Marcin Makowiecki: Domowe obserwatorium epidemii (4)

19.06.2020

Photo by ASSY on Pixabay

Kampania Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami prezydenta Polski miała być taka jak całe 5-letnie rządy partii Jarosława Kaczyńskiego. Należało chwalić się sukcesami i wielkimi planami na przyszłość. Jesienna konwencja, na której uroczyście ogłoszono, że kandydatem PiS na prezydenta będzie ponownie Andrzej Duda też miała być pokazem siły partii. Odbyła się w stylu przypominającym „zjazdy zwycięzców” z dawno minionych czasów.

Wszystko zmieniło się, gdy wybuchła epidemia. Już w styczniu polski wywiad ostrzegał, że groźba jej rozprzestrzenienia się poza Chiny jest poważna, ale nie podjęto wtedy na czas przygotowań do walki z zagrożeniem. Potem wyszły na jaw wszystkie błędy i słabości niedoinwestowanej przez lata służby zdrowia. Pamiętamy dobrze atmosferę tamtych dni. Tylko dzięki nadzwyczajnemu wysiłkowi i poświęceniu służb medycznych, sanitarnych i administracyjnych stopniowo opanowywano sytuację.

Ale równocześnie pojawiły się szybko inne skutki epidemii. Zamknięte przedsiębiorstwa, sklepy, restauracje, centra handlowe, kina i teatry, ograniczona swoboda przemieszczania się i inne konieczne w tym czasie zakazy i restrykcje. Rząd powoli zaczął przygotowywać się do ratowania gospodarki, a czas uciekał. Uruchomiono wreszcie pierwsze programy ratunkowe w postaci kolejnych „tarcz” powstających kosztem poważnego zadłużenia finansów publicznych i obiecanego wsparcia Unii Europejskiej.

Mimo że pamięć o tych wydarzeniach jest świeża, chcę je przypomnieć, bo (1.) pandemia jeszcze się nie skończyła i nie wiadomo, kiedy wygaśnie i (2) uważam, że jej skutki bardzo zmienią nie tylko nasze życie codzienne, ale również hierarchię uznawanych wartości i stosunki społeczne. Będziemy o tym jeszcze nie raz dyskutować.

Wiadomo już, że konsekwencje gospodarcze i społeczne pandemii — poza oczywistymi tragediami wynikającymi z zachorowań i zgonów — będą ogromne, nieodwracalne i odczuwalne przez lata. Bardzo więc dziwi retoryka rządzącej partii i rządu wciąż podkreślająca „sukcesy” w walce z pandemią. Już w jej wczesnej fazie rząd, partia władzy i pisowska większość parlamentarna uznały, że niezależnie od sytuacji epidemicznej wybory prezydenta muszą odbyć się we wcześniej ustalonym terminie, 10 maja. Dalszy ciąg znamy – tych wyborów nie było. Do rozstrzygnięcia pozostała kwestia kto poniesie odpowiedzialność i pokryje wielomilionowe koszty przygotowania do korespondencyjnego głosowania poniesione przed ostateczną decyzją o wyborach.

I rozpoczęła się znów walka o ustalenie nowego terminu. PiS odwlekało tę decyzję Sejmu, aby maksymalnie utrudnić Rafałowi Trzaskowskiemu, nowemu kandydatowi Koalicji Obywatelskiej zebranie wymaganej liczby podpisów na listach poparcia. Intryga się nie udała. W ciągu 5 dni opozycyjny kandydat uzyskał ponad 1,6 miliona podpisów, wobec wymaganych 100 tysięcy.

Decyzję Sejmu o nowym terminie wyborów poprzedziło niespotykane w żadnym demokratycznym państwie publiczne oświadczenie posła Jarosława Kaczyńskiego: wybory mają się odbyć 28 czerwca br., a wszelkie próby zmiany tego terminu spotkają się ze zdecydowaną reakcją władz państwowych (można się domyślać, że „bez żadnego trybu”). O ile wiem, w żadnym demokratycznym państwie w czasie, gdy szerzy się epidemia, władze nie decydują się na przeprowadzanie wyborów.

Rządzący Polską układ partyjno-państwowy po raz kolejny pokazał, że w walce o utrzymanie władzy nie liczy się z żadnymi konstytucyjnymi i moralnymi zasadami. Rafał Trzaskowski, kandydat największego ugrupowania opozycyjnego, nie ma więc w kampanii równych szans. Podjął jednak wyzwanie i w krótkim czasie stał się najpoważniejszym rywalem Dudy. Prawdopodobnie spotkają się w drugiej turze – wszystko na to wskazuje.

Trzaskowski demokrata, Europejczyk, mimo młodego wieku doświadczony polityk, traktuje współobywateli z szacunkiem. Mówi o Polsce równych szans dla wszystkich, rozumie ich potrzeby i aspiracje. Chce oprzeć swoją władzę o silne samorządy, wspierać lokalne inwestycje zapewniające pracę. Przede wszystkim chce przywrócić demokrację, rządy prawa i przestrzeganie konstytucji oraz – co szczególnie ważne – będzie starać się o odzyskanie dawnej, silnej pozycji Polski w unijnej wspólnocie europejskiej. Byłaby to wyraźna, zasadnicza zmiana obecnej polityki. Warunkiem jest jednak jego zwycięstwo w wyborach. Dla PiS byłaby to największa porażka od objęcia władzy 5 lat temu.

Dotychczas Jarosław Kaczyński konsekwentnie realizował swój projekt zmian ustrojowych i wprowadzenia w Polsce rządów autorytarnych. Teraz dobrowolnie z tego nie zrezygnuje, gdy osiągnięcie celu jest tak bliskie.

Na spotkaniach z Trzaskowskim gromadzą się tłumy, jego wystąpienia przyjmowane są z entuzjazmem lub co najmniej z uwagą. W sondażach jednak jeszcze nie dogonił największego rywala. Ale władze PiS już zobaczyły zagrożenie. Dlatego zdecydowano się na użycie sprawdzonej nieraz metody: odwołania się do uprzedzeń obyczajowych i skrajnych poglądów najbardziej konserwatywnych światopoglądowo grup elektoratu tej partii. Tak jak kiedyś Kaczyński wykorzystał politycznie uprzedzenia do uchodźców, „obcych”, którzy mieli przywlec do Polski choroby, zarazki i pierwotniaki, tak teraz Duda wszczął kolejną kampanię — przeciw społeczności LGBT. W tej krucjacie (walce z tęczową zarazą, według abp. Jędraszewskiego) towarzyszą mu prominentni członkowie jego sztabu wyborczego. Europoseł J. Brudziński twierdzi, że bez LGBT Polska byłaby piękniejsza. Poseł z Lublina, wykładowca KUL p. Czarnek dowodził, że osoby o innej orientacji seksualnej nie są normalnymi ludźmi. Wreszcie poseł Żalek wsławił się twierdzeniem (w rozmowie z TVN), że LGBT „to nie są ludzie, ale ideologia”. Red. Katarzyna Kolenda-Zalewska po tych słowach przerwała rozmowę.

Tezy posła Żalka powtórzył następnego dnia w Lublinie prezydent Duda.

Oczywiście, wydarzenia w Polsce komentują największe i wpływowe światowe media. Rządzący Polską znów w opinii światowej uzyskali „plusy ujemne”. Żeby tylko oni, ale powstaje też opinia, że polskie społeczeństwo jest mentalnie zacofane, homofoniczne, nieuznające humanistycznego systemu wartości. To kolejna porażka rządzących dziś Polską. W stosunkach ze społeczeństwami innych krajów tę zaszarganą opinię długo i z trudem będziemy odrabiać, jeśli uda się odsunąć PiS od władzy.

Mamy dość!DO WYBORÓW

DNI

Idziemy i robimy swoje.

Wracając do tych drastycznych metod użytych w kampanii prezydenta Dudy, należy zwrócić uwagę, że publiczne okazywanie nienawiści do „innych” nieraz już kończyło się tragicznie. Czy prezydent Duda, jako prawnik, zdaje sobie z tego sprawę? Czy do refleksji nie skłaniają go wydarzenia z niedawnej przeszłości ? Czy w walce o władzę, o głosy wyborców wolno sięgać po mowę nienawiści?

Starszy kolega Andrzeja Dudy, też doktor prawa, Jarosław Kaczyński do niegodnych metod w polityce sięgał też bardzo często. Niektórzy komentatorzy twierdzili, że działał wówczas w nadmiernym pobudzeniu, w emocjach. Nie sądzę, że tak było. Polityk o tak długim doświadczeniu nie robi przypadkowych ruchów. Od początku minionego pięciolecia, gdy faktycznie sprawował władzę w państwie, posługiwał się socjotechniczną metodą dzielenia społeczeństwa na dwie „wrogie” kategorie: „my i oni — albo tamci”. Są też w społeczeństwie „ludzie gorszego sortu”, „komuniści i złodzieje”, „zdradzieckie mordy”. Słowa „chamska hołota” wypowiedziane w Sejmie przez prezesa PiS pod adresem opozycji miały odwrócić uwagę od tematu debaty: votum nieufności dla ministra Łukasza Szumowskiego. Udało się, ale wątpliwości i tak pozostały, mimo że w głosowaniu PiS i jego koalicjanci ministra obronili.

To, co się dzieje w naszym życiu politycznym, może skłaniać do obaw, że przed wyborami może dojść do takich zmian, które zmienią bieg wydarzeń. Jedno jest pewne: PiS walczy o utrzymanie władzy. Reszta jest niewiadomą.

Pierwsze hasło wyborcze Rafała Trzaskowskiego „mamy dość” dobrze pokazuje nastroje dużej części naszego społeczeństwa. Jak przełożą się one na głosy wyborców? To pytanie zadają sobie wszyscy. Czy wrócimy na drogę, którą Polacy wybrali 30 lat temu, czy cofniemy się i trafimy na peryferie Europy?

Wybór należy do nas – przy urnach.

Marcin Makowiecki

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com