Marian Mahor: Jak Wam się podoba11 min czytania

()


05.11.2026

Słynne słowa Wiliama Szekspira: „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”, do tego filmu „pasują jak ulał”.

Powiem wprost: to film wybitny! Obraz Nathana Fieldera i Lanca Oppenheima “ZOBACZYSZ WSZYSTKO” wstrząsnął filmowym światem.

Już dziś ruszyła giełda co do ilości nominacji do Oskara, jakie film otrzyma oraz liczby trofeów, jakie film zgarnie.

Film jest tak niekonwencjonalny sam w sobie i tak wymyka się wszelkiej klasyfikacji, że zastanawiam się jak sobie poradzą z tym eksperci i krytycy zasiadający w kapitule nie tylko hollywoodzkich nagród, ale i w innych konkursach i festiwalach, w jakich ten film a z pewnością jeszcze stanie w szranki o międzynarodowe uznanie i nagrody. Pierwsze wyróżnienia już odnotował, bo do takich należy już sama nominacja do nagrody Gotham, przyznawanej produkcjom kina niezależnego, oraz aż 5 nominacji do dorocznej Nagrody Amerykańskich Dziennikarzy w kategorii filmu dokumentalnego. Nie jestem filmoznawcą, ale wątpliwość moją budzi już samo wpasowanie dzieła w gatunek filmu dokumentalnego czy filmowego dokumentu. Stopień swobody twórców oraz ich ingerencji w przebieg rejestrowanych zdarzeń, a także poziom autokreacji występujących postaci – zarówno autentycznych postaci, jak i odtwarzających je aktorów – są tak ogromne, że trudno mówić o chłodnym oku kamery i zdyscyplinowanej rejestracji zdarzeń. Choć z pewnością taki był pierwotny zamysł. Nawet przewijająca się w retrospektywnych sekwencjach oraz tych nakręconych niejako post factum odtwórczyni postaci Elizabeth (Amanada Seyfried – znana z filmu „Mamma mia”), w wielu momentach ma wątpliwości co do natury swojej identyfikacji z pierwowzorem i co do samej autentyczności pierwowzoru. Znów pojawia się pytanie kto tak naprawdę ma trafić ”za kartki”, kreatywna pełna pasji i determinacji wizjonerka nauki, czy przedsiębiorcza, zaradna i wyrachowana „osoba” stworzona na użytek przedsięwzięcia?

Także niepodobna sklasyfikować film jako paradokument, który bardziej opiera się na swego rodzaju imitowaniu dokumentalnej rejestracji rzeczywistości niż na rzeczywistej jej rejestracji. Masło maślane – chciałoby się rzec! Niezupełnie!

Na myśl przychodzi mi porównanie do innego gatunku, z innego też – choć pokrewnego – obszaru jakim jest teatr. Psychodrama! Mamy tu wszak do czynienia z modelową sytuacją „ogrywania” pewnego tematu scenicznego na żywo na oczach odbiorców z zadaniem „trzymania się” określonej prawdy psychologicznej postaci. Dla tych którzy nic o filmie nie słyszeli warto nakreślić w paru słowach o czym film opowiada, jak powstał i w jaki sposób wymknął się swoim pierwotnym założeniom. To z pewnością jest o film o dochodzeniu do prawdy – co do tego nie mam żadnych wątpliwości! Gorzej już, i trochę „pod górkę” mam z doprecyzowaniem o jaką prawdę chodzi (jakżeżby inaczej!) i w ogóle, co to jest prawda jako taka, sama w sobie, zarówno w rzeczywistości, czyli w tzw. życiu jak i w jego odbiciu – dziele sztuki. I tak naprawdę właśnie to w tym projekcie filmowym pokazane nam jest w sposób jawnie drwiący z uznanych osiągnięć psychologii jako nauki o człowieku. Ale drwiąc także i z tej rzeczywistości fikcyjnej, wykreowanej w dziele sztuki.

Na podobnej opozycji ontologicznej i fenomenologicznej zbudowano już wcześniej wiele dzieł od literatury począwszy, poprzez teatr, na obrazach filmowych kończąc, zarówno tych przedstawionych w konwencji stricte dokumentalnej, jak i innych, z gatunku wspomnianej już fikcji. Koncepcja prawdy w ujęciu Martina Heideggera czy choćby naszego Romana Ingardena jest mi – od zawsze zresztą -najbardziej bliska i w moim przekonaniu najlepiej oddaje wielokrotną złożoność samego zagadnienia. Że zacytuję choćby jedno z rewolucjonizujących wypowiedzi niemieckiego filozofa w dyskusji o istocie prawdy: „Prawda jako nieskrytość nie jest nigdy po prostu danym faktem, lecz dzieje się jako gra skrytości i nieskrytości.” Gra. To jedno zdanie „ogarnia” najlepiej – tak sądzę – istotę tego filmu. I drugi cytat, tym razem z polskiego wybitnego filozofa i teoretyka sztuki: „W dyskusji rzetelnej, mającej na celu wyświetlenie prawdy, człowiek staje się sługą sprawy, a nie obrońcą własnego stanowiska” Ale to tylko wtrącenie na marginesie… Prawda czasu, prawda ekranu? Niezupełnie. Na myśl przychodzą mi z podwórka naszej rodzimej kinematografii choćby poszukiwania retrospektywnej prawdy o Mateuszu Birkucie w ”Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, czy bolesnej prawdy o Lizie i Marcie (kat i ofiara) z zanurzonego w realiach obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, nieukończonego filmu Andrzeja Munka „Pasażerka”. Pewnie podobnych przykładów można by znaleźć na pęczki także w kinematografii światowej.

Wróćmy jednak „do naszych baranów” zatem. Film rejestruje ostatnie 34 dni z życia Elizabeth Holmes oraz jej partnera Billy Evansa i wspólnych ich dzieci: syna Williama i córki Invicty, zanim bohaterka zostanie zamknięta na 11 lat w więzieniu gdzie ma zasądzoną „odsiadkę” za popełnione przestępstwo finansowe. Takie jest założenie. Jeśli chodzi o sam delikt, polega on na świadomym wyłudzeniu ogromnych, bo miliardowych kwot od inwestorów i spowodowaniu straty tychże na te właśnie ogromne kwoty. Obiecując możliwość zysków oczywiście! Młoda, zaledwie 19- letnia wówczas kobieta zakłada własną firmę biotechnologiczną Theranos i wprowadza ją w świat wielkiej finansjery, namawiając i skutecznie przekonując „grube ryby” amerykańskiego, i nie tylko, biznesu do ogromnych wpłat na prowadzone przez firmę niezbędne doświadczenia przed wprowadzeniem cudownej technologii na rynek medyczny. Wśród osób, które zawierzyły jej i wspierały w tych działaniach był podobno także legendarny polityk amerykański Henry Kissinger – to aby zobrazować moc i dar przekonywania młodziutkiej szefowej młodziutkiej firmy. Urok osobisty? Prawdopodobnie, ale nie tylko.

Zyski miałyby polegać na oszczędnościach wygenerowanych poprzez opracowanie i wdrożenie dużo tańszych badań laboratoryjnych krwi pacjentów polegających na uzyskiwaniu kompleksowych wyników z jednej kropli krwi. Ogromne oszczędności. Eksperyment kończy się fiaskiem, a bajońskie środki zainwestowane w opracowanie nowej metody utracone bezpowrotnie. Takie są fakty. Wątpliwość budzi wiarygodność, bądź jej brak, samej niespełnionej chemiczki i biolożki (nie ukończyła żadnej uczelni porzucając właśnie w wieku 19 lat studia uniwersyteckie). Czy popełniła przestępstwo, czy tylko błąd naukowy. Sama twierdzi, że była to pomyłka, owszem kosztowna, niemniej jedynie pomyłka w prowadzonych doświadczeniach i gotowa jest kontynuować poszukiwania, aby osiągnąć zakładany i spodziewany rezultat. Pokazanie się i ukazanie szerszej publice siebie wraz z rodziną w ciągu ostatnich „prywatnych” i często intymnych chwil przed wieloletnią „odsiadką”, ma na celu przedstawienie ludzkiej twarzy bohaterki, kobiety ciepłej, uczuciowej, wrażliwej i przede wszystkim uczciwej w swych poglądach i w ogóle w tym co robi. Także bezkompromisowej, wszak zapowiada, że jej planem na życie po powrocie z więzienia jest podjęcie na nowo zawieszonego przedsięwzięcia – twierdzi, że wciąż wierzy w powodzenie tego projektu, ba, jest o jego sukcesie przekonana! Twierdzi, że stała się w pewnym sensie ofiarą sytuacji, w którą sama się zapędziła – przyznaje to – gdy z braku wystarczających środków finansowych nie może podążać dalej w doświadczeniach, modyfikując jedynie kilka kluczowych założeń. Słowem – przeliczyła się! To na tyle na ile umiałem zrozumieć z filmu jako kompletny laik w materii biologii, chemii, farmaceutyki i medycyny. A więc usiłuje Elizabeth ocieplić swój fatalny wizerunek „naciągaczki”. I być może w ten sposób zmienić wrogie do niej nastawianie opinii publicznej, złagodzić, w przyszłości wpłynąć na stanowisko wymiaru sprawiedliwości czy systemu więziennictwa i złagodzić wymiar kary? Wchodzi ekipa filmowców i… zaczyna się! Nieprzeniknione oko kamery i Nathana Fieldera w asyście współtwórcy obrazu Lanca Oppenhaimera i operatora Dawida Bolena podąża za Elizabeth po całym domu. Na obrzeżach kręcą się pozostali domownicy i rzeczywiście nabieramy stopniowo sympatii do tej kochającej się rodzinki. Do czasu! Do czasu kiedy zdolności manipulatorskie głównej postaci nie dochodzą do głosu sprawiając, że w pewnym momencie prowadzący z nią wielogodzinne rozmowy Nathan sam nie zaczyna wątpić w to co słyszał. A może nie słyszał?

Nathan: Próbujesz mnie zwieść?

Elizabeth: Dlaczego miałabym cię oszukiwać? Nie mam ku temu żadnego powodu.

Bo część rozmów dzieje się trochę w kulisach, przy wyłączonej kamerze. Czasem dzieje się tak na wyraźne polecenie ”wyłącz”! Czasem po prostu w danej chwili sprzęt nie jest uruchomiony. A zdarza się, ze padają wówczas bardzo istotne kwestie. Którym następnie Elizabeth stanowczo zaprzecza.

Elizabeth: Nigdy nie powiedziałam że ona (Amanda Seyfried) nie gra mnie lecz być może postać, którą stworzyłam.

Nathan: Przecież to słyszałem.

Elizabeth: Nie powiedziałam tego. Może chciałeś to usłyszeć.

Odtwarzam tę rozmowę z pamięci, proszę mi wybaczyć, bo z pewnością nie jest wiernym cytatem.

Oko kamery milczy.

Równie imponującymi zdolnościami mistyfikacyjnymi wykazuje się jej partner Billy Ewans, który w końcowych sekwencjach wyrasta, z przyczyn oczywistych – główna postać dramy przebywa „za kratkami” – na prawdziwego protagonistę filmu. Powołując się na wolę i zgodę odsiadującej wyrok partnerki podejmuje szereg działań twierdząc, że ma tytuł do by robić właśnie w jej imieniu i że jest to z nią konsultowane. Kłamie, nadużywa, przekłamuje… Dopiero przyciśnięty do ściany przyznaje, że nie jest to tak do końca, że nie ze wszystkimi jego poczynaniami Elizabeth jest „na bieżąco”, ale i tak niczego to nie zmienia, gdyż on doskonale wie jakie byłoby jej w danej kwestii stanowisko. Co zresztą sama kobieta później potwierdza. Zgadza się z tym, że jeżeli Billy coś postanowił i cokolwiek zrobił, jest to zgodne z jej wolą i interesem, gdyż tak naprawdę, to on wie najlepiej, co jest dla niej w danej chwili obiektywnie dobre. Potulna myszka! Swoiste ubezwłasnowolnienie na własne życzenie. Z drapieżnej business women, przekształca się w bezbronną , słabą i zagubioną ofiarę.

To kanwa. Chyba najmniej istotna w tym wszystkim. Bo bardziej niż w rozwikłanie prawnej kwestii rzeczywistej winy bądź niewinności bohaterki, widz wciągany jest w odkrywanie jej samej, z tym kluczowym znakiem zapytania: czy mówimy o Elizabeth, czy raczej o stworzonej przez nią postaci? Zresztą ona sama taką wątpliwość zgłasza w stosunku do odgrywającej ją w innym filmie aktorki (w serialu „Zepsuta krew” wciąż ta sama Amanada Seyfried). Ta właśnie kwestia przewija się przez cały film i stawiana jest wielokrotnie i rytmicznie przenosząc punkt ciężkości na ten właśnie aspekt. Aspekt i kwestia kluczowe. Z ich rozwikłaniem wiąże się domniemana bądź potwierdzona premedytacja i zdolności manipulatorskie skazanej.

Dopiero teraz sięgnąłem do kilku recenzji, jakie pojawiły się w związku z wchodzącym na ekrany polskich kin filmem i stwierdzam, że właściwie wszystko na temat filmu w głębszym czy płytszym znaczeniu zostało już napisane i mój niniejszy szkic byłby w znacznej mierze ich powielaniem… W większości wyraża się zachwyt, uznanie i rozstrzyga niuanse przeróżnych aspektów i wątków. Przeczytałem gdzieś nawet, że odtąd świat filmu – nie tylko dokumentalnego – będzie się dzielił na czas przed „Zobaczysz wszystko” i czas po nim, że na nic już nie będziemy patrzeć w ten sam sposób. Czy aż tak? Nie wiem. Wiem natomiast, że z pewnością o filmie będzie się jeszcze mówić przez długi, długi czas. A już na pewno do marcowej gali wręczania Oskarów za 2026 rok. Przytoczę w tym momencie samo zakończenie z jakim pozostawiają nas twórcy: to wspólna kąpiel Elizabeth i Nathana w lodowatej wodzie oceanu – właśnie lodowatej, czyli dokładnie takiej, jakiej Nathan nie lubi, jak sam to nieco wcześniej stwierdził. Imaginacja? Potem następują plansze z informacjami o tym, że Billy Ewans zrzekł się zysków, jakie film wygeneruje i że zeznająca w śledztwie dziennikarka Amy Chozick (The New York Times) potwierdza, że rzeczywiście słyszała ust Elizabeth słowa, w których ta przyznaje, że stworzyła siebie jako postać. Przyznaje jednocześnie, że nie ma na to żadnego dowodu. Pozostajemy więc na ostatek z kwestią winy nierozstrzygniętą i pewnie każdy z nas będzie miał na ten temat własne zdanie. Można zaryzykować, stwierdzenie, iż twórcy pozostawili nam wybór mówiąc niejako: zakończenie ułóżcie sobie sami tak, jak wam się podoba.

Marian Mahor

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Stanislaw Obirek 05.11.2026 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo