Wszystko wskazuje, że sprawa umowy stowarzyszeniowej między Ukrainą i Unią Europejską będzie się ważyła do ostatniej chwili. Jej podpisanie planowane jest w dniach 28 -29 listopada na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, ale ciągle jeszcze nie wiadomo, czy Kijów spełni warunek, jaki stawia przed nim Unia i w taki czy inny sposób uwolni b. premier Julię Tymoszenko.
Ostatnia wersja kompromisu w tej sprawie przewiduje zgodę na jej wyjazd na leczenie do Niemiec. I gdy wydawało się, że wszystko jest już na najlepszej drodze, do parlamentu wpłynęły nawet 4 projekty ustaw zezwalających na takie rozwiązanie, to okazało się, że sprawa rozstrzygnie się dopiero ok 15 listopada, a więc na krótko przed planowanym szczytem… Przypomina to igranie z ogniem i przywraca stare wątpliwości co do rzeczywistych intencji ukraińskich polityków oraz ich gotowości przyjęcia europejskich standardów prawnych. A to jest przecież jednym z podstawowych warunków…
I mimo wszystko, jeszcze nigdy Ukraina, Kijów nie były tak blisko Europy. W komentarzach i wypowiedziach polityków poprzedzających szczyt wileński ktoś już nawet napisał, że jeśli rzeczywiście dojdzie do podpisania umowy stowarzyszeniowej między UE i Kijowem to będzie to wydarzenie porównywalne do zburzenia muru berlińskiego. I chociaż można się w tym doszukiwać politycznej i propagandowej przesady, to – przynajmniej z punktu widzenia Ukrainy, (ale także innych krajów Europy Wschodniej) – podobne porównanie wydaje się w pełni uzasadnione…
Eksperci i komentatorzy dość zgodnie podkreślają polityczny, a nawet geopolityczny wymiar umowy stowarzyszeniowej, otwierającej Ukrainie – choćby tylko deklaratywnie i w odległej perspektywie – drogę do pełnej jej integracji z Unią Europejską. W tym kontekście często przypominana jest też wypowiedź sprzed lat Zbigniewa Brzezińskiego, zgodnie z którą “Rosja bez Ukrainy nigdy nie będzie Imperium”. To oczywiście tylko pewien skrót myślowy, z którym wypadałoby się zgodzić, ale byłoby błędem gdybyśmy “europejską perspektywę” Ukrainy rozpatrywali wyłącznie w tych kategoriach. Chodzi o coś znacznie więcej…
Faktem jest, że kiedy w latach 90. elity polityczne b. państw komunistycznych z Europy Środkowo-Wschodniej zgłaszały swój akces do struktur zachodnich – NATO i UE – Moskwa protestowała i robiła wszystko, aby zablokować ich drogę do Sojuszu Północno-Atlantyckiego, “odpuszczając” jednocześnie “europejskie” ambicje tych krajów. Być może dlatego, że liczyła na opór w ówczesnych stolicach Unii, albo – po prostu – nie doceniała faktu, że przystąpienie do UE jest nie tylko wyborem politycznym, ale cywilizacyjnym, oznaczającym trwałe znalezienie się w zupełnie innym świecie.
Teraz, w przypadku Ukrainy, Moskwa tego błędu nie chce i nie może popełnić. Stawka jest zbyt wysoka. Rosja, która od lat zabiega o Unię Celną i utworzenie euroazjatyckiego odpowiednika UE – traktuje te projekty, jako sposób na zintegrowanie wokół siebie (i pod własną egidą) grupy państw postsowieckich, powstałych po rozpadzie ZSRR. W przekonaniu rosyjskich strategów i Władimira Putina – jest to konieczne dla umocnienia międzynarodowej pozycji Rosji, jako jednego ze światowych mocarstw. Bez Ukrainy cały ten projekt polityczny staje pod mocnym znakiem zapytania. Także dlatego, że oto na obszarze postsowieckim pojawi się alternatywny, konkurencyjny wobec rosyjskiego, model rozwojowy, atrakcyjny również dla innych, co może uruchomić efekt domina. W końcu, to było jednym z głównych powodów dla których w Moskwie tak bardzo obawiano się “kolorowych rewolucji” – “pomarańczowej” w Kijowie, czy gruzińskiej “rewolucji róż”.
Dziś mamy doczynienia z sytuacją, przypominającą grę o sumie zerowej. Zwycięstwo jednej opcji oznacza przegraną drugiej. Podopisanie przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z UE – twierdzi Fiodor Łukianow, jeden z czołowych komentatorów rosyjskich – oznaczać będzie fiasko sztandarowego projektu politycznego Putina, ze wszystkimi tego konsekwencjami również w rosyjskiej polityce wewnętrznej. Mówiąc po prostu, bez Ukrainy jego pomysł budowania unii celnej i wspólnoty euroazjatyckiej będzie wymagał co najmniej zasadniczej korekty, jeśli w ogóle przetrwa.
To samo – twierdzi Łukianow – dotyczy jednak i opcji przeciwnej. Jeśli Ukraina nie spełni stawianych jej warunków i z jakichkolwiek powodów nie dojdzie na wileńskim szczycie do podpisania umowy stowarzyszeniowej, wówczas na długo, być może na dziesięciolecia, przyjdzie pożegnać się z polityką Partnerstwa Wschodniego. To zapewne jest też powodem, dla którego wśród polityków europejskich zaczęły pojawiać się głosy, poddające w wątpliwość kategoryczne żądanie uwolnienia b. premier Tymoszenko, (jako sprawdzianu “europejskiej dojrzałości Kijowa”), bo być może w ten sposób zaprzepaszczony zostanie najbardziej sprzyjający moment na trwałe związanie Ukrainy ze strukturami europejskimi.
To jest dziś główną stawką.
O to toczy się gra. Moskwa, aby zmusić Kijów do rezygnacji z ambicji europejskich na przemian stosuje metodę ciastka i bata. Raz kusi obietnicą rabatu na rosyjski gaz i nowymi kredytami, a także pożytkami, jakie niosłaby dla Ukrainy przynależność do tworzonej przez nią Unii Celnej, aby za chwilę grozić wprowadzeniem wiz i zamknięciem rynków dla wyrobów ukraińskich, (także tych “europejskich”, montowanych na terytorium Ukrainy), co miałoby się skończyć dla niej całkowitą katastrofą ekonomiczną. A być może i polityczną, bo w groźbach rosyjskich niedwuznacznie sugeruje się również bunt prorosyjsko nastawionych odłamów ukraińskiego społeczeństwa, co – jak sugeruje Moskwa – może doprowadzić nawet do podziału państwa i jego rozpadu.
Na niedawnym szczycie państw Unii Celnej w Mińsku, Władimir Putin postawił sprawę jasno: jeśli Ukraina liczy – tak, jak dotychczas – że może stać w rozkroku między Europą a Unią Celną, to jest w błędzie. Musi zdecydować, albo jedno, albo drugie; albo na pełnych prawach przystępuje do Unii Celnej, albo wybiera Unię Europejską, a wtedy będzie traktowana w Moskwie, jak każde inne obce państwo, a nie jak “bliska zagranica”. I nie ma co liczyć na jakiekolwiek przywileje. A na dowód, że jest to groźba realna, znów “uruchomiony” został Gazprom, którego szefowie – wykorzystując fakt, że Kijów spóźnia się z sierpniową zapłatą za gaz w wysokości 890 mln USD – zagrozili, że od grudnia br Ukraina będzie mogła kupować rosyjski gaz, ale pod warunkiem, że zapłaci z góry, w systemie przedpłaty…
Rzeczywiście. Ukraina musi teraz dokonać strategicznego wyboru swojej przyszłości. Kijów liczy m.in., że dzięki podpisaniu umowy stowarzyszeniowej będzie miał większe szanse na uzyskanie od MFW kredytów w wysokości ok. 15 mld dolarów. Są jednak rzeczy ważniejsze od pieniędzy…
To prawda, że pierwszy okres po podpisaniu umowy stowarzyszeniowej i przystąpieniu do strefy wolnego handlu z UE może być dla Ukrainy trudniejszy. ale na pewno nie aż tak, katastrofalny, jak straszy Moskwa. Choćby dlatego, że – wbrew pozorom – stopień uzależnienia ukraińskiej gospodarki od eksportu na rynek rosyjski wcale nie jest aż tak wielki, jakby się z pozoru wydawało. Co więcej, od wielu miesięcy systematycznie maleje, podczas gdy udział rynku unijnego – przeciwnie: rośnie. Poza tym, nie zapominajmy, że zamknięcie rynku rosyjskiego dla ukraińskich towarów byłoby też ryzykowne dla samej Rosji, która jest dostawcą surowców i energii, a także wielu komponentów i podzespołów tych wyrobów, które później trafiają na jej rynek.
Podpisując natomiast umowę stowarzyszeniowa i wybierając “opcję europejską” Ukraina zyskuje bardzo dużo. Nie tylko perspektywę ułatwień wizowych, czy nawet zniesienia wiz, (na to liczą ukraińscy obywatele), ale przede wszystkim: szansę na przyspieszenie procesów modernizacji gospodarczej i społecznej, na zmniejszenie zapóźnienia i wyjście z orbity świata post-sowieckiego, dotąd skazanego na ekstensywny model rozwoju, który – jak w przypadku Ukrainy (ale nie tylko jej) – wyczerpał już swoje możliwości. Mówiąc inaczej: z opóźnieniem, ale mimo wszystko Ukraina ma szansę na powtórzenie “polskiej drogi” i drogi innych państw z dawnego bloku socjalistycznego, które w swoim czasie dokonały najważniejszego wyboru – nie tylko politycznego, ale przede wszystkim cywilizacyjnego. Bo do tego sprowadza się dzisiejszy wybór jakiego musi dokonać Ukraina.
Wszystko wskazuje, że Kijów, ukraińskie elity polityczne i gospodarcze, mają świadomość znaczenia tego – bez przesady – historycznego momentu. W ostatnich miesiącach Ukraina dokonała też olbrzymiego wysiłku, aby dostosować swój system prawny do standardów europejskich. Tylko w tych dniach Kijów podpisał porozumienie o wspólnej przestrzeni powietrznej z krajami UE, którego przyjęcie wymagać będzie wdrożenia 137 europejskich regulacji… Na tym jednak to właśnie polega; to od tych standardów, nazywanych skrótowo: europejskimi, zależy jakość, siła i pozycja państwa Ukrainy, która – jeśli nic dramatycznego się nie wydarzy – ma szansę zbudować i umocnić swój status, jako prawdziwie suwerennego, europejskiego państwa.
Kijów działa obecnie w warunkach potężnej i narastające presji: z jednej strony – jest wielka, europejska perspektywa, a z drugiej – nieustające i coraz silniejsze naciski ze strony Moskwy, która prośbą i groźbą gotowa jest zrobić wszystko, aby – co najmniej – zakonserwować dotychczasowy układ. Krótko po “szczycie” w Mińsku, prezydent Wiktor Janukowycz i Putin spotkali się w Soczi, aby – jak podano w lakonicznym komunikacie – kontynuować rozmowę na tematy, których nie dokończyli podczas ostatniego spotkania na Białorusi… A jednocześnie – to tylko przykład – w obwodzie ługańskim, rosyjscy pogranicznicy zaczęli stawiać zapory z drutu kolczastego, dając jasno do zrozumienia, że tak może wyglądać cała licząca ponad 2 tys km rosyjsko-ukraińska granica… Dlatego pytanie, czy Janukowyczowi starczy determinacji, aby mimo wszystko doprowadzić do podpisania umowy stowarzyszeniowej, aż do szczytu w Wilnie pozostanie otwarte.



Brakuje jeszcze jednego elementu, który nieco zaburza ten czarno biały obrazek. Elity może i są proeuropejskie, ale obywatele już niekoniecznie wszyscy. Nie znam najnowszych badań, ale jeszcze niedawno opór w niektórych obwodach był dość silny i na niego też może liczyć Moskwa.
Brakuje mi też wypunktowania jaki interes ma Europa w przyjęciu do swego grona Ukrainy. Liczenie na nastroje antyrosyjskie w Europie może okazać się zawodne.
A sprawa pani Tymoszenko? Nie przesadzajmy. Nie znaczy nic. To tylko chwytliwy tytuł dla gazet. W razie potrzeby jedna albo druga strona poświęci ją bez żalu.
Byłem przed 2 miesiącami w Kijowie i na prowincji, a ściślej na Podolu. Rozmawiałem z wieloma osobami i w stolicy i w zapadłych wsiach. Praktycznie wszyscy czekają otwarcia na Europę jak kania deszczu. Niechęć, a czasami i nienawiść w stosunku do Rosji jest dość powszechna. Ludzie mają dosyć stałego szantażu gazem i patronizującego stosunku Rosji do ich kraju.
Ani Ukraina a ściślej Ukraińcy nie są gotowi do stowarzyszenia się z UE ani UE a ściślej jej obywatele na tym nie skorzystają.
Ewentualna moskiewska Unia Celna będzie nieudolnym RWPG bis i na dłuższą metę nie będzie żadnym zagrożeniem dla świata – ani gospodarczym ani militarnym.
Na miejscu decydentów unijnych dzisiaj nie przytulałbym do piersi Ukrainy .Trzeba poczekać.
Ukraina to moloch, wielki kraj, dwa razy większy od Polski. Ale ze zdziwieniem dowiedziałem się dzisiaj, że w ostatnich 20 latach jej populacja zmalała o jakieś 7 milionów obywateli. to sporo i znaczy, że kraj ma podobne choć nie tak jaskrawe problemy demograficzne jak Rosja.
Osobiście nie ufam Janukowiczowi, ale na dłuższą metę jest szansa, że ten kraj wejdzie w końcu w skład UE. Czy nastąpi to szybko, trudno wróżyć. Jakie perspektywy ma Ukraina w stowarzyszeniu z Rosją? Poza surowcami, nie wiele tam pozytywów, a kulturowo i cywilizacyjnie UE może im więcej zaoferować. Tyle, że kraj jest podzielony. Pro europejski Zachód Ukrainy nie jest ani silny przemysłem ani bogactwami. Cała siła ekonomiczna kraju jest umieszczona na tradycyjnie prorosyjskiej wschodniej Ukrainie. I to może znacznie opóźniać dążenie elit Ukraińskich do integracji z UE. Myślę że rozmowy w Wilnie rzucą wiele światła na to, w jakim kierunku ten kraj się uda i w jakim tempie.
Nie marginalizowałbym przypadku więzienia przeciwników politycznych – Tymoszenko. Bo tu chodzi o podstawowe standardy polityczne. Jeśli się nie wyegzekwuje przyjęcia demokratycznych standardów także w traktowaniu przeciwników politycznych, to ściągnie się na kark całej Europy antydemokratyczny system z mafijnymi układami, jakie reprezentuje sobą Janukowicz. Ten facet powinien odejść, ale to Ukraina musi sobie z nim poradzić sama.
A blamaż pomarańczowej rewolucji wygląda jakże znajomo, jak się porówna z polską sceną polityczną, nie tyle dziś, co na pocz. lat 90-tych. Przecież do dzisiaj trwa czkawka porodowa polskiej demokracji, która jeszcze nie okrzepła. Z wielką Ukrainą to pewnie potrwa znacznie dłużej.
@andrzej Pokonos , mam wrażenie, że w przypadku krajów postradzieckich pewne pojęcia trzeba rozumieć nieco inaczej, niż na Zachodzie. Także pojecie „więzień polityczny”. Jeśli pan wierzy w kiczowaty obrazek z piękną niewinną Julią – liliją, pańska sprawa. Tymoszenko jednak to twardy zawodnik, przedtem bizneswoman, co w tamtych realiach oznacza kogoś zupełnie innego, niż widzi się na obrazku.
W skrócie: umoczeni są wszyscy, a zamyka się politycznie niewygodnych. Trudno jednak uznać to za pojęcie równoważne z funkcjonującym na Zachodzie. Zna pan sprawę p. Tymoszenko tak dobrze, że jest przekonany o jej niewinności? Obawiam się, że wedle „standardów zachodnich” w niejednym państwie dostałaby wyrok wyższy, niż na Ukrainie.
Tymczasem my jesteśmy przyzwyczajeni do schematu, że skoro tamtejsza władza kogoś gnębi, to jest on niewinny z definicji. Podobnie z Pussy Riot, które dostałyby wyrok w każdym zachodnim państwie, ale ponieważ dostały w Rosji, rozdziera się szaty z ich powodu.
Jakoś nie widać na tym Zachodzie jakiejś szczególnej krucjaty w obronie p. Tymoszenko, a sprawa jest wyciągana jedynie przy okazji jakichś targów, co już samo o niej świadczy. Dlatego twierdzę, ze jeśli Europa będzie miała interes w przyjęciu Ukrainy, na temat byłej pani premier nawet się nie zająknie.
Doskonale wiem, że pani Tymoszenko nie jest niewinna. Ale jej uwięzinie nie wynika z chęci ukarania skorumpowanego polityka, tylko z chęci jego zneutralizowania. A to zupełnie inna para kaloszy. Władza się korumpuje, znamy to i z naszego podwórka, choćby z wydarzeń podczas wyborów w PO na Dolnym Śląsku i zapewne nie jest to ostatni trup z szafy rządzącej partii.. Podwójne standardy widzimy tak w Polsce jak i na Ukrainie. I nam i im do ideału brakuje wiele.
Jest jednak jeszcze coś takiego, jak polska racja stanu. A z niej wynika dobitnie, że lepsza dla nas demokratyczna i przewidywalna Ukraina. A taka może się stać łącząc się z Unią Europejską. O czym jakoś nie chcą pamiętać niektórzy tu dyskutujący.