Andrzej Lubowski: O większego trudno zucha…9 min czytania

()


24.10.2026

Donald Trump nie kazał nam długo obgryzać paznokcie. Właśnie oznajmił, że jeśli batalii o miejsce w Senacie z ramienia Alaski nie wygra Republikanin, wybory będą dla niego nieważne. W sprawie pozostałych pojedynków jeszcze się nie wypowiedział. To przypomnienie, że dobre sondaże to nie powód do triumfalizmu – przewagę trzeba dowieźć do mety, a po tym upewnić się, czy sędziowie ją uznali.

Dwa lata temu, Des Moines Register, solidna gazeta nr. 1 stanu Iowa, tuż przed wyborami zapowiadała wygraną Kamali Harris w Iowa. Ostatecznie Trump wygrał 55 do 42. To jeszcze nie nokaut, ale ostre bicie tak. We wszystkich swings states, czyli stanach wahających się, osiągnął wyniki lepsze niż przedwyborcze sondaże. Nie widzę żadnego powodu, by sądzić, że sondaże dzisiaj są bardziej precyzyjne. Czyli nie dzielmy skóry na niedźwiedziu.

A skoro mowa o niedźwiedziu, to aż się ciśnie na usta architektoniczna obserwacja, że nawet dno ma swoje piętra. Na najniższe zjechał ambasador ekstraordynaryjny Białego Domu, Steve Witkoff, aby pogratulować Władimirowi Putinowi jego humanitaryzmu. Putin się nie zakrztusił ze śmiechu – to dobra stara szkoła KGB, aby się nie krztusić w nieodpowiednich momentach. Wcześniej Trump dał przykład, że też się zna żartach, gdy z pełną powagą ogłosił światu, że „Rosja, szczerze mówiąc, zachowywała się w porządku wobec Ukrainy.”

W sprawie diesla: sytuacje, w których prezydent USA omijał, ignorował lub łamał prawo federalne bądź konstytucyjne, zdarzały się już w historii Stanów Zjednoczonych. Ale bezpośrednie pogwałcenie ustawy, którą prezydent sam dopiero co podpisał, jest politycznym ewenementem.

Przymiarkom do przedwczesnej celebracji łomotu jaki Demokraci mieliby zgotować Republikanom towarzyszyć powinna świadomość, że w amerykańskim systemie politycznym tzw. incumbents (osoby aktualnie sprawujące urząd i ubiegające się o reelekcję) mają potężną przewagę. Zjawisko to jest znacznie silniejsze w wyborach do Kongresu niż w przypadku urzędu Prezydenta USA.

Mimo że Amerykanie w sondażach bardzo krytycznie oceniają Kongres jako instytucję, to w lokalnych głosowaniach regularnie wybierają „swoich” stałych reprezentantów. W wyborach w 2024 roku reelekcję uzyskało aż 97% urzędujących członków Kongresu.

Dlaczego? Urzędujący politycy mają gotowe bazy darczyńców, relacje z komitetami politycznymi (PAC) i łatwiej zbierają fundusze. Często dysponują budżetami kampanijnymi kilkukrotnie większymi niż fundusze pretendentów. Wyborcy odruchowo głosują na nazwisko, które znają z mediów i lokalnych wiadomości. Kongresmeni wykorzystują swoje biura i opłacany z budżetu państwa personel do pomagania wyborcom w załatwianiu spraw urzędowych. Mogą też chwalić się sprowadzeniem funduszy federalnych na lokalne drogi czy szpitale. Mogą legalnie i bezpłatnie wysyłać listy oraz biuletyny informacyjne do swoich wyborców na koszt podatnika – darmowa reklama, niedostępna dla rywali. Z tych powodów pretendent (challenger) stoi zazwyczaj na straconej pozycji, chyba że urzędujący polityk uwikła się w poważny skandal obyczajowy lub korupcyjny. Ale nawet wówczas niełatwo z nim wygrać, zwłaszcza gdy wspiera go duo Trump-Musk, jak w przypadku senatora z Teksasu.

Dodajmy do tego urzędowe zastraszanie i zniechęcanie wyborców opozycji, masowe operacje śledcze i naloty służb imigracyjnych, presję na stanowych urzędników, próby wymuszenia czystki rejestrów wyborczych tuż przed wyborami, gigantyczną przewagę finansową (Musk wpompował w te wybory więcej niż w wybory prezydenckie 2024), zalew telewizji negatywnymi spotami, utrudnienia w głosowaniu korespondencyjnym, platformę X jako miejsce nieustannego przypominania, że głos na Demokratów to głos na socjalizm, a droga do obiecywanego lania robi się odrobinę wyboista.

A wszystko to zanim na arenę wkroczy Rosja, która kilkakrotnie przećwiczyła w Ameryce jak się gra w te klocki i wciąż swe metody doskonali. Cele nadrzędne to dezinformacja, propaganda, polaryzacja i destabilizacja. Dla Kremla treść sporu politycznego jest drugorzędna – farmy trolli angażują się w najbardziej drażliwe tematy dla Amerykanów. Sianie niepewności co do samego procesu liczenia głosów, promocja teorii spiskowych, przygotowanie gruntu pod potencjalne konflikty i protesty po ogłoszeniu wyników. Tworzenie fałszywych stron internetowych, które imitują znane i szanowane portale informacyjne: podrabiano witryny m.in. niemieckiego Der Spiegel, francuskiego Le Monde. Na tych „sklonowanych” stronach publikowano zmanipulowane, prorosyjskie i antyukraińskie artykuły. Sceptycyzm wobec sojuszy: Podważanie zaufania do struktur NATO oraz Unii Europejskiej.

Będziemy wygrywać tak często, że nam się to znudzi

„Będziemy wygrywać tak bardzo, że możecie się nawet zmęczyć tym wygrywaniem. I powiecie: To za dużo wygrywania. Już dłużej tego nie zniesiemy. Panie Prezydencie, to za dużo«. A ja odpowiem: »Wcale nie! Musimy dalej wygrywać. Musimy wygrywać więcej! Będziemy wygrywać jeszcze więcej!«”

„Będziemy rozwijać się tak, jak nikt nigdy wcześniej się nie rozwijał”.
„W najbliższej przyszłości chcę dokonać czegoś, czego nie zrobiono od 24 lat: zrównoważyć budżet federalny”.

„Teraz kolej na nasz dobrobyt, a czyniąc to, użyjemy bilionów i bilionów dolarów, aby obniżyć nasze podatki i spłacić nasz dług narodowy, a wszystko to wydarzy się bardzo szybko”.

„Ameryka znów stanie się narodem przemysłowym i mamy coś, czego żaden inny naród produkcyjny nigdy nie będzie miał”.
„Bez ceł i tych wszystkich BILIONÓW DOLARÓW, które już przyjęliśmy, nasz kraj zostałby całkowicie zniszczony”.

„Począwszy od dnia 1., zakończymy inflację i sprawimy, że Ameryka znów będzie przystępna cenowo, aby obniżyć ceny wszystkich towarów”.

„Będziemy mieć benzynę poniżej 2 dolarów za galon”.

„Młodzi ludzie znów będą mogli kupić dom i stać się częścią amerykańskiego snu”.

Tempo wzrostu spadło. Deficyt budżetowy i dług rosną jak na drożdżach. Zatrudnienie w przemyśle spadło. Inflacja w górę, podobnie jak ceny paliw i stopy pożyczek hipotecznych. Pobrane cła trzeba zwracać.

Tych koszałków opałków D. Trump już nie opowiada. Ulubione słowo -”tariff” -cło – zastąpił nowy ulubieniec „obliteration” – czyli doszczętne zniszczenie. Zagwozdka polega na tym, że niszczy doszczętnie to, co już ponoć doszczętnie zniszczył, więc pytanie, czy to czasem nie robota po próżnicy. Ale komu starczy odwagi, aby to Panu Prezydentowi przypomnieć. Na Sekretarza Wojny nie liczę.

Tajemnicą dla autora tych słów pozostaje, czy Donald Trump wie, że cła płacą Amerykanie i tylko udaje, że jest inaczej, czy też nikt nie ośmielił się powiedzieć mu jak działają cła.

Gdy już wyłożyłem w skrócie, dlaczego tak trudno będzie Demokratom wygrać batalię o obie izby Kongresu, pomyślmy co się stanie, gdyby osiągnęli ten cel.

Co mi zrobisz, gdy mnie złapiesz?

Demokraci przejęliby przewodnictwo we wszystkich komisjach kongresowych, co dałoby im prawo decydowania, jakie projekty ustaw trafią pod głosowanie. Mogliby przegłosowywać własne ustawy. Ale Trump posiada prawo weta. Do jego odrzucenia wymagana jest większość 2/3 głosów w obu izbach. Dopóki Republikanie w Kongresie pozostają lojalni wobec prezydenta, Demokraci nie są w stanie obalić prezydenckiego weta.

Kongres zyskałby prawo do prowadzenia dochodzeń parlamentarnych, żądania dokumentów oraz wzywania świadków pod rygorem odpowiedzialności karnej. Zapowiadane są m.in. śledztwa dotyczące interesów rodziny Trumpa, działań agencji rządowych, polityki imigracyjnej czy przebiegu prowadzonych konfliktów. Demokraci mogą wszcząć procedurę impeachmentu wobec prezydenta lub członków jego gabinetu zwykłą większością głosów. Choć do odwołania prezydenta wymagane jest 2/3 głosów w Senacie (co przy minimalnej większości byłoby mało prawdopodobne), sam proces stanowiłby potężne narzędzie polityczne.

Większość w Senacie uprawnia do odrzucania lub bezterminowego zamrażania nominacji prezydenckich na kluczowe stanowiska w administracji, do gabinetu oraz – co najważniejsze – do sądów federalnych i Sądu Najwyższego w wypadku pojawienia się wakatu.

Demokratyczny Kongres mógłby wywierać znacznie większą presję na zwiększenie i zabezpieczenie pomocy finansowej oraz wojskowej dla sojuszników, jednocześnie ograniczając swobodę prezydenta w nakładaniu ceł handlowych.

ALE Prezydent zachowuje ogromną władzę: władza wykonawcza w USA stała się na tyle silna, że może rządzić niemal samodzielnie.

W kwestiach takich jak polityka graniczna, cła czy funkcjonowanie agencji federalnych, Trump udowodnił już, że potrafi maksymalnie rozciągać granice dekretów wykonawczych i stanów wyjątkowych, by osiągać cele bez zgody parlamentu.

A dlaczego utrata obu izb zmieniłaby jednak sporo?

Choć prezydent może blokować inicjatywy Kongresu, nie jest w stanie całkowicie odciąć się od jego wpływu z kilku kluczowych powodów:

Władza nad budżetem (Power of the Purse): dekrety i stany wyjątkowe pozwalają na przesuwanie istniejących funduszy, ale nie pozwalają na drukowanie nowych pieniędzy ani długofalowe finansowanie państwa. Aby utrzymać ciągłość pracy rządu, prezydent musiałby co roku podpisać ustawę budżetową przygotowaną przez opozycyjny Kongres.

Rządzenie za pomocą dekretów wykonawczych ma jedną wielką wadę – dekrety są natychmiast zaskarżane do sądów federalnych przez opozycję lub organizacje społeczne. Sądy mogą wstrzymać wykonanie dekretu jednym wyrokiem, podczas gdy ustawy przyjętej przez Kongres sędziowie nie mogą tak łatwo podważyć.

Bez republikańskiej kontroli Senatu, prezydent nie byłby w stanie powołać żadnego nowego sędziego federalnego, sędziego Sądu Najwyższego ani konstytucyjnego ministra, jeśli dotychczasowi odeszliby ze stanowisk. Rządzenie za pomocą „pełniących obowiązki” ma swoje prawne i czasowe ograniczenia.

Demokratyczne komisje w Izbie i Senacie miałyby prawo do nieustannego wzywania urzędników Trumpa na przesłuchania, żądania dokumentów finansowych i podatkowych oraz upubliczniania wewnętrznych procedur Białego Domu. To potężna machina PR-owa, która mogłaby codziennie dostarczać negatywnych nagłówków w mediach, paraliżując pracę administracji i niszcząc wizerunek partii przed 2028 rokiem.

Utrata Kongresu nie odebrałaby prezydentowi możliwości rządzenia, ale zmieniłaby charakter tej prezydentury z ofensywnej na głęboko defensywną. Zamiast realizowania własnego programu, Biały Dom musiałby skupić się na nieustannej walce prawnej w sądach, odpieraniu śledztw Kongresu i trudnych negocjacjach budżetowych, co znacznie ograniczyłoby skuteczność władzy wykonawczej.

Jeśli próbowałby za pomocą stanu wyjątkowego lub stanu wojennego całkowicie ominąć Demokratyczny Kongres w sprawach kluczowych dla kraju (np. zamknąć granice na stałe lub zreformować podatki), Sąd Najwyższy najpewniej uznałby to za rażące przekroczenie uprawnień, chroniąc konstytucyjną rolę parlamentu.

A więc jest się o co bić, nawet gdy aktualny lokator Białego Domu wierzy, że jest co najmniej Ludwikiem XIV.

Andrzej Lubowski

Polski i amerykański dziennikarz i publicysta polityczno-ekonomiczny.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo