05.08.2026
Prof. Marcin Matczak w ostatnim, 52 odcinku „Prawem i rozumem” (1) postawił tezę, do której zresztą od pewnego czasu dość często się odwołuje, że liberalno-lewicowe elity mówią o ludziach religijnych językiem pogardy, a skutkiem tego jest polityczne wzmacnianie prawicowych populistów, którzy występują następnie jako obrońcy „zwykłych ludzi” i ich systemu wartości. Sama intuicja, że język debaty publicznej ma konsekwencje polityczne, jest ważna i zasługuje na poważne potraktowanie. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy z trafnej ogólnej intuicji wyprowadza się diagnozę uproszczoną, asymetryczną i politycznie ryzykowną.
Tak właśnie dzieje się wtedy, gdy krytykę religii instytucjonalnej lub Kościoła rzymskokatolickiego utożsamia się z pogardą wobec ludzi wierzących. Taki zabieg nie tylko zaciemnia istotę sporu, lecz także reprodukuje jeden z głównych konstruktów politycznych współczesnej prawicy populistycznej: opowieść o złych elitach, które rzekomo nienawidzą ludu, jego obyczajów, religii i codziennych przywiązań. Jeżeli ktoś chce budować ruch centrowy, pomostowy, nastawiony na dialog i porozumienie, nie powinien tej narracji wzmacniać, lecz ją rozbrajać.
Punktem wyjścia musi być elementarne rozróżnienie: pogląd nie jest jeszcze pogardą. To, że część ludzi uważa religię za błąd poznawczy, konstrukcję kulturową, system mitów albo instrument instytucjonalnej dominacji, nie oznacza automatycznie, że gardzi wierzącymi. Taki sąd może być błędny, niesprawiedliwy albo zbyt radykalny, ale nadal pozostaje poglądem, a niekoniecznie odruchem klasowej lub kulturowej wyższości.
W debacie publicznej zbyt łatwo gubi się ten niuans. Jeżeli ktoś po wieloletnich studiach nad religią, historią Kościoła, nad relacją między instytucją a władzą, nad przemocą symboliczną czy mechanizmami społecznej reprodukcji wiary dochodzi do wniosku, że religia instytucjonalna szkodzi bardziej niż pomaga, to wygłasza tezę światopoglądową lub poznawczą. Można z nią polemizować, ale nie wolno jej automatycznie przekładać na emocjonalną pogardę wobec „maluczkich”.
Właśnie ten wątek warto podkreślić najmocniej. To, że niektórzy ludzie uważają religię za oszustwo, a wierzących za ofiary tego oszustwa, nie musi być przejawem pogardy elit dla prostego ludu. To konsekwencja określonego namysłu nad religią instytucjonalną, nad historią Kościoła i nad społeczną funkcją wiary. Taki pogląd może być mocny, drażniący, nawet brutalny w swoim wniosku, ale jego źródłem nie musi być pogarda; często jest nim przekonanie, że ma się do czynienia z systemem fałszywych roszczeń do prawdy, podobnie jak w przypadku innych przekonań uznawanych za nieracjonalne.
Wielu ludzi wykształconych i światłych uważa poglądy szurów, foliarzy, płaskoziemców czy zwolenników teorii spiskowych za błędne; czasem wręcz absurdalne, ale to nie jest równoznaczne z jakąkolwiek formą pogardy.
Działa to również w drugą stronę. Wielu wierzących sądzi o ateistach, agnostykach czy świeckich intelektualistach jako o ludziach duchowo zubożonych, pozbawionych moralnego kompasu, niezdolnych do zrozumienia tajemnicy ludzkiego losu. To także nie musi być pogardą; bardzo często jest to po prostu pogląd zakorzeniony w religijnej antropologii. Jeżeli więc chce się uczciwie analizować napięcia między światem religijnym a świeckim, trzeba przyznać, że po obu stronach występują silne, nieraz ostre sądy aksjologiczne. Nie każdy z nich jest pogardą.
Pogarda zaczyna się tam, gdzie kończy się uznanie pełnego człowieczeństwa i podmiotowości drugiego człowieka. Zaczyna się tam, gdzie ktoś staje się nie partnerem sporu, lecz obiektem szyderstwa, symbolem niższości, kimś niegodnym rozmowy. Tego rodzaju postawy oczywiście istnieją. Występują jednak zarówno po stronie części środowisk świeckich, jak i po stronie części środowisk religijnych. Błędem jest więc wpisywanie całego problemu w jeden prosty schemat: „liberalne elity gardzą wierzącymi”.
Teza o pogardzie elit wobec zwykłych ludzi nie jest neutralnym opisem rzeczywistości. Jest jedną z najważniejszych ram interpretacyjnych współczesnego populizmu. Jej funkcja polega nie tyle na wyjaśnianiu świata, ile na politycznej mobilizacji przez zbudowanie poczucia symbolicznej krzywdy. Populista mówi swoim wyborcom: nie jesteście tylko krytykowani, jesteście poniżani; nie chodzi o spór poglądów, lecz o systemową pogardę wobec waszego stylu życia, wiary i godności.
To bardzo skuteczna rama, ponieważ upraszcza rzeczywistość i zarazem daje emocjonalną nagrodę. Jeśli ktoś czuje się kulturowo niepewnie, jeśli jego świat traci społeczną dominację, łatwo przyjmuje opowieść, że przyczyną jest pogarda elit. Wtedy każdy ostry głos przeciw Kościołowi, każda karykatura dewocji, każdy ironiczny komentarz pod adresem pielgrzymek lub religijnej egzaltacji staje się nie jednostkowym ekscesem, ale dowodem na systemowe upokarzanie „normalnych ludzi”.
W tym właśnie miejscu pojawia się zasadnicze niebezpieczeństwo dla projektu Klubów Radykalnego Centrum. Jeżeli polityk lub intelektualista aspirujący do budowy szerokiej formacji centrowej, a tak odbieram rolę prof. Marcina Matczaka, zaczyna mówić językiem tej ramy, to nawet jeśli robi to w dobrej wierze, de facto legitymizuje populistyczny sposób opisu rzeczywistości. Zamiast rozbrajać mit o wojnie elit z ludem, wzmacnia go. Zamiast tłumaczyć, że istnieje pluralizm przekonań, że krytyka religii może być pochodną doświadczenia, wiedzy i niezgody na polityzację Kościoła, wpisuje się w opowieść o obrażanych wierzących i aroganckich elitach.
Moim zdaniem Kluby Radykalnego Centrum powinny odmawiać przyjęcia tego fałszywego wyboru. Nie wolno im stawać po stronie obrazu społeczeństwa, w którym z jednej strony są pobożni, prostolinijni i pogardzani, a z drugiej szyderczy, oderwani od życia inteligenci. Taki podział to błąd. Jest politycznie użyteczny dla PiS, Brauna, Konfederacji i wszelkich formacji prawicowo-populistycznych, ponieważ dostarcza im gotowego paliwa tożsamościowego.
Krytyka religii a krytyka Kościoła
W sporze tym trzeba też odróżnić trzy poziomy, które są w polskiej debacie nieustannie mieszane: krytykę wiary jako takiej, krytykę religii instytucjonalnej oraz krytykę konkretnych działań Kościoła katolickiego w Polsce. Ktoś może nie mieć nic przeciw ludziom wierzącym jako osobom, a zarazem bardzo ostro krytykować instytucję Kościoła za sojusz z władzą, za nieprzejrzystość, za rolę w tłumieniu autonomii jednostki czy za moralne i polityczne nadużycia. Ktoś inny może uważać samą wiarę religijną za nieracjonalną, ale nadal rozumieć społeczne i egzystencjalne potrzeby, na które ona odpowiada.
Utożsamianie wszystkich tych poziomów z pogardą jest błędem. W dodatku błędem bardzo kosztownym intelektualnie, bo uniemożliwia realną diagnozę powodów kryzysu autorytetu Kościoła. W Polsce nie obserwuje się przecież wyłącznie, a nawet nie przede wszystkim, zewnętrznego ataku na religię. Obserwuje się głównie długofalowy kryzys samej instytucji, związany z jej językiem, uwikłaniami politycznymi, skandalami oraz utratą wiarygodności.
W tym kontekście przywołanie myśli ks. Józefa Tischnera jest szczególnie ważne. Tischner mówił wprost, że „nic tak nie szkodzi Kościołowi jak Kościół sam sobie”. Ostrzegał też, że Kościół, który uzyskuje zbyt duży wpływ na władzę świecką, może stracić rzeczywistą władzę we wspólnocie wiernych. Ten sam kierunek myślenia powraca w interpretacjach jego dorobku: redukowanie chrześcijaństwa do siły politycznej przyspieszało sekularyzację w Polsce.(2,3,4)
Jeżeli więc ktoś chce uczciwie opisać proces dechrystianizacji i sekularyzacji, nie może zrzucać odpowiedzialności głównie na liberalne elity. Owszem, brutalny antyklerykalizm może część ludzi odpychać i uruchamiać odruch obronny. Ale przyspieszona sekularyzacja, szczególnie wśród młodzieży, ma w znacznej mierze przyczyny wewnętrzne: osłabienie przekazu wiary, spadek atrakcyjności szkolnej katechezy, osłabienie więzi z Kościołem i kryzys wiarygodności instytucji. Dane dotyczące młodych pokazują zarazem bardzo szybki odpływ od praktyk religijnych i lekcji religii; według opisu raportu CBOS „Młodzież 2025” 65 proc. uczniów ostatnich klas szkół ponadpodstawowych nie uczęszcza już na religię. Długofalowe analizy wskazują, że trend sekularyzacyjny wśród polskiej młodzieży ma charakter przyspieszony i należy do najbardziej radykalnych w historii najnowszych badań.(5,6,7)
To wszystko oznacza, że przyczyną kryzysu nie jest przede wszystkim to, iż jakaś część elit mówi o religii z wyższością. Znacznie ważniejsze są procesy społeczne, kulturowe i instytucjonalne oraz błędy samego Kościoła. Gdyby przyjąć odwrotną diagnozę, łatwo byłoby dojść do wygodnego, lecz fałszywego wniosku, że wystarczy uciszyć krytyków, by zatrzymać laicyzację. A przecież Tischner sugerował coś przeciwnego: odpowiedzią na sekularyzację nie jest walka z zewnętrznym przeciwnikiem, lecz powrót Kościoła do własnej istoty.(8)
Dlaczego antagonizująca diagnoza szkodzi centrum
Jeżeli Kluby Radykalnego Centrum mają być miejscem realnego spotkania, nie mogą zaczynać od przemycania do rozmowy tezy, że jedna strona już z definicji odnosi się do drugiej z pogardą. Taka teza ustawia uczestników debaty w rolach moralnych jeszcze przed rozpoczęciem dyskusji. Religijny uczestnik ma czuć się potencjalną ofiarą kulturowej przemocy, a świecki czy liberalno-lewicowy rozmówca ma zostać uprzednio obsadzony w roli przedstawiciela elit, które muszą się tłumaczyć z własnej wyższości.
To nie jest dobra architektura rozmowy. Taki punkt wyjścia nie buduje mostu, tylko przenosi do środka projektu centrowego gotową prawicową inscenizację konfliktu. Zamiast otwierać przestrzeń porozumienia, narzuca się ramę podejrzenia. Zamiast pytać, jakie są rzeczywiste źródła wzajemnej nieufności, wskazuje się z góry winnego. A to niemal zawsze kończy się samospełniającą się przepowiednią: skoro rozmowa zaczyna się od oskarżenia o pogardę, druga strona zaczyna reagować defensywnie, ironicznie albo zniecierpliwieniem, co następnie uznaje się za potwierdzenie pierwotnej tezy.
Dla powodzenia ruchu centrowego to bardzo groźne. Centrum nie może przecież istnieć jako kolejna frakcja wojny kulturowej, która tylko w bardziej eleganckim stylu reprodukuje plemienne podziały. Jeżeli ma mieć sens musi pokazać, że rozumie dwie rzeczy jednocześnie: po pierwsze, że nie wolno upokarzać religijnej wrażliwości ludzi; po drugie, że nie wolno patologizować krytycznego stosunku do Kościoła ani przedstawiać go jako z definicji pogardliwego.
Co naprawdę może napędzać prawicowych populistów
Nie ma wątpliwości, że szyderczy język wobec religii bywa politycznie przeciwskuteczny. Może on wzmacniać poczucie osaczenia i uruchamiać mechanizm obrony tożsamościowej. Prawicowi populiści świetnie potrafią takie emocje zagospodarować. Jednak twierdzenie, że ich sukces bierze się przede wszystkim z pogardy elit, jest redukcjonizmem.
Sukces Brauna, Konfederacji czy wcześniej PiS wynika z nakładania się wielu zjawisk: poczucia dezorientacji normatywnej, lęku przed zmianą kulturową, kryzysu reprezentacji politycznej, potrzeby silnej tożsamości oraz skutecznej narracji o obronie wspólnoty. Religia jest tu ważnym zasobem symbolicznym, ale nie jedynym. Prawica nie rośnie tylko dlatego, że ktoś zakpił z pielgrzymki albo skrytykował instytucję Kościoła. Rośnie także dlatego, że umie przechwytywać niepewność społeczną i przekuwać ją w prosty konflikt: my, zwyczajni ludzie, przeciw nim, aroganckim elitom.
Centrum nie powinno przejmować tego języka. Powinno raczej pokazywać, że z jednej strony istnieje pełne prawo do ostrej krytyki Kościoła jako instytucji publicznej, a z drugiej nie ma zgody na stygmatyzowanie ludzi wierzących. Te dwie zasady nie są sprzeczne. Przeciwnie, dopiero razem tworzą podstawę dojrzałej debaty.
Warunki sukcesu Klubów Radykalnego Centrum (KRC)
Jeżeli Kluby Radykalnego Centrum (KRC) mają odnieść sukces, powinny przyjąć kilka zasad organizujących rozmowę.
Po pierwsze, powinny rozbrajać, a nie utrwalać populistyczne mity. Nie należy więc pytać uczestników: „czy elity gardzą wierzącymi?”, bo pytanie takie już zawiera sugestię, że problem ma charakter strukturalny i że wskazany jest konkretny sprawca. Lepiej pytać: jakie są źródła wzajemnej nieufności między ludźmi religijnymi i świeckimi, oraz kiedy krytyka zamienia się w pogardę.
Po drugie, trzeba oddzielić krytykę przekonań i instytucji od oceny godności osób. W centrum (KRC) powinna obowiązywać zasada, że wolno krytykować religię, Kościół, antyklerykalizm, ateizm, laicyzm, dogmatyzm czy polityzację wiary, ale nie wolno redukować ludzi do pogardliwych etykiet. To wymaga dyscypliny językowej po obu stronach, a nie jednostronnego moralizowania.
Po trzecie, konieczne jest uznanie pluralizmu doświadczeń. Dla jednych religia pozostaje źródłem sensu, ładu i nadziei. Dla innych jest doświadczeniem przemocy symbolicznej, hipokryzji albo politycznego nadużycia. Projekt centrowy nie może mówić jednym z tych języków kosztem drugiego. Musi stworzyć warunki, w których oba doświadczenia mogą zostać opowiedziane bez natychmiastowej delegitymizacji.
Po czwarte, warto oprzeć rozmowę na konkretach, a nie na figurach wojny kulturowej. Zamiast jałowego pytania, czy „elity” pogardzają „ludem”, lepiej rozmawiać o tym, dlaczego młodzi odchodzą od praktyk religijnych, jak polityzacja Kościoła wpływa na jego autorytet, jak odróżnić wolność sumienia od agresywnego sekularyzmu, oraz jak prowadzić spór światopoglądowy bez naruszania wzajemnego szacunku.
Po piąte wreszcie, centrum musi umieć mówić językiem wspólnego obywatelstwa. Nie ma demokracji bez ludzi religijnych i nie ma jej bez ludzi świeckich. Nie ma też sensownego centrum, jeśli jedna z tych grup będzie stale słyszeć, że druga jest dla niej zagrożeniem kulturowym. Zadaniem centrum (KRC) nie jest sakralizacja religii ani sakralizacja świeckości, lecz tworzenie reguł współżycia ludzi, którzy różnią się głęboko, ale mają żyć we wspólnym państwie.
Jeżeli więc odpowiedzieć na pytanie postawione przez prof. Matczaka w sposób analityczny, należałoby powiedzieć tak: owszem, język pogardy istnieje i potrafi niszczyć wspólnotę, ale nie wolno mylić go z samą krytyką religii, Kościoła czy wierzeń. Nie wolno też bezkrytycznie przyjmować populistycznej opowieści, że główną osią polskiego konfliktu jest pogarda elit wobec religijnych „maluczkich”. To opowieść politycznie skuteczna, lecz intelektualnie zbyt uboga, aby mogła stać się fundamentem projektu centrowego.
Kluby Radykalnego Centrum odniosą sukces nie wtedy, gdy przejmą język skrzywdzonej tożsamości i będą rozliczać jedną stronę z domniemanej pogardy. Odniosą sukces wtedy, gdy pokażą, że można jednocześnie rozumieć religijną wrażliwość milionów Polaków i uznawać pełne prawo do ostrej, kompetentnej krytyki religii instytucjonalnej. Tylko taka podwójna odmowa — odmowa pogardy i odmowa uproszczenia — daje szansę na rzeczywiste zbliżenie dwóch światów, które prawicowi populiści chcą widzieć jako skazane na wieczny konflikt.
Przesłanki powodzenia Klubów Radykalnego Centrum
Te same warunki, które wymieniłem wyżej stanowią punkt wyjścia i bazę powodzenia projektu politycznego. Kluby Radykalnego Centrum mogą stać się trwałą i wpływową formą debaty publicznej tylko wtedy, gdy od początku odrzucą logikę antagonizowania uczestników sporu. Szczególnie ważne jest odrzucenie tezy, że liberalno-lewicowe elity z definicji mówią o ludziach religijnych z pogardą. Taka diagnoza, nawet jeśli bywa atrakcyjna retorycznie, nie sprzyja budowaniu centrum, lecz wciąga je w cudzy konflikt i czyni współuczestnikiem narracji populistycznej.
1. Zasada rozróżniania krytyki od pogardy
Pierwszą przesłanką powodzenia jest wprowadzenie wyraźnego rozróżnienia między krytyką przekonań, instytucji i praktyk a pogardą wobec osób. Krytyka religii, Kościoła, świeckości czy liberalizmu może być ostra, nawet bezkompromisowa, ale nie powinna być automatycznie uznawana za przejaw moralnej wyższości. Dzięki temu Klub staje się miejscem sporu intelektualnego, a nie salą wzajemnych oskarżeń.
2. Odrzucenie ramy wojny kulturowej
Drugą przesłanką jest świadome nieuleganie narracji „my kontra oni”. Jeżeli uczestnicy od początku są ustawieni w rolach „pogardzanych wierzących” i „pogardliwych elit”, rozmowa zostaje zamknięta, zanim się zacznie. Centrum powinno działać odwrotnie: rozbrajać politycznie użyteczne uproszczenia i pokazywać, że społeczeństwo jest bardziej złożone niż prosty podział na lud i elity.
3. Uznanie pluralizmu doświadczeń
Trzeci warunek to uznanie, że ludzie religijni i świeccy nie są jednorodnymi blokami. W obu środowiskach istnieją osoby otwarte, skłonne do dialogu, zdolne do autorefleksji, ale także osoby zamknięte i konfrontacyjne. Kluby będą wiarygodne tylko wtedy, gdy nie będą uprzednio przypisywać żadnej stronie moralnej przewagi ani moralnej winy.
4. Rozmowa o przyczynach, nie o etykietach
Czwartym elementem sukcesu jest przesunięcie debaty z poziomu etykiet na poziom przyczyn. Zamiast pytać, kto „gardzi” kim, lepiej pytać:
- dlaczego młodzi odchodzą od religii,
- dlaczego Kościół traci autorytet,
- dlaczego część ludzi reaguje na krytykę religii poczuciem zagrożenia,
- dlaczego prawica tak skutecznie przechwytuje emocję obrony wartości.
Tak prowadzona rozmowa jest mniej efektowna medialnie, ale znacznie bardziej pożyteczna publicznie.
5. Neutralizacja populistycznego paliwa
Piątą przesłanką jest świadome odbieranie paliwa populistom. Jeżeli centrum powiela narrację o pogardzie elit wobec ludzi wierzących, wzmacnia dokładnie ten mechanizm, który chce osłabić. Kluby Radykalnego Centrum powinny więc być miejscem, gdzie uczestnicy uczą się rozpoznawać populistyczne uproszczenia i nie dają się w nie wciągać.
6. Zasada wspólnego obywatelstwa
Szósty warunek to budowanie języka wspólnego obywatelstwa. Uczestnicy mogą mieć różne światopoglądy, ale wszyscy funkcjonują w tym samym państwie i tej samej przestrzeni publicznej. Centrum nie ma więc za zadanie rozstrzygać sporu o prawdziwość religii lub świeckości, lecz tworzyć reguły rozmowy między ludźmi, którzy różnią się głęboko, ale muszą umieć współżyć politycznie.
7. Autokontrola języka
Siódmy element to rygoryzm językowy. Jeżeli klub chce być przestrzenią porozumienia, jego uczestnicy muszą unikać słów, które od razu zamykają rozmowę: „maluczcy”, „elity gardzą”, „prostactwo”, „ciemnogród”, „lewak”, „oszołom”. Każde takie słowo buduje emocjonalny mur. Powodzenie klubu zależy od umiejętności opisu zjawisk bez eskalacji symbolicznej przemocy.
8. Oparcie na realnym doświadczeniu
Ostatnią przesłanką jest zakotwiczenie dyskusji w doświadczeniu realnych ludzi. Sekularyzacja, kryzys autorytetu Kościoła, spadek praktyk religijnych, ale też poczucie wykluczenia części wierzących z debaty publicznej nie są abstrakcjami. Jeśli kluby mają mieć znaczenie, muszą rozmawiać o realnym życiu, a nie o medialnych figurach konfliktu.
⁂
- https://www.youtube.com/watch?v=ZOdEdraW8F0
- https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,130517,19542360,slowa-ks-tischnera-sprzed-20-lat-w-tygodniku-powszechnym.html
- https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/2107667,1,kosciol-zagubiony-w-wolnosci-rozmowa-z-biografem-ks-tischnera.read
- https://wiez.pl/2021/10/19/jozef-tischner-mysliciel-zapowiadajacy-koscielna-katastrofe/
- https://deon.pl/kosciol/prof-grabowska-sekularyzacja-w-polsce-juz-nie-pelznie-ale-przechodzi-w-klus,1182230
- https://newsmaxpolska.pl/kraj/aktualnosci/52266/mlodziez-2025-co-naprawde-mysla-mlodzi-polacy-o-LGBT/news
- https://journals.ur.edu.pl/polispol/article/view/10611
- https://www.gosc.pl/doc_pr/6378667.10-waznych-mysli-ks-Tischnera-o-wierze-Kosciele-i-spotkaniu-z
- https://wiadomosci.wp.pl/postepujaca-laicyzacja-polskiej-mlodziezy-pokolenie-jp2-nie-zdaje-egzaminu-6027742187160705a
- https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/10508619.2026.2694938
- https://www.tygodnikprzeglad.pl/tischner-wygral-przegral-kosciol/
- https://apcz.umk.pl/SPLP/article/download/37082/31400/88169
- https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THW/tischner_0
- https://deon.pl/kosciol/dlaczego-ks-tischner-wciaz-drazni-polski-kosciol-siewca-niepokoju-ktory-nie-bal-sie-trudnych-pytan,3359678
- https://tischner.pl/ks-tischner-kosciol-nie-jest-celem-sam-dla-siebie/
- https://wiadomosci.onet.pl/religia/aktualnosci/kosciol-w-polsce-duzy-spadek-wierzacych-i-praktykujacych-wsrod-mlodziezy/ycwqwpe
Sławek

Kiedy i gdzie powstanie Pański Klub?
Pozdrawiam.