2013-06-15. Skąd się w ogóle biorą pomysły? Myślę o tym w kontekście tematu, który mnie frapuje od pewnego czasu, mianowicie innowacyjności. Mój główny wniosek z tych rozmyślań i obserwacji jest następujący: kreatywność wynika z marzeń i szaleństwa, wzmacnia ją brak zmysłu praktycznego i zaradności w codziennym życiu osobistym, dobrze robi kreatywności dziwaczność urody i sposób komunikacji z trudem akceptowany przez tzw. normalnych ludzi. To prawdziwy cud, że jakaś część innowacji jest wymyślana przez poważnych naukowców pod krawatem i poprawnych zdyscyplinowanych pracowników korporacyjnych. Choć moim zdaniem również w nich musi być rys szaleństwa, tyle że jakaś namiastka realizmu nakazała im ukrywać je.
Rozmawiałam ze studentami Politechniki Białostockiej, którzy skonstruowali łazik marsjański. Ich pojazd, po testach na pustyni Utah, wygrał prestiżowy międzynarodowy konkurs. No, pomyślcie, czy to nie czyste szaleństwo: pięciu chłopaków bez pieniędzy konkuruje z zespołem finansowanym przez NASA? Nauki kosmiczne w Polsce, jak my z torami kolejowymi nie możemy sobie poradzić? No i po co pchać się na Marsa?
Ale z drugiej strony myśl, że można wygrać z tymi z NASA jest bardzo podniecająca, brak realizmu jest zawsze podniecający, można chodzić na takiej adrenalinie bez snu przez dłuższy czas. Nauki kosmiczne może i nie są w Polsce najbardziej potrzebne, nie ma zagrożenia, że wprowadzimy wynalazek do produkcji, ale dzięki temu studenci nie musieli tracić energii i zapału na poznawanie uwarunkowań politycznych wokół wytwarzania tego asortymentu w Polsce. Z czym na pewno by sobie nie poradzili.
A po co na Marsa? No, przecież wcale nie chodzi o to, żeby rzeczywiście dolecieć na Marsa, może tam nigdy nie dotrzemy, ale chodzi o to, aby postawić zadanie, które przyprawia o zawrót głowy. Taki przykład: wiadomo, że materiał do sprzętów kosmicznych musi być lekki, bo trzeba to wyprawić kawał drogi od Ziemi. Jeśli zadanie brzmiałoby: wymyślmy lekki materiał do konstrukcji, bo to się może kiedyś komuś przydać, to coś tam naukowcy by dłubali bez przekonania. Bo to nudy. A teraz postawmy zadanie: wymyślmy lekki materiał, aby dolecieć na Marsa, bo, a nuż, jest tam życie. Od razu inna rozmowa!
Kombinować z tymi atomami z myślą o Marsjanach jest o wiele ciekawiej niż kombinować z myślą o ramie do roweru. Ale ostateczny efekt jest taki, że motywując się wielkimi ideami, wyzwaniami, marzeniami, szalonymi wyobrażeniami, wymyślamy właśnie nowy rodzaj tworzyw do urządzeń codziennego użytku, materiałów na ubrania, składników produktów spożywczych.
Widzę oburzonych. Tych, co mówią, że to potrzeba jest matką wynalazków. Albo tych, którzy mówią, że dopiero warstwy wiedzy generują nowe pomysły, te kryształy wiedzy. Albo tych, którzy mówią, po pierwsze priorytety, to co jest możliwe i co wskazuje rachunek ekonomiczny. Albo tych, którzy mówią, że do innowacyjności prowadzą procesy i procedury, jakieś „burze mózgów” i szkolenia w kreatywnym myśleniu. Oczywiście, to wszystko to też racja. Z małym ale….
Pomysł to coś, czego wcześniej nie było. Nie można go zaczerpnąć z rzeczywistości. Może się urodzić tylko w tej przestrzeni ludzkiej duszy, która nie jest ujęta w karby porządku, opisu, logiki, obowiązku i stresu. Pomysły biorą się z radosnego hasania po własnej wyobraźni, z przekory wobec świata praktycznego, z zamiłowania do myśli i uczuć absurdalnych, z akceptacji siebie jako człowieka nie będącego wzorem w tradycyjnych rolach społecznych, więc nie podejmującego ich lub ponoszącego klęski w tych rolach.
A potem pomysły trzeba testować, selekcjonować, dopracować, wdrażać… I tu się zaczyna proza, która się nazywa biznesem albo nauką, w których obowiązują reguły realistyczne, organizacyjne i ekonomiczne, czyli całkowicie obce wolnemu duchowi ludzkiemu, który realizowane pomysły wykreował.
W kwestii innowacyjności fascynujące jest właśnie to, że pomysły wymyślają umysły całkiem inne niż te zdolne do ich realizacji. Klucz do innowacyjnej gospodarki czy innowacyjnej firmy tkwi w komunikacji tych dwóch grup ludzi, na ogół całkowicie się nie rozumiejących, nie lubiących i nie akceptujących. Jaki mądry ich pogodzi?
Zobacz także: Dr Paweł J. Dąbrowski: Innowacji naszej codziennej…
Iwona D. Bartczak


Trochę się nie zgadzam z tym, że tylko abstrakcyjna fantazja jest źródłem pomysłowości. Pomysłowość ma różne źródła. Potrzeba jest jedną z nich. Innym jest natura. Marzenie o lataniu towarzyszy ludzkości od tysięcy lat i nie jest to czysty wymysł lecz świadectwo „zazdrości” wobec milionów stworzeń wokół nas, które nie wiadomo skąd posiadły przywilej i umiejętność latania.
.
Ale poza tym jak zwykle ciekawy artykuł i bardzo słuszna konkluzja. Zgranie wysiłków innowatorów i organizatorów to jest to nad czym trzeba pracować. Najlepszym tutaj przykładem jest firma Microsoft, która sama z siebie niemal nic nie wymyśliła, ale co najlepsze z niezwykłym talentem praktycznie wdrożyła doprowadzając w sumie do kolosalnych zmian cywilizacyjnych.
ja mysle, ze tworczosc ma jedno zrodlo z wieloma mozliwosciami realizacji, a powszechne przyklady sztuki stosowanej przecza tezie o niemoznosci komunikacyjnej.
Kolejny, przezabawny i rozbrajający naiwnością tekst p.Iwony. Wyliczmy te „tezy” z ich wyjaśnieniami:
.
Kreatywność jest efektem marzeń i szaleństwa. Marzenia są przedpolem wizji, koniecznym. A odwaga do nieskrępowanych alternatyw myślenia i ocen w nadmiernie „uczesanym” świecie reguł obowiązku podległości pionowych zawsze będzie budzić niesmak, zdumienie, krytykę i przerażenie, będąc jawnym świadectwem szaleństwa. Ale to tylko od tej jednej strony, tych nienormalnie normalnych tak wygląda.
.
Innowatorzy muszą myśleć abstrakcjami, stąd ich język trudny do akceptacji, zbyt złożony, dziwny. Dlatego nie mają w sobie zwierzęcej zaradności, praktyczności i przyziemności. Trudni, dziwni. A normalni pracownicy korporacyjni, od początku ich kariery wykastrowani z NIEZALEŻNOŚCI myślenia – jak mają z tymi obrzynkami im pozostałymi być kreatywni?
Autorka przeciwstawia też pomysły – biznesowi i nauce. To przeważnie nie jest prawda. Tylko naukowcy pozorni nie tworzą i nie czują innowacji. Biznes zbyt często babrze się z lubością w gównianych radościach puszczenia innowatora w skarpetkach. A to, że przez to kiedyś, w przyszłości niepomiernie więcej straci, go nie obchodzi. Błogość tępaka bierze się z codzienności.
Kompletna klapa.
Zdjęcie nie wskazuje, że pani Iwona to pensjonarka, bo cała reszta – już tak!
Małgorzata Tymiankowska: Dla mnie wpis Pani nie jest zbyt czytelny. Nikt nie mówi: „pensjonarka”. Pani Iwona jest odległą od specyfiki innowacyjności dziennikarką ze świata normalnego, średniego biznesu, kontestującą specyficzne, dla outsidera nieznane, niezrozumiałe i bulwersujące cechy tej innowacyjnej problematyki.
Tak dziś ważnej.
Ona jest w Polsce rozwojowo bardzo w sumie zapóźniona.
Te dziwne cechy potrzebne w procesach innowacyjnych wynikają z dużej odległości pomiędzy ludźmi pracującymi na co dzień z bardzo specyficznymi narzędziami inżynierii innowacyjnej, a ludźmi specyficznie znającymi się na budowie łączników aplikacyjnych, technikach produkcyjnych i marketingowych. To są bardzo różne specjalizacje.
.
Ich optymalne zharmonizowanie może wprowadzić ekonomia zrównoważonych korzyści płynąca z udanych uplasowań na rynkach zbytu – dla każdego z tych etapów. Światła moderacja państwa jest tu wskazana, choć niekonieczna.