Jesteśmy dopiero na początku świata rozwiązań i usług mobilnych. A już nie możemy dać sobie rady ze wszystkimi komunikatami, ofertami, możliwościami, które udostępnia nam nasz telefon komórkowy czy inne mobilne urządzanie. Domagają się uwagi, odpowiedzi, reakcji. Natychmiast. Zastanawiam się, w którą stronę pójdą nasze zachowania: czy będziemy reagować zgodnie z impulsem, który pojawi się w momencie komunikatu czy raczej wymyślimy jakieś mury obronne, aby dać sobie czas do namysłu, do podjęcia decyzji, do rozważenia za i przeciw. Zastanawiam się, czy refleksyjność i powściągliwość w ogóle będą w cenie. Może będą cechować ludzi, o których będzie się mówić lekceważąco, że „nie nadążają”? I czy to będzie sprawiedliwa ocena?
Mam wrażenie, że rozwój rozwiązań mobilnych oddzielił się od rozwoju ludzkiej psychiki, ponieważ na ten drugi rozwój kładziemy mniejszy nacisk, dzieje się on jakby spontanicznie. A może powinien odbywać się bardziej świadomie? Jesteśmy zawsze dostępni, zawsze pod telefonem, komunikatorem, emailem, ale czy to znaczy, że zawsze gotowi do rozmowy, że zawsze umiemy określić, czy coś chcemy czy nam pasuje, czy zawsze zdecydowani? Czy uczymy się powściągliwie traktować komunikaty i oferty, w każdym razie ich nagłość i natarczywość? Czy uznajemy, że pierwszy impuls do udzielenia odpowiedzi jest wystarczający, że nie ma powodu do dalszego namysłu? Od dawna wszak mówimy, że pierwsze wrażenie, które wywiera na nas dopiero co poznany człowiek, wystarcza, aby określić z grubsza, jaki jest i jakie mamy do niego nastawienie. I w zasadzie zgadzam się z tym. Ale człowiek, którego widzimy, przemawia do nas na wiele sposobów: słowem, wyglądem, wyrazem twarzy, zapachem, a elektroniczny komunikat – nie. Ale czy to ma znaczenie?
Czy świat mobilnych możliwości na nowo ukształtuje naszą psychikę, dowartościowując działania odruchowe, impulsywne, o chwilowej ważności? A może wyostrzy umiejętność odróżniania rzeczy ważnych od nieważnych, właśnie poprzez kryterium wymaganego czasu reakcji? Może w ogóle wymusi większą mądrość i lepsze wykształcenie?
Uważam, że dzisiaj nie zawsze jesteśmy gotowi do rozmowy, nie zawsze od razu wiemy, co chcemy, nie zawsze umiemy „z marszu” podjąć decyzję. Zasugerowałam, że potrzebujemy zastanowienia, namysłu i że mobilność nam nie daje na to czasu, że to źle, że nas oducza tej refleksyjności. Ale może jest odwrotnie: potrzebujemy namysłu, bo sami siebie mało znamy, mamy słabo wykrystalizowane osobowości, jesteśmy niedouczeni, a przez to wszystko chwiejni, niezdecydowani, powolni w przedsięwzięciach? Może wspomniana natarczywość i nagłość komunikatów mobilnych zmobilizuje nas do lepszego poznania siebie, większej stanowczości i odwagi, wymusi formowanie się bardziej wyrazistych i mocniejszych charakterów?
Iwona D. Bartczak



Pani Iwono – wykwitem tej powszechnej mobilności jest telemarketing. I wszyscy ci dobrzy ludzie, dzwoniący do mnie z niesłychanie korzystnymi ofertami, dostają dziwacznego zdumienia, gdy słyszą prośbę o przysłanie oferty mailem, a jak już odzyskają zdolność mowy to bredzą coś o braku możliwości technicznych (choćby reprezentowali dostawcę internetu!).
Pieszego komiwojażera po prostu nie wpuszczam do domu, gdy nie mam ochoty – mobilny pcha mi się bez pukania… niezależnie od mojego zajęcia, nastroju itp.
Wzrastająca stanowczość prowadzi mnie do tego, że już po pierwszym zdaniu na ogół przerywam rozmowę słowami „dziękuję, żegnam”.
To jest pan bardzo grzeczny… Ja coraz częściej mówię, że prostytucja jest dużo milszym i lepiej płatnym zajęciem niż praca w telemarketingu. Na ogół panienkę zatyka. Czasem bywam wysoce jednosłownie nieuprzejmy. Ale najbardziej lubię odzywkę „wartownia ABW, podporucznik Nowak, słucham”. Czasem nawet na ten tekst słyszę „przepraszam”…
Dobra jest też metoda: „Mi mama zabroniła rozmawiać z nieznajomymi kobietami (tudzież mężczyznami)” Też zwykle po drugiej strony pojawia chwila ciszy pełna konsternacji pozwalająca na spokojne odłożenie słuchawki.
Za łatwo się, Panowie, rozprawiacie z telemarketingiem. Jest uciążliwy dla tylu osób, ale to zarazem najefektywniejsza metoda sprzedaży. Inaczej niż wyrastały takie centra jak grzyby po deszczy. Więc są ludzie tacy i inni, jedni się wkurzają, inni są wdzięczni i kupują.
Zamiast buciorować telemarketerów – to ich praca! – lepiej zadbać o własne dane osobowe, aby nie można było ich przetwarzać.
A mój tekst jest w ogóle o czymś innym.
@Iwona D. Bartczak
Wie Pani. Metoda marketingu „Kup pan cegłówkę za stówkę, albo cegłówką w główkę” jest jeszcze bardziej uciążliwsza dla niektórych klientów, ale to zarazem wyjątkowo efektywna forma sprzedaży. Ale to nie znaczy, że tą formę mam szanować i tolerować.