Jerzy Łukaszewski: Pejzaż optymistyczny

06.03.2020

Określenie „oderwać się do rzeczywistości” na ogół ma jednoznacznie pejoratywne znaczenie i w takim go się używa w rozmowach, publikacjach prasowych, walce politycznej itd.

Czasem jednak określenie to, skoro otaczający nas świat dostarcza nazbyt pesymistycznych przesłanek, nabiera nieco innego waloru, wręcz uzdrawiającego ludzką psychikę.

Tak działa czasem książka, którą zachwycaliśmy się we wczesnym dzieciństwie, czasem film, spektakl teatralny zarejestrowany w czasach, kiedy wszyscy „oni” byli piękni i młodzi, a grali na poziomie niedostępnym wszystkim współczesnym, za przeproszeniem, „gwiazdom”.

Bez skrępowania sięgałem w takich momentach po „Dary wiatru północnego” Wacława Sieroszewskiego, wiedząc już, że to z jednej strony towarzysz ideowy i szwagier Ludwika Waryńskiego, a z drugiej senator II RP i autor biografii Józefa Piłsudskiego, co nie przeszkadzało mu tworzyć wspaniałych baśni, które utkwiły we mnie na zawsze. Podobne działania ma do dziś opisywany tu już kiedyś film „Szatan z siódmej klasy”, dając półtorej godziny całkowitego oderwania się od współczesności.

Rzadko, a jednak zdarza się, że coś zaistniałego w realnym świecie potrafi tak człowieka odświeżyć, pokazać świat z innej strony, iż staje w niemym zachwycie i z trudem zwiera rozwarte w podziwie szczęki.

A jednak się zdarza.

Zaczęło się niewinnie. Wraz ze wspólniczką Teresą Łuczak popełniliśmy niedużą książeczkę dotyczącą roku 1919 na Pomorzu ze szczególnym uwzględnieniem miasta Czersk i okolicy. Kiedyś w innej pozycji pisałem o Borach Tucholskich i działających tam w tym czasie „bandach”, starając się możliwie wiernie odtworzyć ten niezwykły w historii Pomorza rok i jego atmosferę, o której nie mają pojęcia ludzie z innych części Polski, ani dzieci uczące się historii w szkole.

Teraz mając więcej materiałów, rozszerzyliśmy temat i zgodnie z wolą sponsora, który finansował wydanie, oddaliśmy większość nakładu na użytek mieszkańców gminy.

No i się zaczęło.

Opracowując temat, baliśmy się, że będzie suchy, nudny i nie do strawienia dla „zwykłego czytelnika”.

Okazało się jednak, że 100 lat to małe miki, gdy chodzi o stosunki sąsiedzkie na pomorskiej wsi, stosunkowo mało dotkniętej masowymi migracjami powojennymi.

Na początek przyszła wiadomość, że Rada Miasta uchwaliła postawienie obelisku upamiętniającego braci Gnacińskich, organizatorów i przywódców największej i najbardziej znanej „bandy” kłusowników i rozbójników Borów Tucholskich, którzy we wspomnianym 1919 roku dali się mocno we znaki oddziałom Grenzschutzu opresjonującym Polaków w czasie, kiedy w Warszawie trwały już „normalne” walki polityczne między partiami w wolnym polskim sejmie.

Ich dzieje nadają się na film historyczno-przygodowy, bo taki np. August Gnaciński miał wyraźne ciągoty teatralne, urządzając nieraz napady na niemieckie patrole w sposób, którego nie powstydziłby się najzdolniejszy scenarzysta. Moim prywatnym zdaniem robił to celowo i z rozmysłem wiedząc, że takie „przedstawienie” głębiej zapada w pamięć wrogów, jak i zwolenników, którzy z ich działalności czerpali nadzieję w tamtym trudnym do wyobrażenia czasie.

Obelisk miał być więc także przypomnieniem działalności ich samych, ale i czasów, w których żyli.

Po jakimś czasie doszła wieść, że jeden z radnych sprzeciwia się uchwale i dąży do jej zawieszenia. Postawił na swoim, co samo w sobie jest ciekawym przyczynkiem do historii i kondycji polskiego samorządu lokalnego, ale to jeszcze nie wszystko.

Najciekawsza była argumentacja, a właściwie je brak.

Zaproszeni na uroczystą sesję Rady Miasta z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości w styczniu br. mieliśmy okazję porozmawiać z p. radnym i wysłuchać jego zastrzeżeń.

Najogólniej rzecz biorąc, chodziło o to, że Gnacińscy wyrządzili jakąś krzywdę dziadkowi pana radnego (nie dowiedziałem się jaką, prawdopodobnie chodziło o kradzież kur, ale nie przysięgnę) i z tego tytułu cała ich działalność traci na znaczeniu.

Usiłowałem wyjaśnić, że historyk musi (MUSI!) opierać się na źródłach sprawdzalnych, a jego opowieść, niestety, do takich nie należy. Dziadek nie żyje od dawna, nigdy nie spisał swoich wspomnień i biorąc z całą życzliwością opowieść pana radnego za dobrą monetę, nie mogę jej uwzględnić, bo nikt nie jest w stanie mi zagwarantować, co naprawdę dziadek opowiadał panu radnemu i czy w ogóle mu coś opowiadał. Teksty „ludzie mówią” nie należą do źródeł uznawanych przez metodologię naukową.

Odnosząc się z całym szacunkiem do wysuwanych zastrzeżeń, delikatnie dawałem do zrozumienia, że może by lepiej tematu dziadka nie poruszać, bo gdyby się zająć nim poważnie, nie wiadomo do czego byśmy doszli. Po pierwsze – musiałbym ustalić kim był ów dziadek w 1919 roku, po której stał stronie i skąd mógł się wziąć sąsiedzki konflikt. Okazało się bowiem, że panowie mieszkali w jednej wsi, a ich gospodarstwa sąsiadowały ze sobą. Może więc był to klasyczny spór sąsiedzki owocujący rzucaniem oskarżeń przez jednego na drugiego, że woda jest za mokra, a piasek za sypki, których to przykładów mamy pod dostatkiem w historii. Tego nie wiem, ale nie wiem też i raczej wiedział nie będę, co naprawdę było źródłem konfliktu. Nie jest tajemnicą, że w tamtym czasie nie wszyscy byli zachwyceni walką z Niemcami, a kiedy później sypnęły się nagrody i odznaczenia (m.in. Order Niepodległości dla jednego z Gnacińskich), mogło to uwierać sąsiada i nawet informacje o organizowaniu przerzutów ludzi, broni i pieniędzy dla powstania wielkopolskiego nie złagodziła dolegliwości. Wręcz przeciwnie.

Tak czy owak, burmistrz zawiesił uchwałę w sprawie obelisku, co stało się m.in. powodem jego konfliktu z własnym ojcem!

Oczekując w Centrum Informacji Turystycznej w Czersku na sesję Rady Miasta, przeżyłem coś niezwykłego. Siedząc grzecznie z boku, widziałem i słyszałem wchodzących tam ludzi, którzy … dopytywali się o naszą książkę! Autorska duma była w tym wypadku mniej ważna. Rzecz w tym, że ci ludzie naprawdę chcieli mieć egzemplarz i odchodzili nieutuleni w żalu, kiedy dowiadywali się, że będzie to możliwe dopiero po sesji.

Okazało się, że sprawa do dziś pozostaje żywa w tej okolicy! Wszystkie wymienione przez nas nazwiska to nazwiska krewnych i znajomych współczesnych mieszkańców gminy. Zdania mogły być więc podzielone, ale książkę chciał mieć niemal każdy. Pierwszy raz widziałem coś takiego na własne oczy.

Pojechałem tam także na świętowanie 100-lecia odzyskania niepodległości. Wspólny przemarsz przez miasto i kapitalna inscenizacja odtwarzająca wydarzenia sprzed lat. Na placu zebrało się niemal całe miasto, a przecież poza może szkołami trudno kogoś zmusić do uczestnictwa, jeśliby nie chciał brać udziału.

W naszej książce jako ostatnie daliśmy zdjęcie miejscowych oficjeli pozujących przed ratuszem wraz z oficerami armii Hallera. Pan burmistrz wpadł na pomysł, byśmy sobie zrobili … takie samo w tym samym miejscu! Mała rzecz, a cieszy.

Dalszy ciąg sprawy zaskoczył mnie jeszcze bardziej. Kilka dni później zostaliśmy zaproszeni na galę wręczania miejscowych Oscarów, czyli nagród burmistrza „Koła Młyńskie”, do której to nagrody nas nominowano w kategorii „Nauka i Edukacja”. Miłe, ale to jeszcze nie wszystko.

Na gali, którą uświetniła Stanisława Celińska (kapitalny występ) okazało się, że do nagród nominowano w pięciu kategoriach, a każdego nominowanego przedstawiano obszernie omawiając jego dotychczasową działalność.

I to było najciekawsze!

Ze wstydem przyznam, że w życiu bym się nie spodziewał, ile dobrych i ciekawych rzeczy dzieje się w polskich gminach. Nie mówi o nich żadna telewizja zajęta pyskówkami chamskich coraz bardziej polityków, aferami, które coraz bardziej powszednieją ew. pobiciem sławnej aktorki przez jej dwuletniego kota.

Obok mnie siedziała starsza pani czekając na nagrodę w kategorii „Sport”. Okazała się mamą piłkarza pochodzącego z tej gminy, nieobecnego tego dnia. Mama była zapaloną kibicką, znała na pamięć wyniki chyba całej ligi, a opowiadała o tym z taką werwą, że syn mógłby jej zazdrościć zapału.

Była kategoria „Przedsiębiorczość”. I kolejne zaskoczenia. Słuchając o dokonaniach miejscowych biznesmenów, zastanawiałem się, dlaczego żadne medium nie zainteresuje się stosunkowo młodym człowiekiem, który wymyślił produkt (wybaczcie – kompletnie nie zrozumiałem, co to jest, ale nie można znać się na wszystkim), którego 98% sprzedaje w Europie Zachodniej!

Inny gość, który w ciągu 19 lat powiększył swoją firmę transportową 100-krotnie!

Takich było tam kilku, co jeden — to lepszy.

Czułem się, jakbym znalazł się w innym świecie.

Kategoria „Kultura” – tu dopiero była obfitość. Nominowani byli ludzie z całej gminy, więc dowiedzieliśmy się, ile kapitalnych inicjatyw może być w zwykłej pomorskiej wsi, inicjatyw z innej planety niż „koła gospodyń wiejskich” czy ludowe zespoły śpiewacze pod dyrekcją cioci Rózi.

Do dziś jestem pod wrażeniem.

Uniwersytet Trzeciego Wieku – rzecz szczególnie mi bliska – w małej gminie!

Znam nieco polskie statystyki i liczba 150 stałych uczestników lekko mnie zaszokowała. Takie liczby podają nieraz całkiem spore miasta, a tu …

Dlatego bez wahania zgodziłem się, kiedy poproszono mnie o przyjazd do tamtejszych seniorów na wykład gościnny. Sam bym się sobie dziwił, gdybym odmówił.

Przygoda z Czerskiem, która ciągnęła się cały styczeń i część lutego, pokazała mi zupełnie inną Polskę. Daleką od kamer telewizyjnych, pochłoniętą w większości zupełnie innymi problemami niż te dotykające społeczności wielkich miast. Często prostszą we wzajemnych relacjach międzyludzkich, ale może właśnie dlatego „cieplejszą”. Taką, do której chętnie się wraca, która nie męczy nawet po długim w niej przebywaniu. Przykład: radny, który miał „podziadkowe” zastrzeżenia do przedstawionej przez nas historii na ulicy witał mnie z uśmiechem, a na korytarzu ratusza wdawał się ze mną w niekończące się rozmowy. Obaj żyjemy i mamy się dobrze. Takie to niedzisiejsze, prawda?

Może włączył się we mnie jakiś sentymentalizm, ale takiej Polski życzyłbym każdemu z nas. Może się doczekamy.

P.S. Kilkadziesiąt egzemplarzy wydawca podarował miejscowemu proboszczowi, który jak raz remontuje zabytkowy kościół. Proboszcz wybrał spośród wiernych osobę, która miała sprzedawać książki i publicznie rozliczyć się ze sprzedaży oraz wpłacić na konto założone celem zbiórki na remont. Pełna księgowość! Skąd dziś biorą takich proboszczów?

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. Arkadiusz Głuszek 2020-03-06
  2. Andrzej Goryński 2020-03-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com