Informacja, że grupa „niepokornych” dziennikarzy (Ziemkiewicz, Semka, Warzecha, Mazurek), którzy – po „aferze trotylowej” – dwa miesiące wcześniej wieszali psy na swoim chlebodawcy, Grzegorzu Hajdarowiczu, postanowiła wrócić do wydawanej przez niego „Rzeczpospolitej” – wywołała lawinę śmiechów na Facebooku. I irytację u sporej części wiernych, zainfekowanych IV RP wielbicieli prawicowych szczujni. Słusznie. Ktoś, kto wcześniej odgrażał się, że już nigdy z Hajdarowiczem „nie będzie wchodził w żadne alianse”, a teraz skulił uszy po sobie, ogon wziął pod siebie i potulnie zastukał do kasy (bo taki był ton większości komentarzy) – musiał budzić zastrzeżenia, co do swojej wiarygodności. Co najmniej – wiarygodności…
Sprawa jest jednak poważniejsza, niż potocznie się wydaje. Dominika Wielowieyska kilka tygodni temu, przy okazji wyroku w sprawie dr. Mirosława G i jego uzasadnienia przez sędziego Igora Tuleyę – słusznie (choć nad wyraz łagodnie) przypomniała, że IV RP ze wszystkimi jej szaleństwami, to były nie tylko służby, ale też usłużne media. I wymienia: kierowaną przez Wildsteina TVP; co i jak pisały o doktorze G. „Rzeczpospolita” Pawła Lisickiego oraz nieistniejący już „Dziennik”, redagowany w 2007 przez ekipę Roberta Krasowskiego i Michała Karnowskiego. A także Dorota Kania z tygodnika „Wprost”, na czele którego stał wówczas Stanisław Janecki.
„Władza – pisze Dominika Wielowieyska – podrzucała kandydatów na przestępców, a media obrabiały tych osobników zgodnie z jej oczekiwaniami. Dzięki temu mogły liczyć na coraz tłustsze kąski i interes się kręcił. Czy ktoś pamiętał o prostej zasadzie: człowiek podejrzany, póki sąd go nie skaże, jest wciąż niewinny? A gdzie tam. Niech więc nikt się nie dziwi, że tabloidy i niektóre media dziś przypuściły frontalny atak na sędziego Igora Tuleyę. Trzeba jakoś bronić tej propagandy, którą uprawiało się sześć lat temu”.
Myślę, że chodzi jednak o coś więcej. Kiedy w TOK FM, czy w Loży Prasowej TVN słuchałem poświęconych tej sprawie komentarzy głównych przedstawicieli środowiska tzw. dziennikarzy „niepokornych” (lubią też siebie nazywać „niezależnymi” – równie bezzasadnie) – miałem wrażenie, że nie chodzi, ani o Tuleyę, ani tym bardziej o Mirosława G, lecz że jest to dalszy ciąg tej samej wojny ze znienawidzoną przez nich III RP; wojny o „rząd dusz”, w imię którego nie liczą się żadne racje i argumenty, za to dopuszczalne są wszystkie możliwe chwyty erystyczne, choćby najpodlejsze i poniżej pasa, wszelka demagogia, oczywista hipokryzja i cynizm.
Jestem daleki od demonizowania tzw. „niepokornych”, ale też przestrzegam przed bagatelizowaniem ich politycznej i ideologicznej aktywności. Co więcej, uważam ich jeśli nie głównymi winnymi, to co najmniej współodpowiedzialnymi za katastrofalny poziom debaty publicznej, której ton i „język narracji”, (kiedyś ich ulubione określenie), narzucają. I to coraz skuteczniej. Przecież od kilku lat niczym innym się nie zajmujemy, niż prostowaniem i zwalczaniem demagogicznych bzdur, wypowiadanych z najwyższą powagą przez Kaczyńskiego, PiS oraz jego prawicowych kondotierów w mediach. A wszystko w warunkach „demokratycznego szantażu”, na zasadzie (i dla przykładu, bo podobnych można przytoczyć więcej): skoro są ludzie o „wrażliwości judeosceptycznej” (bo przecież nikt dziś – jeszcze dziś – nie przyzna się do antysemityzmu), albo o „wrażliwości homofobicznej”, to mają prawo do publicznego wyrażania swoich opinii. W rzeczywistości to nic innego, jak tylko pełne hipokryzji żerowanie na fobiach oraz kompleksach polskiego „ciemnogrodu” i „oszołomstwa”, dla którego domagają się równych praw, nie tylko w polityce, ale i w sporze intelektualnym. Inaczej mówiąc: równouprawnienia dla głupoty.
Wyjaśnijmy więc jeszcze kilka spraw. Środowisko tzw. „niepokornych”, wywodzące się z kręgów młodych prawicowców, skupionych we „Frondzie”; zasilone „pampersami” Wiesława Walendziaka i – dodatkowo – odrzutami z „Gazety Wyborczej” oraz osobnikami cierpiącymi na patologiczny „kompleks Michnika” – co najmniej od 2005 r jest w ofensywie. Oni bardzo nie lubią i gorąco protestują, jeśli ktoś nazwie ich „pisowcami”, czy też „politycznymi i ideologicznymi komisarzami” Jarosława Kaczyńskiego. Na dowód przytaczają, że to przecież Kaczyński wyrzucił Wildsteina z prezesowskiego stołka w TVP. Ale w większości, przynajmniej ci z czołówki, to właśnie Kaczyńskiemu zawdzięczają stołki w mediach IV RP i późniejsze kariery, ciągnąc za sobą cały ogon pomniejszych gwiazd i gwiazdeczek „niepokornej” publicystyki.
Zgoda, można dyskutować kto, kogo potraktował instrumentalnie: filozofujący publicyści prawicy – Kaczyńskiego, czy odwrotnie. Ważne, że obie strony tego być może nieformalnego kontraktu, jednakowo pojmowały politykę.
„Postpolityczność”, „postmodernizm” były w swoim czasie, w środowisku propisowskich, prawicowych mediów na topie najpopularniejszych terminów, odmienianych przez wszystkie przypadki i wykorzystywanych w walce ze znienawidzonym przez nich liberalizmem. I – przed czym słusznie przestrzegał na tych łamach Stefan Bratkowski – to nie przypadek też, że właśnie Carl Schmitt – niemiecki filozof polityczny, teoretyk państwa autorytarnego; współtwórca tzw. teologii politycznej i działacz NSDAP – stał się ich najważniejszym i w swoim czasie najczęściej cytowanym myślicielem. Po pierwsze – był gorącym katolikiem, po drugie – nienawidził liberałów, (nie mówiąc już o lewicy), a po trzecie – i najważniejsze – miał odwagę powiedzieć, że w polityce nie liczą się żadne wartości, tylko cel i skuteczność; że konflikt jest istotą polityki, a reszta to lewackie, albo liberalne zawracanie głowy. Wreszcie, że – wychodząc z takiego założenia – w imię najwyższego dobra, (a dobry Bóg jest przecież jego wyrazem) można czynić nawet zło. W domyśle: pod warunkiem, że o tym, co jest dobrem, a co złem decydować będą właściwi ludzie… Zresztą, co to znaczy decydować, skoro z góry wiadomo: „nieważne, Polska taka, czy siaka, byle była katolicka”, „nieważne jaka, ale czyja”… Ma być nasza…
Do dziś w środowisku prawicowych publicystów dominuje takie właśnie pojmowanie polityki. Ziemkiewicz, po marnotrawnym powrocie do „Rzeczpospolitej”, zamieścił tekst, w którym zadeklarował się jako neo-endek i wielbiciel Romana Dmowskiego, którego uważa za najwybitniejszego polskiego polityka wszechczasów. Bo to właśnie on – pisze Ziemkiewicz – sprowadził politykę do tego, co jest jej istotą: do walki i gry interesów, że liczy się wyłącznie skuteczność i – czego przezornie nie dopowiedział – że w imię tej skuteczności można pozwolić sobie na wszystko. A reszta jest już tylko grą pozorów dla ciemnego ludu.
Tym też można wytłumaczyć zachwyty mniej lub bardziej cywilizowanych i kulturalnych „niepokornych” dla Viktora Orbana. Znakomicie o tym piszą na łamach „Polityki” Mariusz Janicki i Wiesław Władyka:
„To, jak polska prawica pisze o Orbanie, dobrze ilustruje jej prawdziwe priorytety, czasami nie dość wyraźnie artykułowane na polskim gruncie. To, że węgierski szef rządu i jego partia przejęli media, ingerują w sądownictwo, bezpardonowo niszczą politycznych przeciwników, nie budzi żadnych zastrzeżeń… Bo chodzi o bardziej generalną tendencję. Orban uczy polską prawicę, że toczy się zasadnicza walka dobra ze złem, gdzie w obronie dobra (konserwatywnej, religijnej tradycji) można stosować dowolne metody. One są dobre z definicji, bo służą dobrym celom…” – krótko mówiąc, że walka z rzeczywistymi i wyimaginowanymi wrogami konserwatywnego, prawicowego raju polskiego nie może być prowadzona w białych rękawiczkach, a „od praw człowieka (zwłaszcza niektórych ludzi) ważniejsze są prawa narodu, który domaga się dbania o tożsamość”.
Takie podejście określa również taktykę działania. Cynizm, hipokryzja? – A kto by się przejmował podobnymi zarzutami. „Lekcja z Orbana, suflowana od kilku miesięcy Kaczyńskiemu – piszą autorzy „Polityki” – jest następująca: innymi metodami zdobywa się władzę, a innymi rządzi. Dziś trzeba… udawać normalną systemową opozycję, która – jak w każdej demokracji – chce zluzować zmęczoną i wypaloną władzę. Potem wprowadzić wewnątrz kraju ideologiczny rygor, zemścić się za kilka lat upokorzeń, odebrać, co nasze, zmienić konstytucję, poumieszczać swoich ludzi gdzie się da, i ich tam ustawowo zaryglować na lata”.
„Niepokorni” już raz, w 2005 r, gdy PiS szedł do władzy – postawili na taką kartę, udzielając bezgranicznego poparcia Kaczyńskiemu. Nie wymagało to zresztą wielkich poświęceń, bo jego „projekt IV RP”, był również ich wymarzonym pomysłem na Polskę. A do tego dawał szansę spełnienia największego ich marzenia: wykluczenia z tzw. mainstreamu elit liberalno-demokratycznych, kojarzonych głównie z Gazetą Wyborczą – w mniemaniu niepokornych, rzekomo główną winną ich wieloletniej, upokarzającej marginalizacji. I – co by nie mówić – odnieśli sukces. Wyciągnięci z ideologicznego i medialnego marginesu dostali w nagrodę od Kaczyńskiego kluczowe i lukratywne stanowiska w mediach publicznych i tych związanych ze Skarbem Państwa, a także w różnego rodzaju spółkach Skarbu Państwa i radach nadzorczych. Dzięki temu, z powodzeniem mogli realizować swoją strategię, której sens był prosty, jak konstrukcja cepa: wystarczy, że przez kilka będziemy u władzy, a zbudujemy własne zaplecze, zdobędziemy wrogi dotąd „salon”, wejdziemy do „mainstreamu” i nikt już nas stamtąd nie usunie…
„Niepokorni” przeżyli chwile grozy po 2007 r, gdy Kaczyński został odsunięty od władzy i zawalił się – wydawałoby się już ostatecznie – „projekt IV RP”. Ale przetrwali. W dużej mierze dzięki indolencji samej zwycięskiej PO, która mając w ręku wszystkie atuty wręcz demonstracyjnie podkreślała swój dystans wobec tego, co się dzieje w mediach, (może kiedyś słono za to zapłacić). A także dzięki wsparciu finansowemu związanych z PiS-em firm i korporacji, utrzymujących mnożące się jak grzyby po deszczu „szczujnie”.
Wreszcie, z pomocą przyszli „pożyteczni idioci” w tzw. mediach mainstreamowych, którzy odkryli, że w przestrzeni publicznej więcej można zarobić na emocjach i adrenalinie, aniżeli na zdrowym rozsądku, racjonalnym myśleniu itp; że im większa bzdura, im większe chamstwo prezentowane na ekranie, czy w eterze, tym wyższe słupki oglądalności/słuchalności. I kasa. A to wszystko gwarantują „niepokorni”… więc niemal rozrywani, biegają od stacji, do stacji, przenoszą się z programu do programu, infekując mózgi i krok po kroku budując własne zaplecze. Krzyczą: jesteśmy „niepokorni” i „niezależni”, bo krytykujemy władzę, a takie jest wilcze prawo każdej opozycji… Ale to nie jest zwyczajna opozycja, która w przypadku zwycięstwa będzie przestrzegała obowiązujących dotąd reguł gry. To – jak słusznie podkreśla i z uporem przestrzega Waldemar Kuczyński – opozycja antysystemowa, która walczy o władzę, po to właśnie, żeby te reguły zmienić i aby już nigdy rok 2007 się nie powtórzył…
Pamiętając o tym „niepokorni” kładą się spać i budzą z Carlem Schmittem pod poduszką. A my – w przeciwieństwie do nich, rzekomo „pokorni” – stajemy bezradni wobec manipulacji, cynizmu i hipokryzji lejących się z mediów; mamy wrażenie, że taplamy się w błocie, w jakiejś nierzeczywistej Polsce, coraz bardziej oddalającej się od zdrowego rozsądku.



W mysl powiedzenia: „Za pieniadze ksiadz sie modli,za pieniadze lud sie podli” i tyle,a moze ? AZ TYLE ? na ten temat.
Nie mogę sobie przypomnieć, abym kiedykolwiek w tym kraju nie taplał się w jakimś błocie. Manipulacje, cynizm, a przede wszystkim dwulicowość, była i jest domeną większości Polaków, dlaczego ? Odpowiedź w komentarzu Pani wiedzminskiej.
Podpiszę się pod każdym słowem…
Też jestem za konserwatywną i religijną tradycją i również infekuję mózgi, kiedy tylko i jak tylko się da. Muszę jednak szczerze wyznać, że artykuł mi się bardzo spodobał. Lubię taką wewnętrznie zintegrowaną krytykę, bez niepotrzebnego kombinowania. w której wiadomo o co chodzi, która w sposób przejrzysty przekazuje poglądy Autora. To wcale tak często się nie zdarza. Rzecz jasna zupełnie się nie zgadzam z opiniami Autora, ale czytałem z satysfakcją, że jednak można spójnie przekazać wizję krytyczną. Pozdrawiam serdecznie.
W pierwszej chwili ogarnął mnie wstręt. Pomyślałem: znowu ktoś mi tu zawraca głowę tymi „niepokornymi” typkami z onanistycznych prawicowych czasopism. Ale się przełamałem i przeczytałem. I stwierdzam, że artykuł jest bardzo dobry. Zwłaszcza mi się spodobało pod koniec podkreślenie indolencji zwycięskiej PO (która przez ma spory współudział w zapaskudzeniu nam politycznego życia) jak i „pożytecznego idiotyzmu” mainstreamu. Od dawna sam podobne tezy głoszę.
.
Pozostaje pytanie jak się przed tym zalewem toksycznej propagandy bronić. To poczucie bezradności wynika chyba z braku inteligentnego myślenia i zbyt małej aktywności. Mój prywatny sposób, to jest totalna izolacja od tego badziewia (stąd to moje poczucie wstrętu na początku). Niech się ci „niepokorni” i „wykluczeni” poczują naprawdę wykluczeni. A tę kwarantannę na zawartości toksyczne mogą ułatwić dobre media. Z dobrym ciekawym dziennikarstwem, z odrodzonymi standardami, z ciekawymi i ważnymi tematami, z szacunkiem dla czytelnika, z respektem dla jego inteligencji i sfery emocjonalnej, głównie poprzez niezarzucanie go toksynami. Studiu Opinii przejęcia takiej roli życzę. Jednym słowem: robić swoje. Może taka postawa przebije się kiedyś i do mainstreamu. Wtedy nastąpi koniec tych prawackich świerszczyków.
@ Bisnetus Autor pisze wytłuszczonym drukiem o indolencji zwycięskiej PO, która mając w ręku wszystkie
atuty, demonstracyjnie podkreśla swój dystans do tego co dzieje się w mediach. A właściwie co
ma robić ? Biegać z siekierą przeciwko nie uczciwym dziennikarzom ? Rozkazywać zamykać
pisma, wyrzucać pismaków ? Przecież to nie jej rola ! Przecież gdyby nie wykazywała dystansu,
byłaby zamordowana przez własnych liberalnych członków, i słusznie, bo mamy wolności słowa. Jak daleko
posuniętą – to inna sprawa. Walka o wolne, ale i MĄDRE słowo toczy się między partiami, ale
przede wszystkim między tymi, którzy mają ambicję kształtowania opinii zarówno w sferze
politycznej jak i społecznej. I tu leży problem, ponieważ są, nie tylko na tym świecie, ale i w naszym kraju, dziennikarze uczciwi oraz ci mianujący się „niepokornymi”. Ci ostatni roszczą sobie
prawo do kształtowania opinii na swój własny źle pojęty sposób. Dlatego źle pojęty, że utrwalają
w wysuszonych móżdżkach oszołomów przekonanie, iż tylko PISowska władza,która dzięki nim
ma nadejść ( nie doczekanie ) przyniesie powszechną szczęśliwość. Nie, nie przyniosłaby .
Stworzyłaby, co już znamy już z przeszłości, państwo policyjne, wrogie współobywatelom wyznającym inne iż oni zasady.”Niepokorni”sączą zatruwający jad licząc, w przyszłości, na
podziękowania,pochwały i apanaże,ale mimo wysiłków, to im się nie uda.
Szanowna Pani się myli. Ja uważam, że jak się chce i się pomyśli innowacyjnie to doprawdy można sporo zrobić dla poprawy jakości debaty publicznej. Pytanie, czy PO w ogóle tego chce, bo nie sądzę żeby byli aż takimi idiotami, żeby tego nie umieli.
.
Są różne możliwości. Na przykład pozaprawne. Choćby ostracyzm. Nikt nie zmusza wchodzenia ludzi PO do tego samego studia radiowego czy telewizyjnego z wyjątkowymi kanaliami, którzy zapewniają zero dyskusji lecz taplanie się świń w błocie. To taplanie się świń w błocie to dzisiaj jest standard tak zwanej debaty publicznej w Polsce. A wystarczy odmówić tylko w tym udziału. Dlaczego PO tego nie robi? Zapewne dlatego, że nie chce.
.
Instrumentów prawnych jest jeszcze dużo więcej. I to takich co zwiększają demokrację w Polsce a nie je ograniczają. Ale PO tutaj też nic zrobić nie chce.
Doskonaly tekst… Brawo !
Przyzwoitość, desygnat tego słowa dla będących przedmiotem opisu dziennikarzy(? – czy rzetelność opisu rzeczyWISTOŚCI, to nie atrybut tego zawodu) chyba nie istnieje.
Zresztą walka z prawdziwymi znaczeniami jest istotą tego wzmożenia patriotycznego(?). I niestety przynosi statystyczne rezultaty – w mediach i codziennym języku. Orwell się przypomina.
Co dla nich znaczy np. godność – przynależna przecież WSZYSTKIM ludziom, nie tylko ich aktualnym (bo prezesik może strącić w niebyt każdego i o każdej porze) stronnikom.
Jak podle zniszczono piękne słowo OCZYWISTOŚĆ – zaświadczające niezapośredniczony wgląd w istotę.
Sprzeciw wobec tych manipulacji jest konieczny, choć to trudne i nie przynosi od razu rezultatów.
Dziwie sie bardzo ze takie kanalie swiata dziennikarskiego znajduja jeszcze miejsce ( przystan ). Bardzo sie dziwie, bowiem inaczej ich okreslic nie mozna jak faksztywe kreatury i kanalie dziennikarstwa i jak i w cokolwiek wierzyc? Tfu !
Media meainstreamowe jako pożyteczni idioci – to interesująca formuła
Dziękuję, Panie Redaktorze za mądry tekst. Podpisuję się w 100%. Budzi się uśpiona wrażliwość, ale nie jest jej łatwo, bo trochę za dużo tych myśli…
Piotr czytelnik
Niestety przewidywania red. Stefana Bratkowskiego się spełniają cyt. „„niepokorni” kładą się spać i budzą z Carlem Schmittem pod poduszką” Splamienie Uniwersytetu Warszawskiego hordą „małp” przy okazji wykładu prof.Środy,jest dalszym ciągiem logiki teologi politycznej wyżej wspomnianego. Co raz szerszy krąg „pożytecznych idiotów” ukłony dla red Dominiki Wielowiejskiej z dzisiejszego poranka z TOK FM trzech Piotrów: Zaręba, Semka, Kraśko dali taki popis jazdy i klinicznej pogardy dla słuchaczy, że zaczynam się zastanawiać czy dalej na tej częstotliwości przebywać. Mordobicie czas zacząć, nie nawołuję – to logiczny z historii wyeksplikowany wniosek.