Dziś dla odmiany tekst w większości zapożyczony. Wart jednak tego jako niewątpliwe źródło do dziejów oświaty polskiej i problemu kształtowania się tzw. mentalności narodowej Polaków, której istnienie wprawdzie niektórzy kwestionują, ale mimo to dyskutują o niej z zapałem jak nie przymierzając ateiści o panu Bogu.
Przysłowie – jedna z mądrości narodów – powiada „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Nie wdając się w istnienie innych przysłów mówiących coś dokładnie odwrotnego, przyjmijmy, że tak jest w istocie.
Przeglądałem ostatnio numery przedwojennego „Przeglądu Oświatowego” z lat 1921 – 1938 z zaciekawieniem wyławiając spośród natłoku treści te jej elementy, które zalecane były przez redaktorów jako korzystne w kształceniu młodzieży.
Były i inne, a z nich najbardziej podobał mi się artykuł S. Szwedowskiego „Charakter człowieka a pismo” będący ciekawym przyczynkiem do prac grafologów, choć w zamierzeniu autora miał być jedynie pomocny w odgadywaniu natury ucznia przez świadomego nauczyciela.
Nie wiem dlaczego, ale natychmiast przypomniał mi się Szwejk i wspominane przez niego dzieło „O typach zbrodniczych” autorstwa jakiegoś wziętego fizjonomisty.
Cóż natomiast polecano? Oczywiście – lektury. I nawet nie tyle polecano, co recenzowano nowowydane książki okładając każdą recenzję notką adresowaną do bibliotek szkolnych i publicznych.
Co ciekawe – nieformalne naciski tego szacownego organu były na tyle poważnie brane pod uwagę, że nie znalazła się szkolna biblioteka, która pozwoliłaby sobie na zignorowanie rekomendacji dla jakiejś książki bądź jej braku.
I jeszcze jedna uwaga. „Przegląd Oświatowy” wychodził w Poznaniu, w Warszawie dokładnie to samo pismo nazywało się „Oświata Polska”. Ten podwójny tytuł zawdzięczało stopniowemu zrzeszaniu się po rozbiorach Towarzystw Oświatowych, organizacji wielce zasłużonych dla podtrzymywania polskości, a występujących dotąd jako rozproszona grupa z przyczyn czysto prawnych.
W jednym z artykułów podnosi się sprawę czytelnictwa jako takiego. O tyle to ciekawe, że w artykule z 1931 (!) roku mamy narzekania na niechęć młodego pokolenia do czytania czegokolwiek. Ale mamy tam i porady jak zmienić ową sytuację i tym się artykuł różni od współczesnego narzekactwa.
Przejdźmy jednak do wspomnianych recenzji, ponieważ wydaje mi się, że to właśnie one pokażą jak na dłoni to wszystko, co uznawano za warte rozpowszechnienia i to co stanowczo odrzucano. Jak by nie patrzeć, z pewnością miało to niebagatelny wpływ na wychowanie dzieci i młodzieży, a „czym skorupka …” itd.
Recenzje podzielone są na specjalistyczne działy. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że WSZYSTKIE pozycje z działu „Książki o treści religijnej” były gorąco polecane zarówno do bibliotek publicznych jak i domowych czy szkolnych.
Fragment jednej z recenzji pozwolę sobie przytoczyć, bo jakoś dziwnie zyskała na aktualności w ostatnich dniach na skutek wirtualnego sporu miedzy papieżem Franciszkiem, który nie zna się na niczym, a redaktorem Terlikowskim, który zna się na wszystkim.
Rzecz dotyczy książki pt. „Chrystianizm a świat zwierzęcy”, a recenzja brzmi tak:
„…książka [] jest odpowiedzią na atak, który rozpoczęły w ostatnich czasach pewne grupy niekatolickie, skierowany przeciw Kościołowi, że nigdy nie stanął w obronie krzywdzonych zwierząt [] Autor w oparciu o liczne cytaty wykazuje niezbicie, że ten okrutny stosunek do zwierząt, który możemy zaobserwować w ostatnich czasach jest wynikiem nie religii chrześcijańskiej, a właśnie oddalenia się od niej…”
Autorem recenzji był Jan Dobraczyński.
Z działu „Książki o treści naukowej i pop. nauk.” zwróciła moją uwagę pozycja autorstwa Piotra Drzewieckiego „Najcenniejszy skarb w życiu człowieka” omawiająca zagadnienie czasu. Recenzent podkreśla, że „autor uważa słusznie czynnik należytego wykorzystywania czasu za najskuteczniejszy środek podniesienia produkcji i dobrobytu.”
I ciekawa uwaga na koniec:
„Ponieważ Polacy na ogół nie doceniają znaczenia czasu, broszurka nadaje się dla wszystkich.”
W tymże dziale znalazły się też książki J. Kadena Bandrowskiego „Życie Chopina” oraz „Prostytucja” dr J. Maćko.
Ta pierwsza z uwagą, że „nie dość starannie skorygowana, zwłaszcza jeśli chodzi o wyrazy obce i imiona, nadaje się do biblioteczek miejskich dla czytelników wykształconych”.
Ta druga polecana „dojrzałym czytelnikom”.
Ostatnia w tym dziale to książka Boya Żeleńskiego „Marysieńka Sobieska”. Recenzja długa, wnikliwa, pisana z wyraźnym upodobaniem. Nic dziwnego, wszak
„ujemną stroną książki jest przeładowanie jej elementem erotycznym, że zaś Boy, jak to Boy, w wyrażeniach nie przebiera, a lektura listów Sobieskiego jest dla erotografa polem bardzo wdzięcznym, wiec książkę można polecić wytrawnym tylko wykształconym naukowo czytelnikom. W bibliotekach oświatowych jest ona niepożądana.”
Kolejne pozycje to „Książki dla dorosłych i młodzieży”.
Polecana gorąco powieść Buyno Arctowej „Złota nić”, dwie pozycje Conrada zalecane jako lektura szkolna, zastrzeżona dla dorosłych powieść D. Warwicka „Ślepe szczęście” (z dopiskiem „powieść przeciętna, mdła, zajmie raczej kobiety”), „Zemsta rodowa” Zane Grey jako „… powieść rozrywkowa dla wszystkich”.
Ciekawostką jest książka Tadeusza Kończyńskiego „Kobieta z innej planety”. Poruszająca tak modny w tamtych czasach problem mediumizmu teoretycznie powinna być polecana gorąco. Jednak autor poważył się przy omawianiu tematu poruszyć sprawę tak delikatną, jak dziewicze macierzyństwo, a więc by nie narażać się wiadomym czynnikom opisano ją jako „dozwoloną dla bibliotek miejskich, tylko dla czytelników dorosłych”.
Podobną notkę otrzymała książka Von Kűhnel – Leddhin, Eryk M.R., „Jezuici, burżuje, bolszewicy”.
Z książek „gorąco polecanych” mamy w spisie „”Gałązkę rozmarynu” Zygmunta Nowakowskiego, „Wojciecha Mierzwę w Paranie” B. Pawłowicza oraz tegoż autora „Wyspę św. Katarzyny”.
Wszystkie te pozycje pisane jak na zamówienie polityczne idealnie wpasowują się w te nurty myślowe, jakie wszczepiano na różne sposoby przedwojennemu społeczeństwu. Ciężka dola emigranta polskiego, przez Boga dany Marszałek i jego Legiony itd.
Nie doczekała się natomiast polecenia powieść Sergiusza Piaseckiego „Piąty etap” wydana przez wańkowiczowski „Rój”. Wręcz przeciwnie, recenzja brzmi druzgocąco.
„…niezdrowy klimat moralny powieści płynie (przy całym talencie pisarskim) z braku głębszej kultury duchowej i literackiej autora. A gdy do tego dodamy jeszcze pełen błędów językowych styl, sceny drastyczne miłosnych przeżyć, wyrażenia trywialne i wulgarne, przyjdziemy do przekonania, że Piasecki to nie pisarz mający poczucie odpowiedzialności, a jego książki to nie dzieła sztuki, lecz typowy dla dzisiejszej epoki reportaż autobiograficzny, produkt sensacji, świadectwo obniżania się kultury i jako takie nie powinny znaleźć miejsca w bibliotekach oświatowych”.
Ta recenzja jest o tyle ciekawa, że wykorzystuje zwroty obecne i dziś w dyskusjach nad kulturą, oświatą, sztuką. Nic się nie zmieniło?
Na szczęście była na podorędziu pozycja „Marszałek J. Piłsudski” Sieroszewskiego i została zalecona jako lektura obowiązkowa (!) choć konstrukcją przypominała czerwoną książeczkę Mao, bo oparta była na fragmentach rozkazów i wypowiedzi wodza, co dla przeciętnego czytelnika było i jest zwyczajnie nudne. Mam ją w domu, wiem co mówię.
Ale cóż, biznes is biznes, wszystkie książki Sieroszewskiego niejako z automatu zyskały status „polecanych” (choć nie ma w spisie mojej ulubionej baśni z dzieciństwa „Dary wiatru północnego” jego autorstwa).
I na koniec fragmenty recenzji książki, której zabraknąć nie mogło.
„Mamonizm, cześć dla złotego cielca – to klęska trapiąca ludzkość od wieków. [] Opanowanie finansów wszechświatowych przez grupę bankierów żydowskich, dla których obce są względy na sprawiedliwość społeczną, obce współczucie dla nędzy ludzkiej, nieznane przywiązanie do kraju, w którym się żyje – grozi ruiną jednostek i państw.[] Autor wskazuje ratunek w tej walce dla narodów i państw chrześcijańskich – oto skruszenie czci dla złotego bożka, zniszczenie poglądu, że on jest miernikiem wszelkich wartości, regulatorem wszelkich spraw ludzkich, a poddanie życia jednostek i narodów pod zbawcze działanie Chrystusowej nauki. Kongres Eucharystyczny w Buenos Aires (autor jest Argentyńczykiem) to nie tylko uroczystość religijna kraju, to symbol odrodzenia duchowego całej ludzkości.
Książka polecana dla inteligencji.”
Hugo Wast „Złoto”.
I tak dalej i tak dalej…
W każdym numerze podobnie.
To co uderza – to, jak już wspomniałem, wyraźnie polityczne zabarwienie rekomendacji. Ta uwaga może być istotna dla bezkrytycznych wielbicieli II RP ze szczególnym uwzględnieniem współczesnych sierot po Marszałku, które rade by go naśladować po objęciu władzy. A choćby tylko dla ich wyborców, którzy mogliby się któregoś dnia obudzić niekoniecznie w tej Polsce, jaką sobie wymarzyli.
Z drugiej strony, patrząc na świat współczesny i widząc brak jakiegokolwiek przewodnika w gąszczu możliwości informacyjnych, człowiek się czasem zastanowi, czy miało to jedynie złe strony?
Tej kwestii nie umiem rozstrzygnąć, bo jeślibyśmy nawet przyjęli potrzebę istnienia takiego „przewodnika”, to któż i na jakiej zasadzie miałby nim być?
Autorytetów nie powołuje się żadnym głosowaniem, mianowaniem ani lansem. Autorytet rodzi się sam z siebie.
Jeśli więc go brak, to czy to wina „naszych złych czasów”, w których odrzuca się autorytety z definicji, czy też tego, że nie ma nikogo, kto potrafiłby się takowym okazać?
Takie pytania też przychodzą do głowy przy teoretycznie nudnej lekturze recenzji bibliotecznych.
Na razie skorupki są plastikowe, nie nasiąkają niczym.
Jerzy Łukaszewski



Ciekawe, że KK nie wypowiada się na temat uboju rytualnego. Chętnie bym się dowiedział, co Papież Franciszek i redaktor Terlikowski sądzą na ten temat.
Najwspanialsze są dwa kociaki na „lekturze obowiązkowej”. Nawet rubryki polecające (lub nie) nowe filmy, gry i płyty nie są już wyroczniami dla publisi. Chyba ostatnimi, z których zdaniem się liczono byli Sandauer i Treugutt.
Dłubiąc kilka lat w historii oświaty w Polsce, nie raz miałam ochotę włosy rwać z głowy (np przy sławetnej Komisji Edukacji Narodowej)Nieśmiało powiem, że kształt oświaty i jej program zawsze zależał od polityki informacyjno – społecznej państwa i kościoła, jako jednego z najważniejszych kanałów wpływu na społeczeństwo. Taka transmisja oczywiście kosztuje, a KK skrupulatnie egzekwuje zapłatę. Obecnie też biblioteki szkolne otrzymują informatory o nowościach i wznowieniach, z krótką notką zalecającą, względnie dyskredytującą pozycje. Kto jest autorem tych notek – redakcja.
I znów się czegoś dowiedziałem..
Kościół się wypowiadał, już 80 lat temu, tylko argumentacja była nieco inna 🙂
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/rzeznie.jpg
@JŁ
Super odnośnik. Dzięki!!! Ale przyznaj, że ciekawe jest obecne milczenie KK i TT (Tomasza Terlikowskiego) w tej sprawie.
o czym tu dyskutowac,jesli szkoła dopuszcza stosowanie brykow ,wymagana jest znajomośc fragmentów lektur- a kompletnienie nie budzi się zamilowania do czytania.Generalnie na humanistyke położono lagę – jak wychowac Europejczyka ktory nie zna kodu kulturowego wspolnego dla kultury europejskiej ?
Odsyłacz rzeczywiście prześliczny. Nie dziwi wcale, że Ks. Trzeciak zna lepiej talmud i torę od wszystkich polskich rabinów. Ruskie też miały takiego specjalistę, co się do dziś pęta po zapadłych stronkach. Pranaytis czy Pranajtys?
Ale bardziej wzruszyły mnie te lektury, co przecież znamy je z bibliotek rodziców, z naszego dzieciństwa. Jak obmacać czaszkę, by rozpoznać po guzach matematyka/mordercę? Jak obejrzeć niezauważenie podeszwy butów faceta (co ciekawe, damskie obuwie nie było w tej książce omawiane) aby dowiedzieć się, czy jest on godny zaufania jako np. kasjer w burdelu. Jak po charakterze pisma, albo liniach papilarnych… No właśnie. Tu jest sama słodycz.
*
Tak się składało, że jednocześnie trafiła mi się angielska książka grubości tego zielonego Kościuszki (słownik), co w niej było wszystko o chiromancji. I mój młodszy brat robił pracę naukową, do której zbierał odciski dłoni (całych), smarując farbą butelkę, co się ją obejmowało, a potem na papier. Cała rodzina musiała sobie pobrudzić ręce. Przeglądając wyniki (zaszyfrowane, oczywiście) zobaczyłem raptem zapamiętaną z tej (czytanej dopiero co) książki dłoń „brutalnego mordercy”. Spytałem brata, kto to. Odszyfrował i wyszło, że to był nasz wuj, Kazek Wyka.
*
Nie pamiętam żeby kogo zamordował, nawet jako krytyk literacki.
Panie Jerzy, nie ma o czym gadać, po prostu napisał pan prawdę.
Rzadko spotyka się człowieka, który myśli krytycznie; na szczęście – nie nigdy. Trudno żyje się z ludźmi, którzy pytani o historię, opowiadają legendy, zaś proszeni o fakty, wygłaszają poglądy. Mitologizowanie rzeczywistości jest niestety powszechne, a przywracanie właściwego porządku rzeczy – żmudne. Co nie znaczy bynajmniej, jakoby było bezsensowne. Do syzyfowej pracy potrzeba Syzyfów, kolejnych i kolejnych…
Na koniec fakt historyczny. W 1918 r. system oświatowy II Rzeczypospolitej został podporządkowany Ministerstwu Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Choćby tylko to mówi wiele o ówczesnej mentalności…
@Federpusz: zawsze można dowiedzieć się czegoś nowego. Nie miałem pojęcia że za prześwietnej drugiej religijna ściema i oświecenie były w jednym kubełku. Nie dziwota, że w rezultacie – oświęcenie. Tak jak dziś: wystarczyło dołożyć do kułtury to dziewictwo i już mamy niewyczerpane źródełko do czerpania gotóweczki na muzealną świątyńkę. Bo przecież to już ślubował ten sejm czteroletni. A ślubowanie nie ulega przedawnieniu, tak samo jak komunistyczne zbrodnie i prawo własności z tamtej epoki Matki Naszej Kościelnej do różnych nieruchomości.
Jerzy Łukaszewski napisał:
„Na razie skorupki są plastikowe, nie nasiąkają niczym.”
*
Panie Jerzy, gdyby tak było postępowcy pialiby z zachwytu i samozadowolenia.
Niestety, skorupki jeszcze trochę są czymś nasiąknięte i to jest właśnie ta robota do wykonania przez zjednoczone siły postępu – uczynić ten plastik nienasiąkającym (zmienić tworzywo?).
Na nieszczęście funkcjonują jeszcze gdzieniegdzie ohydne, wsteczne, staroświeckie, a wręcz reakcyjne pojęcia jak naród, ojczyzna, rodzina, tradycja, korzenie, historia, kultura i literatura narodowa, religia, patriotyzm itp.
Wszyscy światli i racjonalni ludzie postępu doskonale wiedzą, że tylko całkowita eliminacja tych pojęć, dokładne wytarcie ich z ramów (od RAM) mózgowych młodego (bo stara jego część jest już raczej stracona) społeczeństwa może przynieść znaczący sukces w budowie Nowego Człowieka.