2018-04-20.
Jedna z ostatnich moich notek p.t. „Dupan” spotkała się z rekordową ilością komentarzy dzięki prowokacyjnemu tytułowi. W tym przypadku nie ma żadnej prowokacji, tylko opis stanu faktycznego.
Przed laty ś. p. Lech Kaczyński zlikwidował Laboratorium Fizyki Wzrostu Kryształów (znane też jako „Wesoły Kryształek”), które w założeniu miało doprowadzić do komercyjnej produkcji kryształów GaAs potrzebnych do konstrukcji tranzystorów do naszych komórek. LK jednak stwierdził, że ważniejsze jest Muzeum Powstania Warszawskiego i Kryształek zlikwidował. Proponowałem, żeby chociaż tablicę upamiętniającą LFWK zamontować, ale pomysłu nikt nie podchwycił.
Teraz znowu proponuję w budynku Instytutu Maszyn Matematycznych przy ul. Krzywickiego zamontować tablicę z napisem: „W tym budynku, w IMM w sierpniu roku 1977 Michał Leszczyński vel Hazelhard odbył praktykę studencką”.
Praktyka była nietypowa. Dyrektor IMM się ze mną przywitał przechodząc na ty: „Andrzej jestem”. Miałem prawo jazdy, więc zostałem nadwornym kierowcą Andrzeja. Jeździliśmy małym fiatem na Jego działkę, a także do współpracujących zakładów naokoło Warszawy. W każdym z miejsc odbywało się picie sporych ilości wódy, co wyjaśniało zapotrzebowanie na prywatnego kierowcę.
Współpracujące zakłady wytwarzały jakieś druty magnetyczne w oparach koszmarnych kwachów. Wygląd pracownic przywodził na myśl obóz koncentracyjny (Arbeit macht frei). Andrzej, bardzo inteligentny facet, specjalnie mi pokazywał te okropności, żebym zobaczył jak PRL funkcjonuje.
Myśl o tablicy w IMM mnie naszła, bo dowiedziałem się, że jest zlikwidowany i przeszedł do NASK-u. Do budynków na Krzywickiego wprowadzić ma się CBA.
Najpierw LFWK wyparło Muzeum Powstania, teraz IMM jest zlikwidowane na rzecz CBA.
Czyli dupa!!! Trudno inne słowo znaleźć.
Trzeba jednak dodać, że IMM sprawiał ostatnio marne wrażenie- większość pomieszczeń była dzierżawiona, na przykład przez dystrybutora wina. Ale to nie powód, żeby IMM likwidować. Taki instytut jest po prostu potrzebny. Szczególnie jeżeli myślimy o komputerach nowych generacji, na przykład kwantowych, dla których potrzebne będą zupełnie nowe algorytmy i programy.
Hazelhard

Tu bym akurat nie rozpaczał. Nie sądzę, by polska technologia umożliwiała obecnie konstruowanie (a już na pewno nie produkcję) jakichś nadzwyczajnych maszyn; powielanie zaś cudzych nie ma chyba sensu. Chińczycy będą tu zawsze dużo lepsi i dużo tańsi.
Zresztą konstruowaniem komputerów i w ogóle techniką cyfrową zajmują się odpowiednie wydziały politechnik. Mnie to nigdy nie kręciło. A tym, co mnie bawi najbardziej – czyli informatyką i matematyką teoretyczną – zajmują się wspaniale na Wydziale Matematyki i Informatyki UW i w kilku innych miejscach.
Zaś od korzystania z tej techniki do najciekawszych zastosowań jest Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego oraz AGH, czy jak się to tam teraz nazywa. IMM – powiedzmy sobie szczerze — odegrał swą historyczną rolę (pod koniec lat 50. i na początku 60.) i od lat dogorywał, Zresztą nigdy go specjalnie nie lubiłem: nawet w latach świetności pachniało tu zanadto fabryką, a za mało Wielkim Laboratorium. A już zupełnie nie Doktoratami i Habilitacjami i Seminariami z dziesiątkami długonogich studentek… A ja – jak ci kiedyś mówiłem – na pytania o zastosowanie praktyczne odpowiadam warczeniem.
Jak napisałem, IMM na mapie polskiej nauki był w III lidze. Podobnie Laboratorium Fizyki Wzrostu Kryształów było partyzantką- kilku entuzjastów z budżetem 1000 razy za małym na takie przedsięwzięcie. A jednak mi szkoda zarówno IMM, jak i LFWK, bo ani Muzeum Powstania, ani CBA, nie są, IMHO, instytucjami równie potrzebnymi, co instytuty naukowe. Za pieniądze na Muzeum i CBA można było postawić IMM i LFWK na nogi i ukierunkować je na istotne badania, zarówno od strony poznawczej, jak i komercyjnej.
Na nogi. Gdyby oni mieli nogi. Naprawdę mieli ? A ty chyba jesteś za młody, żebyś słyszał o „elektrycznej dupie Empachera” ?
Jestem stary bardzo, ale nie wiem, o co chodzi z tą d..ą Empachera. Mam prośbę o wyjaśnienie, bo google nie wie!
Właśnie prowadzę nabór. Potrzebuje paru inżynierów, albo jednego fizyka, albo kilku stażystów. Teoretyków będę odpędzał kopniakami. Dokładniej, będę grzecznie dziękował za zainteresowanie i radził, żeby się czegoś praktycznego nauczyli. Potrzebuje młodych zdolnych, którzy nie boja się zrobić czegoś, co działa. Albo przynajmniej usilowac.
Najwybitniejszym polskim teoretykiem był podobno Magister Kawusia. Niestety, odszedł na emeryturę wraz z PRLem. Mam nadzieje, ze tam pozostanie.
A ja przed wielu, wielu laty brałem udział w obronie doktoratu przyjaciela. Jak wiadomo, stosowna rada przy takiej okazji zadaje z reguły pewną liczbę rytualnych pytań, w rodzaju „czy ten wynik da się uogólnić?” albo „jakie możliwe zastosowania tego wyniku pan widzi?”.
No i przyjaciel dostał to właśnie drugie pytanie. Łypnął wzrokiem znad okularów na pytającego i odparł pełnym żałości pytaniem: „Zastosowanie? Czemu mnie pan obraża, panie profesorze?”.
Sala ryknęła śmiechem. Dziś by pewno go ukrzyżowali, ale to były czasy słusznie minione i bardzo, ale to bardzo elitarne środowisko matematyków, w którym większość – od profesora do studenta – grywała razem w karty, piła niekoniecznie kawę i współdzieliła… No, mniejsza z tym.
W kilka lat potem siedziałem na jakimś bankiecie (żeby była tzw. jasność: zorganizowanym w czymś w rodzaju baru mlecznego) obok jednego z najsłynniejszych naszych uczonych, z najwyższej półki światowej. W pewnym momencie powiedział do mnie z westchnieniem – „ale się porobiło… dr X – tu nazwisko – bada przepływ enzymu przez nerw tylnej nogi kota, dr Y ma nową kochankę polonistkę i pisze coś o lingwistyce… Pora umierać, panie Bogdanie. Wszak to są zastosowania, czyli coś obrzydliwego…”.
I tak mi już zostało, proszę Praktyków.
Adam B. Empacher był matematykiem i informatykiem. Również znakomitym popularyzatorem nauki. http://hint.org.pl/hid=A6043;r=2;p=2f160002.1. Tam znajdziesz fragment jego książki „Czy maszyny liczą same”. W ’69 ubiegłego przewidział powstanie światowej sieci komputerowej. My z moją (Domicellą) jesteśmy od zawsze „przemytnikami” (Grenzgänger) , więc działaliśmy na przenikaniu różnych dziedzin nauki i sztuki. Wtedy akurat projektowaliśmy obudowy maszyn matematycznych , co potem w I.A. PAN (w Pałacu PKiN) wyglądały jak takie pianina. Poznaliśmy przelotnie Empachera, ale więcej dowiedziałem się o nim od jego bratanka, Wojtka, co był architektem i przez jakiś czas moim studentem na Studium Podyplomowym PW. Otóż on pracował wtedy w takim zakładzie przy Alei Niepodległości, naprzeciwko Pola Mokotowskiego (to się chyba nazywało ZOWAR). Oni tam mieli jakieś laboratorium, gdzie budowali te maszyny liczące. Tam się wszystko cholernie elektryzowało, co stwarzało problemy. Więc oni nawet próbowali zastępować normalne podłogi jakimiś specjalnymi panelami. Przy okazji tych doświadczeń z elektrycznością statyczną on wymyślił psikusa, którego często używał, dla draki. Otóż potrafił się naładować dużym ładunkiem, jak ta butelka lesbijska, albo jakaś arka przymierza, przenieść ten ładunek gdzie indziej, a potem wyzwolić to, do postaci groźnej dla otoczenia, kręcąc tyłkiem na krześle. Przysiadł się w tym celu kiedyś na konferencji naukowej do znanego, starego profesora i zapytał go poufnie : „Czy słyszał pan już o elektrycznej dupie Empachera?” Po czym dotknął nosem jego ucha. Starzec zerwał się na nogi krzycząc : „Panie, pan mnie ugryzł w ucho!!!”
Potwierdzam. Tak było. Mniej więcej, bo scena była cokolwiek inna.
Znałem Adama doskonale (był rok wyżej ode mnie). Ten gryziony – będę niedyskretny – to był sam wielki Wacław Sierpiński. a działo się to na zebraniu Towarzystwa Matematycznego w IMPAN, przy ul. Śniadeckich 8, w sali posiedzeń na I piętrze. Referat wygłaszał – dość cichym głosem – Steinhaus. A Wacek ryknął nagle „Pedał, wariat, w ucho mnie gryzie”…
Zatem jeszcze jedna anegdotka: na posiedzeniu Krajowego Biura Informatyki (było coś takiego), którego sekretarzem był właśnie AE, uczeni mężowie na jednej z narad strasznie się o coś – zupełnie nieistotnego – spierali. Znudzony Adam w pewnym momencie, zajmując jakieś stanowisko powiedział na zakończenie „I to ja mam rację, nie panowie profesorowie. Bo panowie są specjalistami”. Zapadła cisza i wszystkim oczy się zrobiły jak spodki. Wtedy Adam wyciągnął legitymację służbową i demonstrując ją powiedział „a ja, jak panowie widzą, jestem Głównym Specjalistą”. Rzeczywiście, tak się nazywało jego stanowisko.
Z wielką przyjemnością po raz kolejny stwierdzam, że moi Dyskutanci piszą dużo ciekawiej ode mnie. Szczególnie inspirujące jest zastosowanie wyrazu „d..a” w tytule. O polskich wspaniałych Matematykach powinniśmy wspominać jak najczęściej!
Co do nauki „applied” i „curiosity driven research”, to ja po raz kolejny piszę: Nie ma takiego rozróżnienia. Jest tylko nauka beznadziejna lub nadziejna.
oraz nauka przy nadziei, kiedy jeszcze nie wiadomo co z tego będzie