22.10.2018

Najsmakowitszy jak na moje podniebienie, obrazek wczorajszego wieczoru, to facjata Guziała niejakiego obok Jakiego. Guział niejaki to ten, któremu Jaki przyobiecał posadę wiceprezydenta stolicy, a ten zrewanżował się elegancką enuncjacją, jak na Guziała przystało, że gdyby, nie daj Bóg, wygrał Trzaskowski to stolica Polski ani grosza od rządu nie dostanie i kwita.
Otóż Guział niejaki jako żywo przypominał niewinną sarenkę oślepioną reflektorami nadjeżdżającego setką samochodu terenowego marki Jeep zresztą. Tyle że w odróżnieniu od sarenki nieszczęsnej równie nieszczęsny Guział domyślał się, że to może skończyć mało fortunnie dla jego wizerunku trybuna ludowego, lidera świetlanej przyszłości, i gościa, który co chwila będzie przecinał wstęgi nowych linii metra, i wiaduktów mostów.
Dobrodziej nasz Jarosław w duecie z Mateuszem kłamcą ekstraordynaryjnym zapewniali, że oto poczynili wspólnie kolejny historyczny kroku na drodze odzyskiwania narodowego honoru drogą wstawania z kolan. I arytmetycznie to im się nawet zgadzało. Nie wzięli jednak poprawki na prawie trzy lata robienia milionom ludzi wody z mózgu przez pana Jacka z Woronicza, wspieranego dzielnie przez husarię licznych pism i pisemek oświecających naród o przestępstwach opozycji, finansowanej zresztą z wiadomych źródeł. Biorąc tę poprawkę, skala wiktorii rysuje się kapkę skromniej, sądzę nieśmiało.
Na dzień przed głosowaniem, gdy w ramach ciszy wyborczej zamilkły tabuny mądrali z obu stron, i wody w usta nabrały nawet tradycyjnie zdumiewająco precyzyjne u nas sondażownie, z ratunkiem analitycznym pośpieszył mi warszawski taksówkarz o nieznanym mi numerze dowodu osobistego (to informacja dla pana Zbyszka). „Powiem panu tak – powiedział – po mojemu to przegięli pałę, i teraz te wszystkie młode menedżery co się rozbijają luksusowymi furami, przy rodzinnym obiadku u rodziców ostrzegą mamusię i tatusia, że gdy te oszołomy w końcu nas z Unii wyprowadzą, to ich firmy zwiną manatki, i szlag trafi furę, wakacje w Egipcie, narty w Austrii, prywatne przedszkole dla Andżeliki i angielską szkołę dla Roberta, i kto wie, czy się wtedy nie przeniesiemy z Wilanowa do rodziców i dziadków. A wtedy nie ma zmiłuj”. I zatrzymał się, jako go o to prosiłem, przed zatłoczonym lokalem „Ochota na Sushi”.
Andrzej Lubowski
