje jednak tylko tych, którzy chcą coś rzeczywiście poprawić. Studiowałem kiedyś angielski system wyborczy XIX w. i podziwiałem spokój i ostrożność z jaką to robiono. Żadnych rewolucji, najpierw długo ważone argumenty, przekonanie społeczeństwa, a na koniec przepis prawny.
W artykule opisałem sytuację dokładnie odwrotną. Najpierw idea za wszelką cenę i wykonanie, nawet siłą.
Jerzy, nie pierwszy raz czytając Cię widzę, że nic nie wiedziałem, ale przed doczytaniem ostatniego słowa przykrość ignorancji jakoś magicznie jest pomniejszona. Chętnie poddam się kolejnej sesji douczania i w gruncie rzeczy mam nawet zamówienie, związane z polsko-niemiecką historią.
To splot pytań dotyczących WWI i niemieckiej okupacji Warszawy. Czemu niemiecka, a nie austriacka? Jakie były dalekosiężne zamiary polityczne? Jak naprawdę reagował lud? (Wiem, były, rekwizycje, kontrybucje i głód, ale były i sądy i szkolnictwo…) Jak dziś pogodzić z całą polewą czekoladowo-patriotyczną to, że Legiony pomagały Niemcom odbijanie polskich ziem od Rosjan? I jak wytłumaczyć sobie gładkie rozbrojenie Niemców w Warszawie, przecież to nadał była armia o niebanalnej sile?
Niemcy i Austria były sojusznikami (tzw. państwa centralne) w związku z czym ich plany wojenne były skoordynowane. Dla Niemców uderzenie w kierunku Warszawy było oczywiste i „po drodze”, dla Austriaków była to „daleka północ”, a front był niezwykle szeroki. Pamiętaj, że Austria miała też front na południu, a liczbę wojska ograniczoną. Stąd Niemcy w Warszawie.
Legiony były częścią armii austriackiej i to pod bezpośrednim nadzorem austriackiego wywiadu, czego dziś niektórzy nie przyjmują do wiadomości. To zresztą był „polski kłopot” w Wersalu w 1919 ponieważ alianci początkowo nie widzieli powodu, by robić cokolwiek dla narodu, który w czasie wojny walczył przeciw nim. Tu decydująca była akurat postawa Francuzów i osobiście Focha, którzy „nawrócili” sojuszników.
Co do rozbrojenia, to trzeba by to opisywać dłużej, ale w skrócie powiem Ci, że to nie takie rzadkie zjawisko. Niemcy jako państwo zwyczajnie się rozleciały, rewolucja obaliła cesarza, a nowej władzy nie wszyscy chcieli słuchać. Na Pomorzu było tak, że co miasto to inna władza, od Rad Robotniczych po Obywatelskie i to obojga narodów. Żołnierze byli psychicznie wykończeni wojną, na co generałowie pruscy zwracali uwagę już w 1917 roku. Plus wszechobecna nędza. Gdy zabrakło cesarza, do którego odnosiła się cała wojenna propaganda wielu „nie miało się o co bić”. Masz rację, szczególnie armia na wschodzie nie była rozbita, była w całkiem niezłym jak na ten rok stanie, ale nie miała się już o co bić. Takie zjawisko się zdarza, równolegle z tym miałeś coś podobnego w Rosji, gdzie po upadku cara wiele jednostek zwyczajnie „się rozlazło” ani nie stając po stronie bolszewików, ani nie broniąc Rosji przed nimi.
To tak w skrócie.
Ja bym dodał jeszcze tak ogólnie:
I WS była wojną starego typu. Żołnierze strzelali do siebie nawzajem, a po fajrancie mogli ruszyć wspólnie na piwo. Niczym kapitan Ryków po potyczce z litweską szlachtą w Panu Tadeuszu. Na masowych grobach po wojnie pojawiały się jeszcze napisy w stylu „Freund und Feind im Tot vereint”.
Ciężkie do wyobrażenia 30 lat później, żeby grzebać „naszych” wspólnie z „nimi”.
Opisywana „prusyzacja” nie spotykała się z przychylnym przyjęciem ludnosci państewek włączanych do nowopowstałego cesarstwa. Niemiecka identyfikacja narodowa mimo propagandy nie zmieniła mentalnosci z dnia na dzien, zwlaszcza, ze jeszcze nie bylo tak skutecznych srodkow masowego przekazu, jak wszechobecne dzis radio czy TV. „Langer Kerl” wyrwany ze swej wsi w Hesji i wcielony do pruskiej armii nie całkiem rozumiał, dlaczego ma kochać Cesarza, zwlaszcza, ze sporo sie wycierpiał. Pruski dryll kojarzył się jak najgorzej.
Także z jednej strony – brak motywacji do walki, radosc z konca wojny, a z drugiej jednak postrzeganie tego drugiego jeszcze jako człowieka, do którego może kazali strzelać, ale przecież nie podludzia czy wroga smiertelnego- więc i opór przed poddaniem nie był duży.
Panie Jerzy, na pomoc!
W Racjonaliście jest artykuł, który czyta się gładko, ale mi on pachnie uproszczeniami. Czy mógłby Pan napisać coś na temat „chłop a sprawa polska”?
Mit niewolnictwa pańszczyźnianego chłopa
Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,10002
Przeczytałem swój komentarz ponownie i cos mi zaczęło zgrzytać. Więc sprawdziłem.
Przestrzeliłem ostro z tym „długimi facetami” – o ponad wiek.
Niemniej zdaje sie, ze do czasów bismarckowskich dryl w pruskiej armii sie niewiele zmienil.
Dzięki!
@ Narciarz,
J.Luk pewnie wkrótce odpisze, ale takie miałbym osobiscie uwaga co do pogarszającej się sytucaji chłopów po zaborach:
Chłopi żyli z roli. Z tego, co mogli wychodować i sprzedać. Przez wieki polskim złotem było zboże spławiane Wisłą do Gdańska i stamtąd dalej na całą Europę. Zabory sprawiły, że w miarę stabilne źródło dochodu nagle stabilne być przestało. Spławianie towaru Wisłą stało sie znacznie kosztowniejsze gdy nowe władze administracyjne uznały, że trzeba się nachapać to raz, a dwa, że towar był clony podwójnie, bo przez dwa państwa płynął.
Stąd bieda galicyjska.
Ci sami chłopi w prusach potrafili rządzić sie sami i bogacić się – to nie pańszczyzna czyniła ich bogatymi – co sam autor tekstu przyznaje opisując polskich chłopów wykupujących ziemie od wspomaganych przez Hakatę nieieckich osadników. Także skoro „wyzwolenie chłopa” nie sprawiło ubóstwa w Prusach, to i siłą rzeczy innych czynników należałoby szukac w Galicji – moje przemyslenia wyżej.
Trzecia sprawa – tożsamość narodowa.
„Gdyby propaganda o wyzwoleniu chłopów przez zaborców miała realny związek z rzeczywistością społeczną to chłopi staliby się podporą obcej władzy w Polsce”.
Cóż – autor przywołuje tylko Wielkopolskę jako przykład działania przeciw zaborcom a na rzecz polski z końca 19 wieku. Na to odpowiedział już w komentowanym własnie artykule J.Luk. Wyzwoleni przez Prusy nie byliby wcale nieszczesliwi w nowym państwie, gdyby samo państwo ni stąd ni z owąd nie wypowiedziało im wojny propagandowo ekonomicznej.
Autor zupełnie zapomina np. o Jakubie Szeli. Powstanie nie było narodowe, a klasowe własnie.
Także, jak dla mnie, cały ten artykuł jest napisany srednio zgrabnie
Proszę wybaczyć, ale ruszyliście Panowie tyle tematów, że nie da się na wszystkie odpowiedzieć.
@MrE, nie bardzo rozumiem do kogo są słowa o Szeli? Jeśli już to dodajmy jeszcze chłopów zwalczających powstanie styczniowe w Królestwie i na Rusi.
Mój tekst jest tylko o jednym – sterowanej przez państwo nienawiści człowieka do człowieka, niezależnie od stanu czy narodowości. A napisany ze względu na narzucające się skojarzenia z dniem dzisiejszym.
Dryl w armii bismarckowskiej rzeczywiście niewiele się zmienił, ale zmienili się ludzie. To już było któreś z kolei pokolenie, któremu coś wtłaczano w głowę. Porównania czasów Fryderyka Wilhelma i Bismarcka to w państwie niemieckim niebo i ziemia jeśli chodzi o mentalność.
@NARCIARZ2 przeczytałem tamten tekst, nie da się go skomentować. Szkoda czasu. Pomijając wzięte „z czapy” przykłady świadczące wg autora o czymś tam, stwierdzenie, że chłop jak chciał to sobie szedł do miasta i tam mieszkał dyskwalifikuje autora jako uczestnika jakiejkolwiek dyskusji historycznej.
j.Luk, dziekuje! Nie bedac specjalista, jednak czulem niepach uproszczen.
@j.luk
O Szeli to do autora tekstu z racjonalista.pl który zauważał tylko chłopów w Wielkopolsce i ich propolską postawę, z czego wysnuł wniosek, że uwłaszczenie chłopom potrzebne nie było.
.
O Pańskim artykule napisałem, że tłumaczy skąd się taka propolska postawa wzięła.
Ok, no właśnie poszło tyle wątków na raz, że się pogubiłem 🙂
Autor ma bardzo dużo racji w kwestii polityków, którzy bardzo często potrafią spaprać coś, czego – zdawałoby się – spaprać nie sposób. W związku z tym doszedłem do wniosku, że w interesie ogółu jest okrojenie do minimum uprawnień państwa, a ściśle – centrum. Znacznie lepiej dla ogółu pozostawiać samorządom maksymalne uprawnienia, poza armią, dyplomacją i bankiem centralnym. Im mniej posad w Warszawie, tym mniejsze parcie na szkło. A jeśli radni w Pcimiu lub Pacanowie coś spaprzą, to straty ograniczą się tylko do tegoż Pcimia i Pacanowa. (W tyle głowy mam takie zdanie z Jasienicy – cytuję z pamięci: ileż do wiekopomnych dzieł potrafią dokonać politycy, jeśli im spętać ręce i uwolnić od tzw. „wielkie polityki”. Jasienica miał przed oczami króla Lotaryngii i Baru, Stanisława Leszczyńskiego, Stanislasa le Bien-Faisant (Dobroczyńcy w opinii miejscowych)”.
O Leszczyńskim tez tu kiedyś rozmawialiśmy. Ale np. taki przykład jak Zaolzie. Jeszcze na początku 1918 roku mieszkańcy sami dogadali się i wytyczyli granicę między przyszłą Polską i Czechami. I przyszedł rząd czeski ogarnięty manią wielkości by stworzyć „mocarstwo czeskie” i podeptał tę umowę mordując przy tym kilkuset cywilów i wyganiając z domu kilka tysięcy Polaków. Mocarstwo nie powstało i tak, za to w 1938 kolejni głupcy, tym razem nasi wleźli im w to Zaolzie w bardzo nieciekawym towarzystwie.
Skutki ponieśli mieszkańcy okolic, którzy w tym wszystkim jako jedyni dali dowód, że potrafią myśleć rozsądnie. W ogóle myśleć.
Wątek samorządowy przewija się co i rusz na SO
https://studioopinii.pl/jerzy-lukaszewski-cztery-szariki-i-senat/
ale jak na razie poza SO nie wychodzi. Nikt z polityków nie jest czymś takim zainteresowany.