Jarosław Kapsa: Dzień wolności, rok szarości8 min czytania

03.06.2022

Niezauważalnie obchodziliśmy święta ustanowione uchwałami Sejmu: Dzień Wolności i Praw Obywatelskich (4 czerwca) oraz Dzień Samorządu Terytorialnego (27 maja). Skromność była uzasadniona, bo na Saharze uroczystości Dnia Mokradeł też bywają stonowane.

Z okazji święta samorządowcom pan Prezydent wręczył ordery, a pan Premier czeki obiecujące dotację z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych. Wspomniano też delikatnie o możliwości przedłużenia kadencji o pół roku, co dla wielu ludzi, utrzymujących się z pensji i diet samorządowych, ma pozytywne znaczenie. Było skromnie, ale miło. Nie wypadało wytknąć królowi nagości, zauważając, że beneficjent święta – samorząd terytorialny – w naturze naszego kraju, w roku 2022, nie występuje.

Oczywiście: są odpowiednie zapisy w Konstytucji RP, obowiązują ustawy o samorządzie gminy, powiatu, województwa, są urzędy i pracownicy samorządowi, są „samorządowcy”, czyli politycy lokalni, organizowane są demokratyczne wybory itd. Istnieje jednak pewna różnica między światem, przepisami prawnymi, wyobrażonym; a praktyką świata realnego. Konstytucja RP w swym art. 15 głosi: „Ustrój terytorialny Rzeczypospolitej Polskiej zapewnia decentralizację władzy publicznej.”; a człowiek w praktyce może dzień zmarnować, wertując prasę w poszukiwaniu informacji o objawach tej „decentralizacji władzy”. Przeciwnie, doczytać się może o kolejnych „kwiatkach” centralizacji np.: na polecenie Warszawy prokuratura dolnośląska ściga gdańszczanina podejrzanego o przestępstwo popełnione w Białymstoku; warszawskie urzędnikostwo ma zdecydować o bycie, lub nie bycie, pomnika na częstochowskim cmentarzu; warszawski cenzor zdjął „kontrowersyjną” sztukę z desek teatru w Kielcach. I to jest rzeczywista praktyka ustroju zapewniającego decentralizowanie władzy. Być może interpretatorzy zrozumieli decentralizację jako rozśrodkowanie, jądra decyzyjne rozrzucając po różnych adresach: tu Wiejska, tam Krakowskie Przedmieście, ówdzie Al. Ujazdowskie, a nade wszystko Nowogrodzka.

Decentralizację rozumieć można tak albo siak. Samorząd terytorialny jest wyraźnie zdefiniowany, w dokumencie p.t. Europejska Karta Samorządu Terytorialnego, przyjętym w Strasburgu w 1985 r., ratyfikowanym przez Polskę w 1993 r. i wprowadzonym do polskiego prawa, w tym Konstytucji.

Samorząd lokalny oznacza prawo i zdolność społeczności lokalnych, w granicach określonych prawem, do kierowania i zarządzania zasadniczą częścią spraw publicznych na ich własną odpowiedzialność i w interesie ich mieszkańców.

Jeśli powyższe czytać ze zrozumieniem, to społeczność lokalna musi mieć prawem określone kompetencje oraz zdolność materialną i organizacyjną, by zarządzać częścią spraw publicznych na własną odpowiedzialność i w interesie swoich mieszkańców. Wtedy może nazywać się samorządem. Trudno jednoznacznie określić zakres spraw publicznych, tym bardziej uściślić terytorialnie interes mieszkańców Polski. Edukacja np. jest sprawą publiczną realizowaną w interesie wszystkich mieszkańców Polski, dbać się powinno, by każde dziecko, bez względu na miejsce zamieszkania, miało równe szanse dostępu do nauczania.

Ale też edukacja jest inwestycją w rozwój „małej Ojczyzny”, więc w interesie jej mieszkańców leży wybór najefektywniejszej jej formy. W tym przypadku sposób realizacji zadań edukacyjnych powinien być przedmiotem uzgodnienia między reprezentantami interesu ogólnopaństwowego a interesu lokalnego. Niewątpliwie zadaniami publicznymi, dotyczącymi społeczności lokalnej, jest troska o ich zdrowsze i lepszej jakości warunki życia; w praktyce dotyczy to m.in. dostaw czystej wody, odprowadzania ścieków, troska o obszary zielone, budowy ulic, chodników, ścieżek rowerowych, miejsc rekreacji, organizacji zbiorowych przewozów pasażerskich itd. Solidarność najbardziej sprawdza się na poziomie lokalnym, więc gminy powinny mieć kompetencje i środki, by wspierać w potrzebie chorych, niepełnosprawnych, zubożałych, pozbawionych możliwości zdobycia środków na życie.

Są także sprawy wynikające z ludzkich, zbiorowych aspiracji, w tym uczestnictwo w szeroko rozumianym lokalnym życiu kulturalnym lub społecznym. Najtrudniejszym wyzwaniem przy wprowadzaniu reform samorządowych, w 1990 r. i w 1998 r, było określenie zakresu kompetencji przypisanych samorządom różnych szczebli i – także różnej – administracji rządowej. Trudność ta wynikała także z poważnego traktowania art 7 Konstytucji „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.”Ani samorząd, ani rząd, nie może sobie uzurpować przywileju dowolnego przekraczania granic określonych prawem. Władza samorządowa nie może dowolnie decydować, jaką parę ludzi zarejestrować w urzędzie jako małżeństwo; minister z rządu centralnego nie może władzy miejskiej narzucać, kogo pomnik ma stać na głównym placu. Nie chodzi tu o słuszność czy niesłuszność decyzji, ale o wyraźnie zakreślone granice kompetencji.

Wyraźne granice kompetencyjne są decydujące przy określaniu „własnej odpowiedzialności i interesu ich mieszkańców”. Ktoś, konkretnie, musi mieć uprawnienia wyłączne, by rozpoznawać i definiować interes mieszkańców gminy lub miasta. W każdej zbiorowości ujawnia się mnogość interesów, bardzo często z sobą sprzecznych; życie zbiorowe wymaga stałego zawierania i odnawiania tysięcy kompromisów, w myśl zasady „żyj i pozwól innym”. Nie wystarczy rozpoznać potrzebę budowy ulicy czy wodociągu, trzeba wynegocjować kompromisy, by mieszkańcy zgodzili się na ten cel oddać swoje pieniądze, a – niektórzy – także część swych nieruchomości. Realizacja zadań zgodnych z interesem mieszkańców łączy się z konkretną odpowiedzialnością. Odczuwać ją musi każdy przedsiębiorca, gdy, przez ryzykowną decyzję, doprowadził swoją firmę do bankructwa; odczuwać ją muszą także reprezentanci społeczności lokalnej, bo gmina – tak jak i inna firma – może zostać przez nieroztropność doprowadzona do upadłości.

Odpowiedzialność jest partnerem wolności. Nie zrzucamy pełnej odpowiedzialności na żołnierza wykonującego rozkazy, na pracownika działającego na polecenie pracodawcy, na urzędnika słuchającego szefa. Odpowiedzialność rodzi się, gdy reprezentanci społeczności mogą nie tylko wybrać, które zadanie publiczne będą realizować w najbliższym czasie, ale i określić sposób realizacji tego zadania. Nie ma takiej odpowiedzialności, gdy ktoś im przekazuje pieniądze na budowę konkretnej drogi, według konkretnego projektu oraz ustalonego harmonogramu i zasad wyboru wykonawcy. Nie jest to wtedy odpowiedzialność decydenta, samorządu, właściciela; ale odpowiedzialność podrzędnego urzędnika, podwładnego, związana z lojalnym i akuratnym wypełnianiem otrzymanych poleceń.

Realia naszej samorządności odzwierciedlane są w budżetach gmin. Gdy zsumujemy rubryki, gdy policzymy zadania „sztywne”, odgórnie zdefiniowane, zlecone itd.; to okaże się, że Rada może zdecydować dowolnie o przeznaczeniu 2-3% z całości wydatków. Mamy więc 2-3% samorządności w samorządach… A i to, nie do końca.

Centralizm siatką przepisów narzuca sposoby wykonywania zadań publicznych. Możecie sobie budować ulicę, ale jej podsypka musi odpowiadać normie dla drogi klasy „G”, chodniki muszą mieć 1,5 m., a na nawierzchnię używać można masy bitumicznej produkowanej wyłącznie w Orlenie. Macie obowiązek wspierania biednym, ale o tym, kto jest biedny decydują ustalone w ministerstwie wskaźniki. Chcecie mieć ładny skwerek, nie możecie, bo zdaniem konserwatora zabytków tam musi być „historyczny” plac defiladowy. I przez tego rodzaju przepisy, nakazy itp. poziom samorządności w samorządach topnieje do ujemnego…

Tu wyjaśnienia dla matematyków; jeśli przepisy centralne narzucają sztywne koszty wykonywania zadań edukacyjnych, a przekazywana subwencja pokrywa zaledwie 70% tych kosztów, jeżeli w podobny sposób niedoszacowane jest finansowanie innych zadań publicznych, to ogólny wynik wyliczenia samorządności w samorządach może być ujemny.

To są liczby, powiedzą krytycy, ale są ustawy, samorząd terytorialny ma osobowość prawną, ma własny majątek, odbywają się demokratyczne wybory. Tak i owszem, ale…

Osobowość prawna, tak jak osobowość fizyczna, jest rzeczą cenną, jeżeli ma jakieś niezbywalne prawa, których bronić może przed sądem. W teorii gminy mogą bronić się w sądzie przed natręctwem, wyłudzeniami i oszustwem praktykowanym przez rząd centralny. Ale by to uczynić, to w Polsce powinien być spełniony podstawowy warunek: „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd” (art. 45 Konstytucji). Dyskusyjna jest także kwestia własności prywatnej; nie jest to tylko jakaś rzecz przypisana gminie, ale możliwość korzystania i rozporządzania tą rzeczą. Zwrócę zatem uwagę, że bardzo często, gdy gmina próbuje, w ustalony przez siebie sposób, rozporządzać swoją własnością; wkracza prokurator. Intuicja podpowiada prokuratorowi, że on jest bardziej uprawniony do obrony interesów mieszkańców gminy, niż wybrany przez nich wójt.

Nie neguję, że władze lokalne pochodzą z wyborów. Ale właściwie kogo my wybieramy? Jakie rzeczywiste kompetencje ma wójt i radni? Radni, zgodnie z pochodzeniem tego słowa, sprowadzeni zostali do roli doradców-podpowiadaczy, nie mając wpływu na większość decyzji dotyczących życia publicznego. Wójt, burmistrz, prezydent, starosta – to wybieralni przez lokalną społeczność urzędnicy, podlegający i wykonujący polecenia władzy centralnej.

Tak wygląda świat realny. Jest on zupełnie inny niż wyobrażony Konstytucją i ustawami.

Jarosław Kapsa

Print Friendly, PDF & Email
 

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo