Jacek Parol: Nie taka piękna katastrofa

16.10.2019

Wieczór wyborczy niewątpliwie był ciężkim czasem dla wszystkich potomków ubeków, koderastów, zwolenników LGBT, lewaków, ortodoksyjnych miłośników Konstytucji, nieprzejednanych fanów prawa (bez sprawiedliwości) i zwykłych ludzi, którzy chcieliby żyć w europejskiej demokracji.

Wygrana PiS była spodziewana, chociaż niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który po cichu nie liczył na cud remisu. Szansa na brak posiadania samodzielnej większości przez PiS była; i to na nią właśnie wszyscy czekali. Zamiast tego słupki pokazywały klęskę za klęską, zdecydowaną przewagę z kołaczącą się w tyle głowy myślą, że dumny Suweren+ wstydzi się głosowania na PiS i wynik PiS w exit pool może być niedoszacowany.

Takie głosy było też słychać w wypowiedziach funkcjonariuszy PiS. Znamienne jest natomiast to, że pierwszym, który dał sygnał do otrzeźwienia był sam Jarosław Kaczyński.

To jego wystąpienie pełne zawodu i rozczarowania, zwrotów „należało nam się więcej” i „trzeba się zastanowić, czemu” kazało popatrzeć na obraz nieco inaczej. Dziś, 4 dni po wyborach, obraz wygląda tak i wcale nie jest taki pesymistyczny:

Katastrofa numer 1.

PiS stracił Senat. Z niejakim zdziwieniem odkrywamy, że poza uniemożliwieniem przegłosowania dowolnej głupoty w jedną noc, Senat ma szereg kompetencji, z których może i — miejmy nadzieję — korzystać będzie.

Poza kompetencjami twardymi Senat ma szanse stać się ośrodkiem władzy prowadzącym działalność informacyjną, nagłaśniającą, tłumaczącą mechanizmy i działania innych organów Państwa. Może być wsparcie dla tych instytucji i organów Państwa, które poza zasięgiem PiS i od PiS niezależne zmagają się z opresyjnością większości. Może wreszcie ustami marszałka Senatu mieć stały dostęp do telewizji publicznej.

Katastrofa numer 2.

PiS wygrał i musi teraz zacząć jeść tę żabę, która nazywa się obietnicami wyborczymi. Jednocześnie PiS nie ma już sprawnej dwudziestoczterogodzinnej maszynki produkcyjnej do wdrażania swoich pomysłów. I nie tylko o Senat chodzi, ale również o Sejm, w którym zamiast klubu PO i sojuszniczego w psuciu Państwa Kukiza’15 — ma teraz głodną sukcesu lewicę, walczący o nowe miejsce PSL i wcale nie oczywistą Konfederację. Konfederację, która więcej ugra atakując PIS i licząc na przedterminowe wybory za dwa lata, niż dającą się ucywilizować jako przystawka.

Katastrofa numer 3.

Celem PiS poza bezpieczną większością w Sejmie było utrzymanie samodzielności bez konieczności dobierania koalicjanta lub podkradania posłów. A w efekcie na własnej piersi podtuczony Ziobro i Gowina stali się z 8 i 12-osobowych przystawek znaczącą siłą, bez której nie ma co marzyć o rządzeniu. Z nic nieznaczących wasali obaj liderzy wyrośli na trudnych partnerów. PiS zapłaci za to cenę, której chyba nie brał w kalkulacjach.

Katastrofa numer 4.

Ta przegrana opozycji, która paradoksalnie została zminimalizowana dzięki Schetynie, wymusi prawdopodobnie zmianę liderów. Świeża krew, głód sukcesu nowych liderów Koalicji, w połączeniu z koniecznością dorównania liderom lewicy — musi dla PiS oznaczać starcie się ze znacznie bardziej zdeterminowanym przeciwnikiem. Dodatkowo to wróg o wielu głowach, dużo trudniejszy do zneutralizowania dotychczasowymi metodami.

Katastrofy numer pięć i więcej.

Tych drobnych problemów i napięć, które spędzają sen z powiek niedoszłym dyktatorom, jest więcej. Zaczynając od utrącenia przez własnych wyborców tych posłów PiS, którzy wydawali się najwierniejsi i gotowi przegryźć gardło konkurentom ku chwale partii, przez niespodziewane zachwianie pozycji Orbana, a na nadwyrężeniu zaufania do USA jako lojalnego sojusznika i gwaranta bezpieczeństwa kończąc.

W tle toczy się żałosny spektakl z pracującym Sejmem zeszłej kadencji, wywołujący zapewne niepokój w całym cywilizowanym świecie i ostatecznie udowadniający upadek moralny formacji prawicowych w Polsce. Być może uda się ludziom niezasługującym na miano posła i senatora Rzeczypospolitej przepchnąć wbrew obyczajom i przyzwoitości swojego partyjnego szefa NIK. Być może katoliccy aktywiści po raz kolejny udowodnią, że religia i rozsądek nie mają ze sobą wiele wspólnego. Być może jutro w nocy przedstawiciele partii (lecz nie Narodu) zlikwidują Senat, skoro nie mogą go kontrolować.

Nie szkodzi. PiS przestał być nie do zatrzymania. W każdym bez wyjątku Obywatelu Piszczyku musiała obudzić się obawa o to, co się stanie, gdy…

Bo się stanie. Wraz z wyborem nowego prezydenta, z pierwszym głosowaniem, w którym PiS przegra w Sejmie, z wyrokami wspieranych moralnie sędziów, wraz z odmową wykonania absurdalnych antydemokratycznych rozkazów przez pierwszego oficera.

Gdy nieśmiertelny tytan zostaje ranny, przestaje być tytanem. A PiS krwawi.

Jacek Parol

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com