Piotr Stokłosa: Konserwatysta jaki jest, każdy widzi

 

2018-02-26.

[dropcap]W[/dropcap] swoim otoczeniu dostrzegam coraz więcej osób, które deklarują się jako konserwatyści. Być może wcale ich nie przybyło, lecz nastały dobre czasy na comingouty w tej kwestii. W każdym razie gdy kolejny kolega z dumą i na jednym wydechu oświadcza  „Jestem konserwatystą!”, to zadaję mu wówczas proste pytanie: „To jakiej długości według ciebie powinny być spódniczki?”

Bo jeżeli jesteś konserwatystą osadzonym w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, to będziesz tęsknił za powrotem powłóczystych metrowych trenów. Jeżeli w swoim konserwatyzmie wkroczyłeś w szalone lata dwudzieste ubiegłego stulecia, to z pewnością przymkniesz oko na odsłoniętą kostkę; a nawet łydkę, chyba że jednak pasują ci bardziej lata trzydzieste, w których suknie znowu się wydłużyły. Oczywiście nie można zapomnieć o latach II Wojny Światowej, gdy modna stała się spódniczka, ale to można usprawiedliwić niedostatkami materiału, którego spore ilości zużywano wtedy na mundury. Potem ponownie sukna stawało krawcom znacznie więcej, więc może jednak New Look Christiana Diora? Lecz cóż to, kolejny kryzys na horyzoncie? Bo oto nadchodzą szalone lata sześćdziesiąte, w których znowu jakowyś straszny niedostatek się ujawnia i minispódniczki ledwo bieliznę zasłaniają. Wszak jednak lata sześćdziesiąte już pół wieku za nami, a taki dystans czasowy pozwala na bycie konserwatystą żądającym powrotu do minispódniczek.

Czyżby więc konserwatysta nie był jak koń z encyklopedii Benedykta Chmielowskiego, którego każdy widzi i który opisu nie potrzebuje? Sięgnijmy zatem po pomoc do słownika języka polskiego. Pierwsza definicja konserwatysty brzmi następująco: członek partii konserwatywnej lub stronnictwa konserwatywnego. Mało ona przydatna i jakoś taka maślano-maślana. Nie pójdziemy tym torem, bo ugrzęźniemy jak lemowski Ijon Tichy, który podczas jednej ze swych międzygwiezdnych podróży próbował dowiedzieć się, czym są „sepulki”, lecz trafił na podobne definicyjne zapętlenie. Spróbujmy więc drugiej części formuły: człowiek przywiązany do tradycji i niechętny zmianom; tradycjonalista, reakcjonista.

Z pierwszym członem tej definicji (człowiek przywiązany do tradycji) już się w zasadzie rozprawiliśmy, ale pomni doświadczeń zdobytych we wszystkich filmach o zombie wiemy, że dopóki głowy się nie urwie, dopóty straszliwy zewłok może z ziemi się podnieść i jeszcze raz nam zagrozić. Podrążmy więc temat jeszcze przez chwilę.

Czymże zatem jest „tradycja”? Czy tradycyjne są suknie z trenem, czy za, czy też nad kolano, czy mini, plisowane a może gładkie? Czy tradycyjnym ubraniem Polaka jest dres, garnitur, kontusz czy może skóra zdarta z upolowanego zwierza? Gdzie jest ten moment, w którym możemy powiedzieć, że coś jest już tradycyjne a jeszcze nie jest przestarzałe lub wręcz zapomniane?

Zwróćmy uwagę, że nasze tradycje zwykle ograniczają się do pamięci dwóch lub trzech pokoleń wstecz. Tradycyjna jest Wigilia, którą przygotowywała nasza babcia lub mama, nie mamy jednak pojęcia, jak i czy Wigilię obchodził nasz pra-pra-pra dziad z siedemnastego wieku. Zachwycamy się tradycyjną polską choinką, choć zapominamy, że przynieśli ją do Polski w XIX wieku niemieccy protestanci. Tradycyjny wydaje się nam obyczaj obchodzenia urodzin, choć przecież to kolejny „wynalazek”, który przywędrował do nas z Europy Zachodniej, wypierając stopniowo (choć nie do końca) inną tradycję obchodzenia imienin. W niektórych rodzinach tradycyjnie wspólnie ogląda się wiadomości telewizyjne lub filmy, ale tradycyjne nie jest już polowanie na niedźwiedzia, skubanie pierza czy prawo pierwszej nocy, bo zmieniające się warunki społeczne, kulturowe i ekonomiczne nas od tych zwyczajów odwiodły a pamięć międzypokoleniowa jest za krótka, aby przechować wiedzę o nich.

Często nasza tradycja jest bardzo bezrozumna i bezrefleksyjna, co nieuczesanie zauważył Stanisław Jerzy Lec stwierdzając, że tradycja to plagiat minionych pokoleń. Czasami nawet nie próbujemy doszukać się w niej jakiegoś głębokiego sensu, lecz mimo to dalej ją kultywujemy, bo choć jest tylko niezrozumiałym rytuałem to jednak przede wszystkim pozostaje tradycją. Wśród psychologów i trenerów biznesu popularna jest taka oto anegdota: pewna kobieta przygotowując pieczeń zawsze odcinała końcówki surowego kawałka mięsa. Gdy jej córka zapytała, dlaczego tak robi, ta odparła, że nauczyła się tego od swojej matki. Dziewczyna udała się więc do babci i zadała jej to samo pytanie. W odpowiedzi usłyszała, że mięso było przycinane, bo w piekarniku mieścił się tylko mały rondel. Bywa, że tak właśnie rodzą się tradycje, których nienaruszalności twardo strzegą konserwatyści.

Dlaczego więc konserwatysta tak bardzo dba o zachowanie „odwiecznych” zwyczajów i zasad postępowania? Tu wychodzi na scenę druga część definicji z SJP, stwierdzająca, że konserwatysta to człowiek niechętny zmianom. Konserwatyzm jest więc pewną formą obrony przed zbyt szybko zmieniającym się światem, w którym pozostawanie przy „tradycyjnych wartościach” pozwala wytworzyć przeświadczenie (złudzenie?) pewnej ciągłości czy nawet niezmienności.

Dla poszerzenia naszych poszukiwań definicyjnych zajrzyjmy jeszcze do Wikipedii. O dziwo tamże definicji konserwatysty nie znajdziemy, ale dowiemy się, że osobnik tak się określający jest zwolennikiem konserwatyzmu, będącego: ideologią, która bazuje na hasłach obrony porządku społecznego oraz umacniania tradycyjnych wartości, takich jak: religia, naród, państwo, rodzina, hierarchia, autorytet.

Tu znowu natykamy się na „tradycyjne wartości”. Ale czy tradycyjną wartością naszego ludu nie był kult Światowida? Czyż tradycyjnym systemem społecznym nie było państwo feudalne? Czyż pojęcie narodu nie ugruntowały dopiero przemyślenia dziewiętnastowiecznych filozofów? Kim są i kiedy żyły te tradycyjne autorytety, których mamy się słuchać? Znowu wracamy do dylematu ze spódnicą i spódniczką, bo która jej wersja jest tą tradycyjną?

Przyjrzyjmy się więc kolejnemu członowi definicji z Wikipedii: Konserwatyści chcą obronić stary porządek ze względu na przekonanie o ewolucyjnym, a nie rewolucyjnym charakterze zmian kulturowo-politycznych. To już brzmi sensowniej, choć trochę przeczy poprzedniemu fragmentowi. Bo oto teraz dowiadujemy się, że konserwatysta nie tyle chce utrzymać status quo, ale jedynie spowolnić proces zmian w domyśle nieuniknionych. Konserwatysta mówi więc postępowcowi: „hola, hola, nie tak szybko, zachowajmy jak najwięcej z tego co było, bo to ma jakąś wartość”.

Z taką definicją można się już zgodzić, bo zbliża się ona do tezy tego felietonu – poglądy konserwatywne, to wcale nie jakiś zbiór ściśle zdefiniowanych i utrwalonych reguł, ale to pewnego rodzaju „opóźniona” lub przesunięta w czasie postępowość. Nie ma czegoś takiego jak uniwersalne poglądy konserwatywne. Konserwatyzm jest zawsze jakąś kompilacją naszych wspomnień i zapamiętanych zwyczajów „ojców” z błogosławionej krainy dzieciństwa. Świadomy konserwatysta wie, że zmiana jest nieunikniona, lecz on tylko zmianę tę chce opóźnić. Konserwatyście-idealiście wydaje się, że czas można zatrzymać. Jednak każdy z nich swój opór przed zmianą wyraża w formułowaniu „niepodważanego systemu wartości” w odwoływaniu się do „wielopokoleniowej tradycji” jako do elementów budujących „trwały fundament społeczeństwa”.

Po tym ciągu krytycznych obserwacji czas na podsumowującą refleksję. Czy konserwatyści i konserwatyzm są niepotrzebni lub szkodliwi? Jeżeli ktoś wyciągnął takie wnioski z powyższych uwag, jest w ogromnym błędzie. Postępowiec i konserwatysta są w społeczeństwie równie niezbywalni jak pedały gazu i hamulca w samochodzie – bez pierwszego nigdzie nie dojedziemy, bez drugiego nasza podróż może się zakończyć przedwcześnie w jakimś rowie na kolejnym zakręcie historii. Gdy samochód zmian rozpędza się zbytnio, instynkt samozachowawczy konserwatystów wciska hamulec. Dzięki temu społeczeństwo ma większą szansę bezpiecznie podążać drogą rozwoju.

W tym kontekście nabiera znaczenia inny zaproponowany wcześniej synonim konserwatyzmu, czyli reakcjonizm, czyli reagowanie na zmianę poprzez próbę jej cofnięcia. I znowu tak rozumiany reakcjonizm nie zawsze należy traktować jako coś złego, tak samo jak nie każdy postęp jest pozytywny („paraliż też bywa postępowy” mawiał Stefan Kisielewski). A więc drodzy konserwatyści, jesteście nam potrzebni! Miejcie i kultywujcie swoją wiarę o niezmiennych wartościach, ideałach czy tradycjach. Bez tradycji wszyscy bylibyśmy jak pozbawione korzeni biegacze pędzone wiatrem przez pustynię, jak zagubione owieczki, które nie wiedzą skąd się wzięły na tym świecie. Zrozumcie jednak, że to co postrzegacie jako niezmienne, jest tylko krótkim wycinkiem mocno powyginanej krzywej, którą w swojej ograniczonej, mrówczej perspektywie zwykliśmy postrzegać jako prostą.

Piotr Stokłosa

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. PIRS 2018-02-26
  2. Magog 2018-02-27
  3. Mr E 2018-02-27
  4. PK 2018-02-27
  5. aquinus 2018-02-28
  6. MarekSza 2018-03-01
    • aquinus 2018-03-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com